czwartek, 14 lutego 2013

Mała Apokalipsa czyli jak lustrzankę kupowałem...

Przychodzi czas, kiedy ograniczenie sprzętowe zaczyna męczyć. Gorzej, jeśli do zmęczenia dołącza dziura budżetowa. Pojawia się dylemat - iść znowu w półśrodki czy w akcie desperacji zamknąć oczy i kliknąć "Kup teraz"? Skradałem się jak pies do jeża przez dwa lata...

Tu znów wypada wdzięcznie wspomnieć  Magdę, Pawła i Romka - długo zawracałem im głowę (a pewnie i dupę, co kto miał w danej chwili wolne :P) Wybrałem system. Potem były podchody z modelem. Dziesiątki stron opisów, recenzji, testów, porównań. Wszystko zweryfikował dotyk. Zabaweczek z 4-ma cyframi po D musiałem szukać w dłoni, a te przesadnie wielkie nie są. Przymierzyłem do łapy i oka w "Fotojokerze" stare, poczciwe D90 i wiedziałem, że innego nie chcę... Potem było jeszcze smędzenie Magdzie o szklarni. Dowiedziałem się, co warto mieć i coś tam kompletuję, a to dla niektórych proces długotrwały, żeby nie powiedzieć ciągły...

Po zakupie i pierwszych testach - może nie rozczarowany, ale jakiś taki nieswój byłem. Oczekiwałem przecudnej urody obrazka prosto z puchy, a tu się okazało, że to nie do końca tak. Uświadomiony znów przez Magdę oswoiłem się z tematem i teraz tylko okazji do wyżycia się szukam :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz