niedziela, 5 maja 2013

Majówka - srówka, czyli "a miało być tak pięknie"...

Plan powstał mniej więcej 3 miesiące temu. Znajomi byli na Sylwestra: warunki lokalowe świetne, okoliczności przyrody też. Nie na wszystko czasu starczyło - słowem: no grzech nie powtórzyć. O czym mowa? O Bieszczadach. Bardziej precyzyjnie - o miejscowości Przysłup, typowej bieszczadzkiej dziurze gdzieś między Cisną a Wetliną...

Żeby było jasne - nie kocham gór. I nie chodzi o to (przynajmniej w Bieszczadach), że ciężko grube dupsko wciągać na górę - w końcu Połonina Caryńska to nie Orla Perć. Mówię o samopoczuciu i długim okresie aklimatyzacji w "rzadkim powietrzu". Trzy dni na ibuprofenie, to swego rodzaju norma, która skutecznie potrafi zabić radość z wyjazdu. A jak już "okrzepnę", to w zasadzie trzeba już wracać. No, ale czego się nie robi dla Juniora. Chce zobaczyć góry - to zobaczy, a ja się pocieszam perspektywą pobiegania z aparatem. Naczytałem się o lokalnych "atrakcjach", zrobiłem w głowie jakiś ramowy plan i starałem się być dobrej myśli, chociaż u mnie plan = masowo stosowane prawa Murphy`ego :)

Początkowo miałem zamiar popełnić opis tego wyjazdu trzymając się chronologii, ale chyba podzielę go na tematyczne części. Będzie bardzo subiektywnie, a miejscami pewnie i grubo (+18) - zwłaszcza w części dotyczącej zakwaterowania, bo na samą myśl gul skacze - jeszcze teraz... No to zaczynamy.


  • TRASA.
Opcje są raptem dwie, ale biorąc pod uwagę fakt, że z resztą ekipy byłem umówiony na Mokotowie, wybór w naturalny sposób padł na wersję: Piaseczno - Góra Kalwaria - Sandomierz - Tarnobrzeg - Kolbuszowa - Rzeszów - Sanok - Lesko - Baligród - Cisna - Przysłup. Niewyjęte 7 godzin, nie licząc "siusiu-kawek" i biorąc poprawkę na aktywne uczestnictwo w akcji "Pieprz radary". Nawierzchnia znośna, polowanie z Rapidem tylko na wysokości Zwolenia, przejazd przez Rzeszów płynny. Póki co - nie jest źle.

Droga powrotna dokładnie taka sama. I profesjonalnie zakamuflowana drogówka w miejscowości Garbatka - Letnisko. Jeszcze granatowy VW Transporter schowany głęboko w wąskiej dróżce między obejściami. I policjant schowany za płotem (zresztą niewiele grubszy od sztachety), zionący wiązką lasera w obie strony. Nie prewencja, ewidentne polowanie. Dobrzy ludzie ostrzegli w porę, poza tym stan drogi nie zachęcał do wyścigów.

  • "WIDOK" - agroturystyka, pokoje gościnne, gdzieniegdzie nawet pensjonat.
Siedzę dłuższą chwilę, bo nie wiem jak zacząć. Mimo wszystko, chciałbym zachować odrobinę obiektywizmu, ale mój inner voice mówi - nie dasz rady... Z drugiej strony - czemu się hamować? Na treść rozmów są świadkowie, przemyślenia własne poparte dokumentacją fotograficzną - czyli "oni mogą Panu Majstrowi skoczyć tam, gdzie Pan może Pana Majstra w dupę pocałować." I to bez wężyka.

Spróbujmy zatem zdemaskować ten bieszczadzki "chłyt makertindodi". Będę cytował za stroną www.widok-bieszczady.pl

(...) "Serdecznie zapraszamy na noclegi wszystkich przyjeżdżających do południowej części Bieszczadów - Wetliny, Cisnej, Baligrodu, Ustrzyk Górnych - na niezapomniany wypoczynek, z dala od zgiełku i hałasu. Regeneracja sił witalnych gwarantowana!"(...) 

Z tą gwarancją regeneracji, to było tak... Pokoje rezerwowali znajomi. Wyraźnie zaznaczyli, że potrzebny jest pokój dla małżeństwa z 4-latkiem, na tyle duży, żeby dziecko miało się gdzie "rozpędzić". Zdrowy rozsądek wskazany - nie 50-metrowy apartament, ale też nie 12-metrowa klitka na poddaszu (skosy), w której stoją 3 łóżka, 2 szafki, stolik i dwa fotele, gdzie na wniesienie 2-óch toreb jednocześnie jest po prostu za wąsko. Dramat. I jeszcze ten swąd spalenizny. No dobra - przewietrzymy. Albo i nie. Odsłaniamy największe okno - nie do wiary. Zamurowane. Został jeden mały lufcik. Otwieramy - swąd spalenizny się wzmaga. Wlatują dwie osy (kolejne dwie czekały na nasz przyjazd w łazience). Jestem zdechły po siedmiu godzinach za kółkiem, trochę mi wszystko jedno. Żona idzie negocjować. I cóż słyszy? Nie dostaniemy innego pokoju, bo nie ma. A tak w ogóle, to ma teraz nauczkę, żeby nie rezerwować przez znajomych. Ręce opadły... Pisząc to zaglądam na Facebooka, wpadam na zajawkę strony WON DO PIEKŁA K...WO WŚCIEKŁA. Lepszego podsumowania nie znajdę.

Koniec końców - znalazł się pokój 4-osobowy, co prawda w niepełnym wymiarze czasowym, jaki sobie założyliśmy, ale był. Po takim początku nie zamierzaliśmy tam zostać dłużej niż to konieczne (czyt. do skonsumowania sumy zaliczki).


(…) ”Nasze gospodarstwo położone jest na wysokości 650 m., w otulinie BdPN z widokiem na Połoniny Bieszczadzkie. Nasza okolica to: naturalne bieszczadzkie lasy pełne grzybów, potoki, a w nich pstrągi oraz zapierające dech w piersiach widoki na najwyższe partie Bieszczadów”. (…)

Wysokości się nie czepiam, na grzyby nie sezon - więc ciężko stwierdzić. Pstrągi hoduje się w bajorze 3 km dalej, a co do zapierających widoków - zaparcia można dostać jak się czyta te bzdury...





Widok z "Widoku". Zaparło Wam coś?


Wyciąg z oferty:

- 16 pokoi (wszystkie z łazienkami i tv sat)

Łazienki niezaprzeczalnie były. Oferta satelitarna obejmowała - prócz standardu dostępnego i bez anteny - TV Puls, Vivę, Al Jazeerę i porno-zajawki dziewczyn z krajów arabskich. Dobrze, że nie dałem dziecku samodzielnie bajek szukać (zresztą i tak by nie znalazł)...

- plac zabaw (piaskownica, huśtawki)

Jak zobaczyłem huśtawki - odechciało mi się szukać piaskownicy

- boisko do siatkówki




Kontynuując temat warunków do regeneracji - kilka ujęć tego, o czym na stronie nie piszą (z tyłu "pensjonatu"):






Reasumując - całokształt z butów nie wyrywa, gospodyni nieużyta (chyba że przez męża, ale to już ich rodzinna sprawa) - robiła problem nawet z kilograma ziemniaków na ognisko, które organizowali nasi sąsiedzi. Dopiero kilkukrotnie powtórzone zdanie: "Chcę KUPIĆ, nie DOSTAĆ" spowodowały normalną reakcję... Na egipskie ciemności panujące wokół drewnianego domku zaradzić można przez wetknięcie wtyczki w doskonale zabezpieczone przez zacinającym deszczem gniazdko:





(...) "Eleganckie i praktyczne wyposażenie naszych pokoi z pewnością przypadnie Państwu do gustu." (...)

Oooo tak, bez wątpienia. A gdyby "Państwo" nie wiedziało jak obchodzić się z wyposażeniem, to uczynni właściciele służą pomocą. Niech buractwo z Mazowsza, Pomorza, Śląska, Małej czy Wielkiej Polski sobie raz na zawsze zakonotuje:




Na tym zakończę temat zakwaterowania. Było - minęło. Powtórki nie będzie.


  • WYŻYWIENIE

Było oczywiście na miejscu. Ale po akcji z pokojem podejrzewałem, że może nie otrują, ale pluć do zupy będą na 100%. Poza tym - sam wolałem dopłacić drugie tyle, żeby tylko tam nie siedzieć. Swoją drogą - ze śniadaniami i kolacjami we własnym zakresie był mały problem. Temperatura w pokoju dobrze ponad 20 stopni,  jest lodówka w korytarzu. Wysokość? Trochę za kolana. Precyzyjna rozpiska w środku - pół półki na pokój. Codzienna jazda "po bułki" 12 km do sklepu trochę upierdliwa. Ceny na miejscu? Za dwie łyżki płatków zalanych szklanką mleka - 8 zł. Dalej nie sprawdzam. Słowem - przemyślana strategia. Nic to - daliśmy radę.

Najbliżej miałem do Oberży "Biesisko". Znajomi odradzili - średnio im smakowało. Pojechaliśmy ze 2 km dalej - do:




Polecam - choć głównie ze względu na jedną potrawę. Niezrównana borowikowa! Pachnąca, lekko zawiesista, pełna prawdziwych grzybów, warzyw, kawałków mięsa, idealnie doprawiona - pycha po prostu. Po pierwszej degustacji dziecko nie chciało jeździć nigdzie indziej :)

Poza tym testowałem:
  • pierogi bojkowskie (w wersji opiekanej) - normalne pierogi z mięsem, czasem spotykane z domieszką kaszy gryczanej, średnio intensywnie doprawione; jadalne, ale bez szału.
  • olbrzymki huculskie - nadzienie z ziemniaków, sera i boczku z cebulką; spodziewałem się smaku a la ruskie, ale nadzienie jakieś takie płynne, kolor szarobury (jakby ziemniaków surowych użyto); wrażenia smakowe jak wyżej - jadalne, ale bez szału;
  • różnej maści kotlety wędrowca, schaby gajowego etc. takie jak wszędzie - pierś z kurczaka, karkówka, schab pieczone, smażone, w panierce lub bez - do tego opiekane ziemniaki, fryty i surówki...
  • rosół - po prostu dobry, domowy smak - nie woda z kostką rosołową;
Do wszystkiego dają sos czosnkowy albo leją masło czosnkowe w za dużej ilości. Z niepokojem patrzyłem na dziecka naleśniki z dżemem, a pucharek z lodami baliśmy się zamówić :) Można płacić kartą. Lokalne piwo Biesczad czy coś - wodniste, cienkie - nie polecam.

Bardzo porządną "michę" oferuje Chata Wędrowca w Wetlinie. Ceny wysokie, ale porcje baaaaardzo godne. Byłem przejazdem, żeby odebrać swoich wędrowców ze szlaku. Ludzi dużo, generalnie zadowoleni. Trochę mnie rozczarowała szumnie reklamowana tamtejsza pijalnia piw czeskich i słowackich. Z jęzorem suchym jak wiór proszę o ofertę lokalnych piw od Pepikóv, a tu zonk - jeden jedyny Primator z browaru w Nachodzie...


  • "OKOLICZNOŚCI PRZYRODY" + LOKALNE ATRAKCJE

Większość bywalców zapewne mi przytaknie - jeśli Bieszczady, to tylko (albo przede wszystkim) jesienią. Złote połoniny złamane czerwienią buczyny - widok bezcenny. Wiosna - wszystko budzi się do życia i jest raczej monotonnie. Ślicznie, świeżo, zielono - ale raczej monotonnie. Opuszczając "gościnne gospodarstwo" Państwa D. - trafiam na łąkę, "udekorowaną" gęsto efektami pracy kretów, nornic, mrówek i pszczół/os/szerszeni (czy też czegokolwiek, co stamtąd wylatywało). Początek płaski, potem łagodnie acz konsekwentnie w dół, aby na końcu zderzyć się ze ścianą lasu "wdrapującego się' na górskie zbocza. Po drodze liczne ślady końcowej fazy metabolizmu ssaków z podgromady łożyskowców, rzędu parzystokopytnych, a gromady jeleniowatych... Bez przekonania czaiłem się o różnych porach w chaszczach - w nadziei na jakieś spotkanie - oczywiście bez rezultatu. Któregoś ranka widziałem drapieżne ptaszysko (orła?), które po kilkuminutowym monitoringu rewiru zapikowało nagle w dół, chapnęło sobie gryzonia z kopca i odleciało ku kniei. Byłem na tyle daleko, że nie próbowałem nawet wyciągać aparatu - po prostu stałem i patrzyłem. Piękna akcja... Czasem na łące pojawiali się amatorzy jazdy konnej, ale zazwyczaj było pusto. Dobre miejsce, żeby pokontemplować...








Spacer po Przysłupiu. Krótki, bo rozpędzać się nie ma gdzie...








Vis a vis Karczmy "Brzeziniak". w której raczyłem jadać, oferowali wędzone pstrągi. Nie z potoku, co prawda, ale zawsze. Wszyscy odnosili wrażenie, że w stawiku więcej było żab (chędożących się na potęgę) niż ryb, ale coś tam w końcu wędzili. Bukowym drewnem. W wędzarni przywodzącej na myśl sławojkę... Jest klimat :)






Korzystając z marnej, niedzielnej pogody, wykluczającej (w naszym przypadku) górskie wędrówki - postanowiliśmy ruszyć w stronę Komańczy. Tak marnej drogi nie widziałem chyba nigdzie. Wyhamowywanie do zera co kilkaset metrów na długości ca. 7 km. Masakra - zwłaszcza dla zawieszenia.

Zaczęliśmy od klasztoru sióstr nazaretanek, gdzie Prymas Tysiąclecia spędził ostatni rok internowania (1955-56). Kameralna Izba Pamięci, dwie przemiłe, starsze siostry. Kaplica. Krzyże, trochę zdjęć na ścianach. Zwiedzania w środku niezbyt wiele, padający deszcz skutecznie odstraszał od spaceru na zewnątrz. Ale warto było odwiedzić to miejsce.











Sam dojazd teraz jest trochę utrudniony przez budowę drogi - ruch wahadłowy, światła ustawione na 7-8 minut w jedną stronę. Za długo, dlatego miejscowi niespecjalnie się tym przejmują. Wjazd do klasztoru wypada akurat w połowie, więc wracając wyjeżdża się w ciemno - często na czołówkę :) Autochtoni jednakowoż wyrozumiali, mimo pierwszeństwa zjeżdżają na bok i czekają.

Minutę od klasztoru jest schronisko PTTK im. Ignacego Zatwarnickiego.




Prowadzi je młode małżeństwo, rodzice 1,5-rocznego Olka. Maluch akurat spał. Zawalony zabawkami kąt był do dyspozycji małych gości. No i to pyszne, prawdziwe, gorące kakao w fajnym kubku :) Juniorowi baaardzo smakowało.




Samo wnętrze urządzone prosto, ale ze smakiem. Jest przytulnie i funkcjonalnie. Scandinavian style trochę.






Oprócz standardowej oferty noclegowo-gastronomicznej, można było sobie jeszcze postrzelać. Z tyłu schroniska mini-poligon :)








Skoro już jesteśmy w Komańczy, to wypadałoby obejrzeć cerkiew. Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na prawosławną Niedzielę Palmową i można było zajrzeć do środka, chociaż przesympatyczny duchowny służył kontaktem do siebie, gdyby trzeba było przyjść i otworzyć - nawet na chwilę. Opowiadał trochę o historii, o pożarze we wrześniu 2006 r., przy okazji zasugerował zwiedzenie Jeziorek Duszatyckich. Znajomi poszli, my nie zaryzykowaliśmy kilkugodzinnej wędrówki z dzieckiem.








Wracając w kierunku Cisnej mijamy po drodze Majdan - stację Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej. Jadąc do Komańczy, zatrzymaliśmy się na chwilkę - wszystko zamknięte na cztery spusty. Wracamy - dalej nikogo nie widać, ale samochodów pełno. Z uzyskaniem rzetelnej informacji czy to-to jeździ w ogóle i jeśli tak - to czy wg rozkładu - był niejaki problem. Zatrzymaliśmy się więc w celach "lustracyjnych"...

Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to że nasi tu byli... Ani chybi dłużyło się oczekiwanie na ciuchcię...



Dalej obyło się bez ozdobników.

























Na dzień następny zaplanowaliśmy Polańczyk, Solinę i wycieczkę na Słowację. Pogoda dopisywała, humory też. Polańczyk okazał się być małym, cichym (tylko przed sezonem?) miasteczkiem. Knajpki i cukiernie z ogródkami, sklepy, ośrodki wypoczynkowe, park - jak to w uzdrowisku :) Za bonus robi przystań, z której można załapać się na wycieczkę statkiem po Zalewie Solińskim lub samemu wypożyczyć rower i trochę popedałować po wodzie...









W Solinie - oczywiście zapora :) Parking - ryczałtowe 5 zł, bez stawki godzinowej. Miło. Teraz trzeba tylko przebrnąć przez szpaler straganów odpustowych... Wiatr oczywiście mało głowy nie urwał, ale ciepło było, więc spacerek całkiem udany...


















Połowa planu zrealizowana. Wracamy na obiad, chwila odpoczynku i ruszamy na Słowację. Żadnej metropolii blisko granicy nie ma, wybieramy więc coś relatywnie dużego w promieniu 100 km - Humenne. Droga wiodła przez przejście w Radoszycach, czyli powtórka z dziur i wybojów. Nie wiem, góry niby te same, ale jak wyjeżdżam z Polski, to mam wrażenie, że "u nich" jakby ładniej... Góry Stołowe z Adrspachem też niepolskie ładniejsze, białoruską część Puszczy Białowieskiej też wolę...

Pierwsza większa miejscowość po słowackiej stronie, to Medzilaborce. Pierwsze, co dziwi, to brak Słowaków. Za to całe watahy Romów przesiadujące na polach, obstawiające obie strony drogi, patrzące dziwnym wzrokiem na przejeżdżające auta. Człowiek nieswojo się czuje i parkować tam by nie chciał, o jakimś dłuższym pobycie nie wspominając. Kilkadziesiąt kilometrów dalej wjeżdżamy do Humennego. Chwilę przed granicami miasta moja Renia obchodzi mały jubileusz - 50 000 km przejechane. Szukamy jakiegoś miejsca do parkowania. Wszystko płatne do 17-tej. Udaje się znaleźć mały placyk na tyłach Urzędu Miasta. Rozdzielamy się, Junior nie czuje potrzeby bliższego zapoznania się z pomnikiem Szwejka, skansenem czy gotyckim kościołem. Zoczył za to jakieś objazdowe wesołe miasteczko z dmuchanym zamkiem i nie odmówił sobie przyjemności paru zjazdów, co zmusiło nas do poszukiwania bankomatu i premierowego pobrania gotówki za granicą - połączonego z chwilą niepewności o to czy wypluje kartę czy nie? :)




Dzięki temu, że chłopak wyraża zainteresowanie fontannami, udało się go chwycić na tle wizytówki Humennego - renesansowego zamku, w którym mieści się Vihorlatské múzeum.







Jeszcze mały spacer deptakiem





i kotwiczymy w jakimś markecie. Cel - drobne wsparcie przemysłu cukierniczego i browarnictwa naszych południowych sąsiadów :) Potem - siaty do kufra i w drogę.



  • GOTHAER, GOTHAER EVERYWHERE :)
Wyjazd. Długi czy krótki, daleki czy bliski - zazwyczaj jest po to, żeby odciąć się od codzienności. Inny krajobraz, zupełnie obcy ludzie, umysłowy reset, zero nawiązań do tego, co czeka na biurku na poniedziałek.     Zero chwalenia się szczegółową destynacją przed wyjazdem. I co? I wychodzi człowiek rano przed dom z kawą, gdzieś na końcu świata, wciąga świeże powietrze i... zostaje na wdechu, bo z drzwi obok wychodzą ludzie z firmy :D Sympatyczna para motocyklistów z zaprzyjaźnionego pionu likwidacji szkód, która znalazła nocleg akurat tutaj - nomen omen w tym samym pokoju, który wstępnie miał być nasz - z widokiem na "wapienne skały" i swojskim swądem. Odczucia mieli zresztą dokładnie te same w chwilę po wejściu. Całe szczęście aura pozwalała na pobyt na zewnątrz...
Było trochę śmiechu ze spotkania, Junior zapozował na japońskim potworze, a ja mogłem ustrzelić kilka klatek z Demonami Szybkości (tu przepraszam posła Niesiołowskiego, bo szukając właściwej perspektywy zaległem w przydrożnym rowie, wygniatając ładny zagon jego ulubionego szczawiu).









Przedostatniego dnia żonę puściłem w góry, a sam urzędowałem z synem. Dzionek do południa zszedł na czytaniu i wyklejaniu gazetki "Star Wars" oraz grze w Piotrusia. Potem obiad w "Brzeziniaku" i wycieczka do Wetliny po mamusię i część ekipy. Mały przystanek na kawę w "Chacie Wędrowca", a wieczorem ognisko. Miejsce współdzieliliśmy z turystami z Częstochowy i Warszawy. Własnej produkcji pigwówka sprzyjała integracji. Ja, niestety, o suchym pysku - nazajutrz kawał drogi przede mną. Co wrażliwszym na moc nalewki, imprezę sponsorowały:







Rano - szybkie śniadanie, pakowanie toreb, pożegnanie z tymi, co jeszcze zostali, 7,5 godziny jazdy i w końcu: home, sweet home :)

6 komentarzy:

  1. przeczytałem od dechy do dechy ... wzruszyłem się!
    foto obejrzałem ... super strzały!
    kolejne doświadczenie życiowe zdobyte!

    sukces pełną gębą! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łoooo...detkało się :)

      O strzałach, to już Ci pisałem... I jak coś wyszło, to w dużej mierze rady Mistrza procentują :)

      Usuń
  2. nie wiem kto to ten Mistrz ...
    ale fotografie mają pomysł, sens, kompozycję, kadr ... i tak dalej ...
    Twoje oko jest bardzo dobrze widzące ...

    :)

    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No - ten Mistrz, to taki "okulista" z Łanfoto. Zaczął leczenie od muchomora z puszczy i tak jakoś zostało :)

      Usuń
    2. chyba nie znam gościa ale skoro tak to musik być spoko ... ;)

      Usuń