poniedziałek, 22 kwietnia 2013

APIS Power Cup 2013

Nie powiem, żebym był zagorzałym fanem driftu, smrodu palonej gumy, jazdy na dwóch kołach czy wyścigów na 1/4 mili... Ale głód pobiegania z aparatem na wolnym powietrzu przy słonecznej pogodzie, po paru ładnych miesiącach jesienno-zimowo-przedwiosennej bryndzy wziął górę.

Pierwotny plan zakładał odwiedzenie imprezy w sobotę, ale priorytetem była zmiana (w końcu!) opon na letnie. Przy okazji odwiedziło się rodzinę, a jak już Junior przyssał się do konsoli i jako Darth Vader łoił w Stars Wars - Force Unleashed (czy jakoś tak), to nie było mowy o wcześniejszym powrocie do domu... Może i dobrze, po pogoda troszkę nikczemna była. Tak czy inaczej, po zapoznaniu się z harmonogramem atrakcji, napiąłem się na niedzielny poranek. Wstałem o 5:30, ugotowałem obiad i dalejże na przystanek.

Na miejscu byłem 7:45. Myślę - przyjdę wcześniej, tłumu nie będzie, użyję sobie. I faktycznie - użyłem. Całej litanii słów nie do zacytowania pod adresem organizatorów. Bramy może i otwarte, ale nie dla widzów. Wjeżdżają tylko zawodnicy - żeby się zarejestrować i przejść badania techniczne dopuszczające do wyścigów. Przedłużające się oczekiwanie na kasjerów "umilała" obserwacja zjeżdżających się fur. Niektórzy "wyścigowcy" postanowili sprawdzić czy się nadają trochę wcześniej. Jak autochtonom wiadomo, ul. Piastów Śląskich - po skręcie z Powstańców Śląskich - kończy się ogólnie rzecz biorąc - lotniskiem, czyli jest potencjalnie ślepa - w przeciwieństwie do policji, która raczyła zakotwiczyć swoją srebrną, niewidzialną w oślepiającym słońcu alfę jakieś 200 m. przed bramą wjazdową. Po blisko półgodzinnej obserwacji doszedłem do wniosku, że mieli wypisane in blanco kwity za 500, na biegu uzupełniali tylko dane nieszczęśników, którzy na fochu wjeżdżali na płytę lotniska... A wjeżdżali różnistym sprzętem: od Ferrari i Corvette - po Golfa I, który wyglądał jak nieudana hybryda drezyny z katamaranem (i miało to-to na boku reklamę chip tuningu - generalnie z wymową się zgadzam, może tylko pisownię na "cheap" bym poprawił) ;]

Tłumek pod bramą gęstniał. Przychodzili spacerowicze z psami, rowerzyści, biegacze oraz spore grono całkiem niedawno upodlonych i bardzo niewyspanych. "Całe szczęście", symboliczny poranny browar ratował życie i aktywował nieprzebrane pokłady kultury osobistej i miejskiego sawuar-wiwru (czego przykładem mogło być popełnione w tercecie przeciągłe pobrowarne beknięcie, po którym ratlerek defekujący opodal ze strachu niemal wciągnął z powrotem do środka prawie zrobioną kupę czy chowanie pustych butelek i puszek w... pojemnikach PCK na używaną odzież).

No dobra - są kasjerzy. Skasowali po 35 od twarzy, dali świstek, przystawili pieczątkę. Można wejść.






Po przemierzeniu kawałka trawiastej przestrzeni, udekorowanej "pozostałościami" z soboty oraz wyznaczającymi azymut bateriami toy-toyów, docieram do "miasteczka". Na torze do driftu: silników ryk i palonej gumy smród. Jak już zaznaczyłem na wstępie - specjalnie mnie to nie porywa, ale z uznaniem patrzę na to, co można z samochodem zrobić. Uznanie moje rośnie prawie do czołobitności, kiedy dowiaduję się od spikera, że jeden z drifterów stracił obie ręce w wypadku motocyklowym, co nie przeszkadza mu w dalszym spektakularnym "dymaniu konkurencji" - tyle że nogami...
























Psioczącym na marne kadry i pretensjonalną obróbkę, czyli cheap - tuning :D odpowiadam, że z uwagi na posiadane oko, rękę oraz budżet (przekładający się na aktualnie użytą ogniskową bez "wodotrysków"), jak również zastane obrzydliwe, ostre, "wsamopołudniowe" światło - inaczej, kurna, nie umiałem...

I tak - uprzedziwszy kontynuację technicznej żenady, utrzymanej w tym samym stylu - zapraszam do obejrzenia jeszcze kilku pstryków nie-driftowych z przechadzki po terenie...






W sobotę też było ostro... Tak w ogóle - były dwie grupy samochodów: odpicowane, umyte, wychuchane bryki do wyścigów - prezentowane z dumą przez ich właścicieli i ich przecudnej urody
d...amy ORAZ niekompletne, brudne, porozwalane, ciągle naprawiane i modyfikowane "driftoloty", pod którymi leżeli ich kierowcy z kluczami w ręku. Estetyczna sinusoida, ale przynajmniej monotonnie nie było.






















Młodzież płci żeńskiej z połkniętym bakcylem :)



BMW było chyba najliczniej reprezentowana marką...





A zerknąłem sobie do Corvette, a co! Miły pan raczył otworzyć drzwi i pozwolił czerep rubaszny wsunąć do środka...





Dla miłośników jednośladów też coś było.




Parę cukiereczków...









I na koniec krótkiego przeglądu - mój ulubieniec. Szczerze - nawet nie wiem, co to. Ale pierwsze skojarzenie - "Maczeta", tylko jeszcze bez karabinu na dachu :)









Jeszcze rzut oka na tor wyścigowy.












Poza tym - objazdowa stołówka w żółtym oldskulowym "opakowaniu"...





... oraz stacjonarny grill z nieśmiertelną kiełbaską i karkówką (obydwie w kolorze opony po drifcie, będącym z pewnością zasługą wykwintnej marynaty), stragany z plastikowymi karabinami, sztucznym włosiem we wszystkich barwach tęczy, okularami (bo przecież sanszajn buzuje, real UV-Protection za dyszkę jest absolutnie must-have na imprezie), portablowe wytwórnie czipsów i waty cukrowej a popcornu, piszczałki, trąbki - czyli Pełny Zestaw Festynowy. Nie sposób zapomnieć o "wodzireju" zapodającym teksty czerstwe jak grahamka z Tesco i zachwalającymi piękne hostessy, których nikt nie widział. No może przesadziłem - były co najmniej dwie. Jedna odhaczała w kajeciku, ile razy dany pojazd podchodził do próbnych serii na 1/4 mili, a ta druga to nie wiem, co robiła. We wdzianku będącym mało wdzięcznym połączeniem Świtezianki i Batmana, z wyrazem twarzy a la Danuśka Jurandówna po niewoli w Szczytnie - przemykała chyłkiem przez plac.

W ramach bonusu dodam, że kibicki też dopisały i na tym - jak to się ładnie mówi - zakańczam :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz