poniedziałek, 12 lutego 2018

Won do piekła - biurwo wściekła!

Tym razem bez zdjęć. Tym razem nie z wyjazdu. Za to "z mięsem", bo emocje jeszcze ciągle buzują...

Wolny poniedziałek. Odpoczynek od pracy, ale i proza życia, czyli nie leżymy do góry wentylem - trza polatać po urzędach i wyprostować parę zaszłości. Kto oglądał "12 prac Asterixa" i pamięta Dom, Który Czyni Szalonym - zrozumie, a może nawet się użali ;D

Osoby dramatu: J - ja, RBzR - Ryża Biurwa z Ratusza, NKwDR - Nieogar Kasjerski w Drugim Ratuszu oraz w epizodzie DMwI - Dziarski Młodzian w Informacji (wszelkie podobieństwo do kogokolwiek oczywiście przypadkowe).

Po pierwsze chciałem wymienić prawo jazdy, bo dane archaiczne - oraz wymienić dowód, bo termin przydatności do spożycia nieubłaganie mija.

Śniadanie dla dziecięcia zrobiłem, herbata w termosie - niech se śpi, a tatko tymczasem śmignie zawalczyć z przyjaznym państwem... So far, so good - nawet na tramwaj nie czekałem, tłoku zero, korków zero, jestem wcześnie - będzie pięknie, myślę...

Przeszło mi już w drzwiach. Chciałem zacząć od dowodu osobistego, ale w poczekalni była chyba jakaś wycieczka z pobliskiego Wietnamu sponsorowana przez miejscowy Klub Seniora, którego członkowie adoptowali uczestników i meldowali ich na potęgę w swoich domach. Jakiś, kuźwa, koszmar! (Jeszcze) niewzruszony zapobieram numerek z ticket-maszyny. Do kasy 11-ty, do dowodu - 8, do prawa jazdy - 2, ale co z tego - "najsamprzód" trza uiścić, co - tfu! - cesarskie...

Po 15 minutach przychodzi komuś do głowy, że jednak 1 okienko kasowe na 3 możliwe, to trochę za mało. Tłum się kłębi, sfoszona blondi zasiada w kokpicie nr 2. Kolejne 15 minut i moja kolej.
Dzień dobry - mówię - chciałem uiścić za wymianę prawa jazdy.
Ojej, a to pan nie ma kwitka z okienka L? - z udawanym zdziwieniem pyta NKwDR...

Już słyszę Obi-Wana Kenobiego: "Luke, search your feelings... Nie jesteś zły, nie możesz zabić za taki drobiazg". A z drugiej strony Darth Vader szepcze: "You have failed me for the last time, kasjerko" ;)

Bo wie pan - NKwDR (za przeproszeniem) ciągnie dalej - ja muszę mieć taki świstek z powodem wymiany, bo tam jest paragrafów kilkanaście i opłaty różne...
Łaskawa pani - cedzę najuprzejmiej jak mogę w tej sytuacji - powodem wymiany jest zmiana danych, niechże pani w swej niewysłowionej dobroci przyjmie te symboliczne 100 zł (!!!!!!!) i sobie pójdę, a kwitek podrzucę za chwilę.
Nie, ja tak nie mogę - oponuje NKwDR.
Ja w twoim wieku mogłem, dziecino - myślę, a mówię zaś: A gdzie jest informacja, że taka kolejność załatwiania sprawy obowiązuje? Robicie ludzi w bambuko i potem zdziwienie, że was lżą mniej lub bardziej skrycie.
Ale to nie moja wina, ani też rola, żeby informować - broni się (poniekąd słusznie) NKwDR.

Koniec końców - efekt jest jak w "Misiu" - Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?

Odchodzę na drugi krąg, spróbuję jeszcze w okienku L, kolejka nikczemna, dam radę. Wiem, że potrzebuję ksero obecnego prawa jazdy, idę więc do informacji, żeby spytać, gdzie tu jest jakiś punkt xero (bo w każdym urzędzie jest - i to, i fotobudka nawet). Na co DMwI rzecze: Nieee, u nas to nie ma, ale oootam - ulicę dalej powinien być czynny...

Dość, qrwa. Tym razem dość naprawdę. Wychodzę mając w głowie: "A ch... ci w d.., stary. Ja tu na deszczu, wilki jakieś..." i wracam do domu...

Godzinka przerwy na ochłonięcie. Dziabnąłbym coś dla spokojności, ale za kólko trza...

Po drugie - chciałem dziecku odnowić paszport. To już prosta robota. Dojazd, parking prawie po drzwiami. Gites - majonez. Zdjęcie zrobione, wniosek gotowy, numerek wzięty - mam C058. W obsłudze C057. Stoję przed drzwiami i gapię się w ekranik. Obsługa skończyła z C057. Na wyświetlaczu miga C059. Co do chooya?! Otwieram z umiarkowanym impetem i uprzejmie pytam, co z nr C058, bo czuję się pominięty. Na co RBzR z rozbrajającym uśmiechem: Widać ten numerek już był.
Po porannych przejściach nawet już nie próbuję hamować. Mówię - skoro panią tu posadzili, to niewidoma pani nie jest, ale bezczelna to już i owszem.
Cisza.
Ryżej suczy gul rośnie - udusi się jak nie zluzuje apaszki. "Die, bitch!" - pomyślałem w duchu przepełniony chrześcijańskim miłosierdziem. Chyba chciała zareagować, ale spojrzała na mnie i już wiedziała, że jak tylko otworzy ryj, to szpikulec od wizytownika wbiję jej w losowo wybrany oczodół. "Dla kogo ten paszport" - warknęła. "Dla dziecka" - odwarknąłem. "To muszą być obydwoje rodzice, stary paszport, legitymacja szkolna..." - wylicza.
Świadectwo chrztu pradziadka niepotrzebne? - szydzę nieśmiało. To obydwoje rodzice urlop muszą brać, żeby wniosek złożyć? Przecież to nie pierwszy paszport, tylko odnowienie! Jeden rodzic nie wystarczy? Nie - rozwinęła wypowiedź RBzR - ale przecież urzędy są tak długo czynne, można wybrać jakiś bliżej pracy żony - wzniosła się na wyżyny intelektu.
Ale wtedy to ja będę miał daleko, a 9-letnie dziecko co? Samo na Mokotów dojedzie?!
No to ja już nie wiem - z ulgą dała za wygraną.
Wiem, że pani nie wie.

Kurtyna.

Złożyłem wniosek o dowód przez internet, dla siebie i dziecka. Jakieś 10 minut roboty. Prawka z własnej woli nie będę wymieniał. Zdrowie ważniejsze.

sobota, 27 stycznia 2018

Tydzień w Zakopcu czyli golec (bez uorkiestry)

Ferie. I coroczny dylemat - co, z kim i gdzie? Od początku się upierałem, że wybór miejscówki dość nieszczęśliwy. Co prawda ostatni raz byłem tam dobre 15 lat temu, ale coroczne relacje naocznych świadków upewniły mnie, że na lepsze się nie zmieniło, co nie wzmagało chęci do powtórnych odwiedzin. Mówię o parametrach, które od zawsze mnie odstraszały od wizyt w takich miejscach (hałas, tłum, syf - w powietrzu też, komercja, tandeta oraz drożyzna). Koronny argument typu "raz się możesz poświęcić + dziecku trzeba polskie the best of pokazać" jednak przeważył i uległem przed przemocą :)

Droga. Obrosła legendami przeprawa "Zakopianką" nieco niepokoi, ale motywacja spod Stalingradu (ani kroku w tył) działa :) Wyjeżdżamy na dwa samochody chwile po 5 rano. Kolega jako profi-nawigator sugeruje katowicką, bo najmniej "wykopków" po drodze. Faktycznie, dało się przeżyć. Odpoczywamy na Orlenie pod Nowym Targiem, parcia nie ma, bo klucze do "apartamentów" odbieramy najwcześniej ok. 14:30. Musimy ominąć "wahadło" w Białym Dunajcu. W miejscowości Lubień zjeżdżamy z głównej i lecimy opłotkami. Bezgraniczne zaufanie do kolegi i jego nawigacji podupada nieco, gdy wjeżdżamy w las i turlamy się solidnie zaśnieżoną gruntówką. Opony mam zimowe głównie z nazwy, więc tempo - delikatnie mówiąc - nieśpieszne. W jednym miejscu zwątpienie się wzmaga - mam wjechać po wyślizganym śniegu ostro w lewo i pod górę na mostek z pełnymi żeliwnymi burtami - szerokości tylko nieco większej niż samochód. Rzadko stosuję za kierownicą kombinację typu "redukcja do dwójki + w imię Ojca i Syna", ale to był właściwy moment :D Udało się. Potem już tylko droga dwukierunkowa o szerokości 3 metrów i modlitwa, żeby nikt zza zakrętu nie wyskoczył. Po kilku minutach jesteśmy na asfalcie. Dojazd do samego Zakopca już bez spektakularnych przygód - znaczy korek, rondo, korek, rondo i w końcu docieramy. Wjeżdżamy na parking pod kinem "Sokół" mimo tabliczki "Miejsc brak" - pewni, że dla wynajmujących mieszkanie po drugiej stronie ulicy miejscówka będzie zabezpieczona. Jak się okazuje - nic bardziej mylnego. Całe szczęście gdzieś tam się udało nas wcisnąć, a wesoły pan z obsługi zrezygnował z pierwotnego, szalonego pomysłu godzinowego naliczania opłat przez 5 kolejnych dni. Umawiamy się na 2 dychy za dobę i idziemy rozprostować nogi, bo do odebrania kluczy jeszcze dobre 2 godziny. A że pora wczesnoobiadowa, to niektórzy bąkają coś o żarciu. Wbijamy się tak mniej więcej w połowie Krupówek i oczywiście nie wiemy co wybrać. Wszystko jest fantastyczne, niepowtarzalne, podhalańskie, góralskie, zbójnickie... Ja się nie wtrącam - nie jestem głodny, więc i nie protestuję gdy wybór pada na Karcmę "Zapiecek"...

Chyba dobrze, że piszę posta prawie tydzień po powrocie (a dwa po konsumpcji tych "delicyj"), bo emocje opadły, a przez to szanse na niezubożałe słownictwo wzrosły :) 
Pierwsze wrażenie było pozytywne, bo jak ludzie czekają na stolik, to karmić tu muszą albo tanio albo dobrze. Albo i dwa w jednym. Tiaaaa...

Na stół wjeżdżają zatem:
  1. Oscypek z żurawiną - dziecko koniecznie chciało spróbować. W momencie podania właśnie zmieniał stan z gumowego na drewniany - a że syn nie kornik, to nie najadł za wiele...
  2. Rosół - nawet nie chcę wiedzieć z czego był.
  3. Filet z piersi kurczaka. Też już drewniany. Można było spokojnie zagrać oscypkiem w "palanta".
  4. Kwaśnica - szklanka ciepławego roztworu o smaku kwaśnawym, sugerującego "odkapustne" pochodzenie. Samej kapusty szukałem długo, w komplecie trafiły mi się dwie drobinki ziemniaka oraz "solidny" kawał (zakładam, że) żeberka - taka kostka o boku 1,5 cm. A to wszystko za jedyne 13 złotych!
  5. Pierogi ruskie - najlepsze z tego wszystkiego, co nie znaczy, że jakies zjawiskowe. Ledwo ciepłe. Ale jadalne. 
  6. Kawa - jak kawa.
  7. Obsługa powolna i sklerotyczna nieco.
Rachunek równe 83 złote. Kwota może i nie szokująca, ale z drugiej strony - wszystko pochodziło z menu dziecięcego... Pani przy kasie daje mi karteczkę z zajawką, że przy trzeciej wizycie dostanę 20% zniżki. Patrzę na nią wzrokiem typu "Pierwszy bym pałkę strzaskał na twej głowie, gdyby nie dziatek pacierze" (choć to nie jej wina) i idę sobie precz.

Pora sfinalizować kwestię mieszkania. W planach był przyjazd o takiej porze, żeby podjechać najpierw po klucze, ale że wyszło jak wyszło - idziemy pieszo.  Przedzieramy się przez spacerowiczów przecinających Krupówki z różnymi prędkościami i chyba pod każdym możliwym kątem, zastępy wolontariuszy z puszkami zbierającymi co 20 metrów hajs na cele przeróżne oraz przebierańców wszelkiej maści mniej lub bardziej natarczywie proponujących zdjęcie ze sobą... Droga przez mękę. Na szczęście nie za długa. Schodzimy w bok i po kilkunastu minutach docieramy do ekhm... biura VisitZakopane.pl



Rzeczone biuro to cirka 15-metrowe pomieszczenie (zaplecza nie liczę) ze stanowiskami dla 4 pracownic i małą ladą recepcyjną. To co zostało - jest dla klientów. Nie robię sztucznego tłoku, zabieram dzieciaki na dwór, żeby sobie popyrgały śniegiem, albowiem ów jest. Nie w nadmiarze, ale występuje.

Teraz z powrotem pod górkę, przeciąć szybko Krupówki i na parking - wypakować toboły i zatargać na 2. piętro. Zasłużony odpoczynek i kawka...

Słówko o apartemencie czy też "apartemencie"... 
Zacznijmy od tego, nie ma chyba jednoznacznej definicji, ale zbierając do kupy jakiś zestaw cech krążący w obiegowej opinii - można uznać, że:
  • apartament to mieszkanie o powierzchni co najmniej 100 metrów kwadratowych, w pełni rozkładowe, w których wyróżnić można część dzienną i nocną.
  • w apartamencie powinien znajdować się salon, kuchnia, jadalnia (dopuszczalne jest połączenie jadalni z salonem) - ponadto jakiś gabinet, pokój gościnny, sypialnia, garderoba, łazienka, pomieszczenie gospodarcze;
  • apartament powinien zostać wykończony przy użyciu najwyższej klasy materiałów i elementów wykończeniowych; mile widziane jest umeblowanie apartamentu na wzór projektu przygotowanego przez projektanta wnętrz, meble i dodatki powinny być nietuzinkowe, charakterne i luksusowe.
  • poza samym wystrojem i rozkładem apartamentu, bardzo istotny jest budynek, w jakim się znajduje; budynek powinien być nowoczesny, wyposażony w szereg udogodnień, takich jak całodobowa ochrona, monitoring, klimatyzacja czy cichobieżne windy - no i położone w jakimś ekskluzywnym otoczeniu;
Odnosząc się do realiów - mieszkanko miało 40 m. kw., dwa małe pokoiki i kuchnię tak przestronną, że gdybym się potknął w progu, to bym wylądował głowa w oknie :) Co do luksusowych materiałów wykończeniowych - nie stwierdziłem dodatków od Fendi Casa czy Heritage ;) Drżałem otwierając drzwi balkonowe, żeby tylko ościeżnica na miejscu została :D 
Co do budynku - kształtem dachu nawiązywał do zakopiańskiego stylu, na dole był obuwniczy, apteka i Carrefour Express - czyli luksusy pełną gębą. A miejscowy konsjerż w stylowej beretce solił chodniki aż miło :D

No dobra, poszydziłem troszkę, ale ogólnie było całkiem spoko. Sprzęty wszelakie może nie najnowsze, ale działające. Czysto i ciepło. No i 200 metrów do centrum wszechświata czyli Krupówek :)

Nie było z góry ustalonego, sztywnego planu zajęć. Po śniadaniu poszliśmy w kierunku Wielkiej Krokwi, gdyż skocznia sama w sobie do obejrzenia jest oraz Snowlandia okrzyknięta ósmym cudem świata w bezpośredniej bliskości leży. Po drodze Giewont z oddali



i szkółka narciarska, z której my akurat nie korzystaliśmy, ale okoliczności przyrody skłaniały do przystanięcia na chwilkę.




Znajomi zostali, żeby ogarnąć cennik i terminy na naukę dla dzieciaków, a my doczłapaliśmy pod skocznię.





Junior nie chciał iść bez towarzystwa do labiryntu, więc pokręciliśmy się chwilkę i wróciliśmy do domu w celu przygotowania obiadu dla całej gromadki. Wieczorem obowiązkowy spacer - tym razem kierunek Gubałówka. Sprawdzamy opcje dostania się na górę i odświeżamy wspomnienia z poprzednich pobytów.





















Po spacerze wszystko już wiemy - wycieczka zaplanowana, ale nazajutrz w planach jest lodowy labirynt pod skocznią. Pogoda się poprawiła, lekki mrozek ciągle jest, ale wyszło słońce. Postanowiłem odkurzyć obuwie, które zakupiłem blisko 15 lat temu właśnie na okoliczność pierwszej letniej wizyty w Zakopanem. Wówczas buty spisały się na medal i czekały w suchym, ciepłym pomieszczeniu na kolejną okazję. Cóż im się mogło stać przez tyle lat, ale w komfortowych warunkach? Ano właśnie. Założyłem, wygodne jak kiedyś. Komfort cieplny bez zarzutu. Idąc po śniegu miałem jednak jakieś dziwne odczucie, że przyklejam się do podłoża. Podniosłem kopyto i... odpadła mi podeszwa :D Precyzyjniej obydwie. Całe szczęście, że 200 metrów od domu, bo wracałem "na Flinstona" na praktycznie bosych nogach, a trochę od ziemi ciągnęło. Niech się reklama "Menthos - The Freshmaker" schowa :D Ludzie dziwnie się się patrzyli, ale co się dziwić - wyglądałem pewnie jak stary transwestyta na jasełkach w zakładzie karnym :D I jeszcze czarne próchno się za mną sypało :D
Chciał - nie chciał zmieniłem cichobiegi na letnie i dogoniłem ekipę. Dalsza część drogi pod skocznię przebiegła bez przygód.











Nie uznałem za stosowne odwiedzenia lodowej atrakcji. Zanabyłem bilety dla rodzinki i oddałem się kontemplacji okolicy.






Po niespełna godzinie towarzystwo wychynęło z lodowych czeluści, spożyło gofra z pobliskiej budki popiwszy onego gorącą czekoladą - no i pojawiło sie sakramentalne pytanie - co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem? Jest ok. 10:30, piękne słońce - może zaatakujemy Kasprowy? Nie lubię takich nagłych akcji, ale cóż -  vox populi, vox Dei :) Z buta trochę daleko, negocjujemy więc z młodzieńcem z busa, który własnie się pojawił. Za piątaka od głowy zgodził się zawieźć naszą siódemkę do Kuźnic. O 3-godzinnych kolejkach dotychczas tylko się słyszało, no to teraz się zobaczyło :/
Stanęliśmy w ogonku i zaraz pojawiła się "mafia kolejkowa". Za 20 zł od dorosłego i 10 zł od dziecka proponują miejsce w kolejce dużo bliżej kasy. Jakoś nie mamy ochoty pozbywać się stówki z okładem, zwłaszcza że jak się później okazało - przyśpieszylibyśmy temat góra o jakieś 20 minut, bo najbliższe miejsce "w kolejce - bez kolejki" znajduje się na początku schodów, a stamtąd do kas to jeszcze ło ho ho! Stoimy więc, wystawiając paszcze do słońca. Ja wprawiony - co roku przed starwarsową imprezą w Forcie Sokolnickiego koczuję, żeby dziecko mogło w pierwszym rzucie wejść, więc - choć nogi w dupę wrastają - czekam.

Ni stad ni zowąd psuje się pogoda. I już wiem, że moje zdjęcia ze szczytu trafił szlag :( Zachmurzyło się, schłodziło, zaczęło powiewać i śnieżyć - zrazu nieśmiało. Kolejka jakby też zwolniła. Dopiero przy kasach, obserwując wyświetlane komunikaty, dowiadujemy się, że ostatni kurs na górę będzie o 14:00 - do końca dygamy patrząc na zegarek. Jak mi po 3 godzinach zamkną kasę przed samym nosem, to się wścieknę, o rozczarowaniu dzieci i - w ogóle - o zmarnowanym dniu nie wspomnę. Bilet kupujemy dosłownie 2-3 minuty przed 14-tą. Swoją drogą ceny - daj Boże zdrowie - 69 zł normalny, 59 zł ulgowy. Można oczywiście kupić wcześniej w necie na konkretną godzinę, ale jest o 20 zł drożej, za to nie czekasz w kolejce. Nie nadążam za tokiem rozumowania, ale w końcu nie muszę... 
Pogoda się sp...ła się do reszty. -3, wiatr i śnieżyca. Na górze to samo, z tym że -11. Pakujemy się do wagonika, z głośników dobiega głos przewodnika zagłuszany przez pasażerów.


Patrzymy na ogrom zniszczeń, które wyrządziły wichury. Ogromne połacie lasu leżą wykoszone. Nawet ten stary matoł od rolnictwa tylu szkód nie narobił... Dojeżdżamy na Myślenickie Turnie - tu przesiadka. Teraz zaczyna być widoczna potęga gór. Naprawdę robi wrażenie. Po kilku minutach dojeżdżamy na szczyt. Zimno, wieje i pada. Dziki tłum dreptaczy i narciarzy. Dzieciakom to nie przeszkadza. Powietrze rzadkie, ale krystalicznie czyste, śnieg świeżutki i biały - do tarzania doskonały :)

Po tylu godzinach stania i szaleństwach na świeżym powietrzu zmęczenie i głód dają znać o sobie. Wybór jest żaden - jedna tzw. restauracja, do której walą wszyscy. Kiedyś była tu jakaś sieciowa pizzeria podobno - wiadomo czego się można było spodziewać, teraz - zagadka. Ekipa idzie walczyć o miejsca, ja korzystam z okazji, żeby popełnić parę kadrów. Żenującej jakości w bardzo marnych warunkach, ale po prostu trzeba było.











Tymczasem po kilkunastu minutach udaje się upolować jakiś stolik w kącie. Ciut przymały na 7 osób, ale warunki są polowe.- jakoś damy radę. Taki tu przemiał, że obsługa nie ma szans ogarnąć blatu między kolejnymi klientami. Siadamy więc w chlewikowym anturażu. Obowiązuje samoobsługa, więc delegacja idzie zamówić i przynieść paszę treściwą, reszta obczaja czy krzeseł nikt nie chce podpieprzyć. Takie czasy! :)

Żarcie jest grubo poniżej przeciętnej. Kolega stwierdził, że w jego daniu najsmaczniejszy był koper na ziemniakach. Niech to wystarczy za cały komentarz. Jak zobaczyłem zawartość talerzy postanowiłem, że tylko się napiję czegoś ciepłego. Grzaniec w smaku był nawet niezły, za to plastikowy kubeczek ok. 200 ml kosztował 14 zł, czyli złotówkę więcej niż litrowa butla onego w sklepie. Ładna marża.

Nominalny czas przebywania na górze wynosi 1:40 h. Zabraliśmy się ostatnim kursem na dół. Szczęściem nasz kierowca dowiózłszy nas na górę, wspomniał, że chętnie po nas przyjedzie. Synchronizacja 100%. Kiedy inni czekali na zimnie, a potem tłoczyli się okrutnie - my mieliśmy cieplutkie autko od razu po wyjściu z kolejki. 

Dzień następny to przede wszystkim Gubałówka. Znajomi chcieli jeszcze chwilę poszusować z dzieciakami w szkółce. Ja chciałem wykonać chociaż namiastkę mojego foto - planu, więc umówiliśmy sie na 14-tą pod kasami. Wyszedłem godzinkę wcześniej, a żeby było po drodze, postanowiłem odwiedzić Stary Cmentarz na Pęksowym Brzyzku.




























Cmentarzyk był taki jak go zapamiętałem z pierwszej wizyty, kameralny, klimatyczny, piękny o każdej porze roku...

Idę na miejsce zbiórki czyli pod stację kolejki.





Po drodze mijam ryneczek pod Gubałówką. Już wiem, że przed odjazdem będę zmuszony go spenetrować gruntownie. Niestety :)









Ale tymczasem wycieczka. W porównaniu z Kasprowym kolejki tu nie ma. W 10 minut zanabywam bilety typu " wte i wewte"  i śmigamy na górę. Ceny: 23 normalny i 19 ulgowy. Nie ma ograniczeń czasowych, co do przebywania na górze - wjedziesz rano, możesz siedzieć do 21:30. Więcej - można nawet z własnym zwierzem ku górze (na Kasprowy - zapomnij).


Pogoda na dole była od rana całkiem spoko, żeby nie rzec bardzo ładna -  tylko zdążyliśmy wjechać, momentalnie słońce out, chmury in i popiździwa niegodziwie... No fatum takie... Nic to. Przeczekuję tabun selfierobów samojebczanych. Kiedy odkleili się od ogrodzenia walę szybką serię, bo następny wagonik już podjechał :)











Pora jest obiadowa, a znalezienie miejsca a - siedzącego, b - gdzie karmią dobrze  - nie jest proste. Ale od czego rozpoznanie bojem? :) Tuptamy w stronę Butorowego Wierchu, na Dominium Pizza nikt nawet nie patrzy - opinię mają taką, że podobno lepiej pościć :D
Pogoda sukcesywnie podupada. Post factum przyjąłem do wiadomości, że Fryderyka właśnie nadciągała. Po drodze parę klatek. Tematyka "od Sasa do lasa".








Trafiła się również zajawka handlarza żabami i jaszczurkami ;)


Wiajka zaczęła być co najmniej dokuczliwa. Lądujemy w końcu Karczmie Pająk. Zajmujemy zacnego kalibru ławę i rozgrzewamy się napojami - wedle upodobań. Ku pokrzepieniu spożywamy:
  • żurek - niezgorszy, z widoczną reprezentacją jajeczno - kiełbasianą
  • placek po zbójnicku - w którym znów gorączkowo szukam mięsa, a zamiast tego odkrywam bogate pokłady sera i kwaśnej śmietany; placki niekoniecznie prosto z patelni, sos bez zachwytów, ale smaczny
  • dziecku w górach najbardziej smakuje kiełbaska z frytkami, no cóż :)
  • nie można płacić kartą - lipa;
Szału nie było, ale wszystko jadalne. Dobieramy jeszcze napitki i postanawiamy przeczekać śnieżycę. I faktycznie po niespełna godzinie jest na tyle dobrze, że można wracać. Docieramy pod stację kolejki akurat wtedy jak jeszcze nie jest czarno, a "wiekopomna" iluminacja już odpalona. Robimy dzieciakom parę zdjęć i zjeżdżamy z powrotem do miasta.








Dzień ostatni, to czas na zakup pamiątek i szwendanie się bez ładu i składu. Nawiedzamy bazarek na dole i zastanawiamy się, co można kupić oprócz zestawu obowiązkowego pt. "serki + kapcie" :) Zalew badziewia jest przeogromny. Po zwiedzeniu połowy długości jednej alejki mam już serdecznie dość. Udaje się kupić wszystko. Idziemy na obiad. Kolegę od początku pobytu dręczył widok pieczonej golonki w "Owczarni", więc wybór lokalu był prosty.



W środku gigantyczny tłok na obu poziomach. Znów mamy trochę szczęścia - po 5 minutach zwalnia się stolik, znaczy ława. Nieszczęście w tym szczęściu polegało na tym, że obok siedziała grupa, w której prym wodził spasiony kark z krowim kajdanem. Nie zważając na obecność małych dzieci - swoich i obcych - w średnio co drugim słowie kurwił lub pierdolił podniesionym głosem. w nielicznych przerwach klepał po zadku siedzącą obok partnerkę. Ale w sumie bydło w "Owczarni" leży w kontekście... Obsługa kelnerska bardzo wschodnioeuropejska i nierychliwa. Całe szczęście do jakości zamówienia nie można się było przyczepić. Porcje gigantyczne i podane na ciepło (a to nie wszędzie reguła). Kolega walczył z golonką - bardzo zadowolony. Pomidorowa ze swojskim kluseczkami też dobra. Deska grillowanych mięsiw zacna. Piecona grula była wielkości małej dyni, masło ziołowe git - dla 2 głodnych osób zestaw nie do przeżarcia. Browar z kija niestety tylko Tyskie, ale i tak lepsze niż z butli. Do domu się toczyłem zamiast iść - następny posiłek zjadłem po 24 godzinach :)

Sobota rano - czas wyjazdu. Parking mamy opłacony do 9:00 i dobrze, przynajmniej nie ma dylematu czy jeszcze gdzieś iść. Poza tym - im wcześniej wyjadę, tym krócej będę cierpiał na Zakopiance.

***
Jedziecie do zimowej stolicy Polski, która to stolica ma być może i swoje plusy. Chodzi o to, żeby te plusy nie przysłoniły wam minusów :) Podsumowując - warto było? Mimo wszystko chyba tak. Daleko, drogo, hałas, tłum, chamstwo, tandeta, smog większy niż w Warszawie, białe (niegdyś) niedźwiedzie na ulicach :)


ale, nawet z perspektywy dżentelmena przygruntowego z dupą przyciężką do całodziennych wędrówek po szlakach - kiedy jesteś na górze i znajdziesz kawałek niezadeptanego miejsca, żeby przycupnąć i pokontemplować, to ci dobrze. Tak po prostu...