czwartek, 28 lutego 2013

Dla mnie bomba...

Dzień jak każdy ostatnio. Szaro, brudno, mglisto-dżdżyście-średnio zajebiście. Jednym słowem: przedwiośnie - jego mać...


Przyczołgałem się (tradycyjnie) niewyspany na 7:00. Zanim wciągnęła mnie korporacyjna sokowirówka...




  ... poszedłem po kawę/kawusię, wracając - malutki dyg przed ołtarzykiem Panów na Żylecie :)




 ... i fabryka ruszyła... Na jakieś 3 godziny, bo chwilę po 10-tej podsufitowy "kołchoźnik" zapodał po polsku i po takiemu, co ja nie rozumiem - info, że to nie ćwiczenia, uprzejmie prosimy - won z budynku czy jakoś tak... Na początku, jak usłyszałem, że "hazard detected" - pomyślałem - kurna, Wielki Brat przyuważył, że ktoś w klopie rżnie w pokera... Ale nie - to jednak było: won z budynku!



Nie wszyscy potraktowali temat poważnie, myśląc - mimo wyraźnej informacji - że to jednak ćwiczenia. Zgonią przed budynek, potrzymają kwadrans i z powrotem do fabryki. A tu zasadzka. I pociesznie wyglądało tuptanie w balerinkach po śnieżnej brei :) Albo i co niektórzy w samych garniturkach - półdupki, choćby i okazałe, kurczyły się do rozmiarów ząbków czosnku w ramach oszczędności ciepła :D Po kwadransie w Starbucks-ie nie było miejsca, Galeria Mokotów też przeżyła oblężenie...

Była dłuższa chwila na obserwację sprawnego (inaczej) działania służb ratowniczych. Jeden radiowóz - "bez zawartości" przez godzinę. Ochrona budynku człapiąca bez sensu po parkingu, straż pożarna w liczbie zastępów dwóch - przybyła "już" po 45 minutach, co - zważywszy na fakt, że urzędują bezpośrednio za biurowcem - jest spektakularnym wynikiem. A jak już przyjechali - uuuuuch, się zaczęło - we dwóch, wespół-wzespół odkręcili hydrant, zrobili bajoro na parkingu i poszli. Czujność wzmagać oczywiście.

Jako następni - w kilkuminutowych odstępach - przybyli spece od prądu i gazu. Przybyli, wysiedli, pogrzali łapy w przepastnych kieszeniach swych gustownych ogrodniczek, poprawili kaszkiety, zrobili rundkę i tyle.

Po godzinie zaczęła zjeżdżać się policja i karetki. Nikt jakoś nie wpadł na to, żeby zablokować możliwość wjazdu pod budynek. Ci co wjechali, byli wyganiani. Zawinąć musieli praktycznie w miejscu, blokując wjazd karetkom... Na prawym pasie Wołoskiej w stronę Woronicza zapanował klasyczny, polski, drogowy pierdolnik.

Zgodnie z zapowiedzią "bombera" pieprznąć miało o 10:30. Do 11:30 nie pieprznęło, ale ktoś wymyślił, żeby jednak ludzi odsunąć od budynku, bo jak jednak pieprznie... :)))

Ogólnie - i śmieszno i straszno. Widać co jakiś czas musi pieprznąć naprawdę, żeby ktoś zaczął na poważnie takie zgłoszenia traktować... Ale może lepiej nie u nas.

Suma sumarum - "wolne" popołudnie gratis. "Wolne", bo zaległości same się nie nadrobią...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz