środa, 20 marca 2013

Kawa - kawusia...

"Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:
Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,
Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,
Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane
I z porcelany saskiej złote filiżanki,
Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.
Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:
W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku,
I zna tajne sposoby gotowania trunku,
Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
Zapach moki i gęstość miodowego płynu.
Wiadomo, czym dla kawy jest dobra śmietana;
Na wsi nie trudno o nię: bo kawiarka z rana,
Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie
I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie
Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,
Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek." 


Nietaktem przypominać (bo któż nie zna), ale z obowiązku  piszę, że powyższe z "Pana Tadeusza" .

Kawa. Bez niej nijak. Pierwsza - zaraz po przyjściu do fabryki. Rozgrzewa i pobudza. Druga - poobiednia, mały zastrzyk mocy, coby dotrwać do końca zmiany przy taśmie...
Lata całe pijało się rozpuszczalną ze słoja i było dobrze, ale "nadejszła wiekopomna chwiła" i trzeba było coś zmienić.
  • Nic prostszego - kupmy sobie ekspres do pokoju!
  • Zgoda - ale jaki?
Noooo i tu się zaczęło :) Ja poszedłem w minimalizm budżetowy - plebejska przelewówka do 150 złociszy, dostępna praktycznie wszędzie. Ale gdzież tam.
  • Byle czego kupować nie będziemy!"
  • Sam se taką lurę pij! 
No to zamilkłem. Różne propozycje padały... 
  • A może weźmiemy wyczesany taki - z młynkiem, bo świeżo zmielona najlepsza jest!"
  • Można, pewnie - tylko jak mawia bohater kultowej polsatowskiej telenoweli - to nie są tanie rzeczy, panie Marianie" :)  
  • Ale tu - o, może taki - zobacz! Tańszy, tylko że nie nowy a poprezentacyjny".
Teraz to z kolei ja miałem wątpliwości, no bo skąd wiadomo, że prezentacje były w Buckingham Palace, a nie w leprozorium w Tichileşti?

Ożywiona dyskusja - przetykana gęsto paniami niezbyt ciężkiego prowadzenia oraz przyrodzeniem, prowadząca raczej w kierunku mordobicia niż konsensusu - poruszyła zatwardziałe serce Hrabiego vel Senseia alias Karolaka. Zobowiązał się do udostępnienia urządzenia, które zalega mu od jakiegoś czasu w domu. W sumie - do czasu wyboru własnego - możemy się podeprzeć "leasingiem".

Taaa... Karolak stary nie jest. Nie za bardzo znaczy. Ale sprzęt, który przyniósł - zaprawdę powiadam wam - był leciwy. 





Pragnieniem naszym było dokonanie gruntownej toalety ustrojstwa. Niestety, wyszarpnięcie dzbanka celem go umycia - nie było łatwe. Małe wiaderko Ludwika, szorstka warstwa zmywaka lekko zajechana, ale można było podejść bez obrzydzenia... Czas na test. Kawa mielona, świeżo otwarta czyli aromatyczna. Filtr jest stały, aleeeee kolega Karolak zapodał też jednorazówki. Założyliśmy optymistycznie, że buro-żółta kolorystyka tychże jest domyślna. 


 
Woda wlana, sprzęt włączony - bezpieczników nie wywaliło - niech kapie. Woń w pokoju jakby kawowa. Po upływie kwadransa mamy litrowy sagan cieczy w kolorze mazut-light. Jako posiadacz "kaczego żołądka , któremu mało co zaszkodzić może - pierwszy pociągam solidnego siorba... Wrażenia? Gdyby uderzyć w analogię do perfum, to:

  • nuta głowy - niby kawa, ale jakaś tak nijaka taka...
  • nuta serca - palone żołędzie z domieszką buraka
  • nuta głębi - palone żołędzie, które leżakowały ze 3 lata w onucy piechura np. z czasów bitwy nad Bzurą
Wypiłem metodą na sienkiewiczowskiego Sanderusa (podły napitek, którym się brzydzę, ale którego napiję się jeszcze), jednakowoż powtórkom trzeba było dać spokój. Mój nos do spółki z trzewiami były mi wdzięczne. Od miasta-producenta tegoż cudu techniki - ochrzciłem tę (przepraszam za słowo) kawę - raciborką.


Przeznaczyliśmy ja dla gości specjalnych - ze wskazaniem na audyt zewnętrzny oraz innych "bździągiew mędzących" obojga płci, zawracających głowę pierdołami.

Okrutne to doświadczenie zmusiło nas do intensyfikacji poszukiwań. Wujek G wyświetlił coś o promocjach i tak oto staliśmy się posiadaczami - tadam (uwaga - się będzie produkt lokował!):


 oraz zestawu startowego kapsułek.

 
Przy okazji jakiejś wizyty rodzinnej zostałem uraczony taką kawą i wtedy, tak szczerze, no pupy nie urwało... Ale albo dostałą mi się wersja nazbyt rozwodniona albo bliskie jeszcze wspomnienie smaku raciborki spowodowały, że od poniedziałku mlaskam z ukontentowaniem - testując wszystkie gatunki, żeby ustalić target przy uzupełnianiu zapasów.

 Mocno subiektywnie - jako zwolennik zdecydowanych smaków i mocy uznałem, że:



 Honduras się nada. Średniak całodzienny. Pasuje.



Trochę podobna do Hondurasu, może odrobinkę mocniejsza. Polubiona.


O! Indie! Te dopiero się nadają... Nie napiszę na co, bo może ktoś małoletni czyta. Popierdułka nie kawa. Siuśki takie. Stężenie typu łyżeczka kawy na wiadro wody. Zdecydowanie nie dla mnie.

Na koniec - ulubiona:


w zasadzie - bez komentarza, nazwa mówi wszystko czyli krótko i zajebiście.

Gatunków jest oczywiście dużo więcej, ale powymienialiśmy się w zależności od upodobań.
Na okoliczność uzupełnienia zapasów własnych oraz pojenia osób spoza "układu", pojawiło się obuwie z sugestią wkładek papierowych, bo bucik jest w rozmiarze bardzo dziecięcym. Jest też plasticzany i jego wątła konstrukcja może nie zdzierżyć ciężaru bilonu :)



Ze mnie na dziś tyle - smacznego :)








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz