niedziela, 23 czerwca 2013

PIU Cup 2013 czyli jak "Nieloty" skrzydeł dostały...

Futbol. Narodowy sport, mimo braku znaczących sukcesów przez lata świetlne. Jedno słowo - wiele znaczeń i skojarzeń. Sposób na życie. Pasja. Namiętność. Miłość. Nienawiść. Męskie wieczory. Pub. Piwo. Zakłady. Ciche dni w domu. Głośne dni w pracy :) Trudno znaleźć osobę, której futbol jest obojętny lub chociaż pośrednio nie dotyczy. Mniejsza o szczebel rozgrywek - emocje są zawsze.

Drużyna firmowa. Była - od kiedy sięgam pamięcią. Galeria trofeów ma honorowe miejsce w pokoju, w którym pracuję. Nie żebym się przyczynił do ich zdobycia, nie. Za to kolega kierownik - i owszem - jako grający trener i ostatnio tylko trener - trochę tego zgromadził. Niestety, ostatnimi czasy można było tylko tęsknie spoglądać w stronę gablotki i przypomnieć sobie czasy świetności przy okazji wycierania kurzu ...



Edytowane 25 czerwca 2013 r.:

Zostałem zobligowany do aktualizacji wyglądu gablotki ;)



Gramy cały czas. W jakiejś lidze biznesowej. Tyle że wyniki i sposób gry są wyłącznie źródłem cotygodniowych anegdot, na głębsze analizy po prostu brak materiału. Trudno się dziwić, że w piątek na pożegnanie pojechałem trenerowi szyderą, proponując przegarnięcie na półce, żeby się nowe trofeum zmieściło. A w sobotę zapowiedziałem, że jadę uwiecznić wielkie lanie.

PIU Cup 2013 - piąta edycja halowego turnieju piłki nożnej dla drużyn z sektora ubezpieczeń. Miejsce rozgrywek - kompleks sportowy przy ul. ks. Bolesława 1/3.



31 drużyn zgłoszonych. Podział na grupy dokonany. Jesteśmy razem z KUKE, ERGO Hestia i PZU. Rozpoznanie przeciwnika dokonane. O ile KUKE prezentuje poziom (używając przełożeń międzynarodowych) coś między Wyspami Owczymi a Lichtensteinem (jak zewrą pośladki), to z ERGO i PZU żartów raczej nie będzie.

Oprócz oczywistej, tytularnej i głównej części piłkarskiej, impreza miała charakter rodzinnego pikniku. Dzieciaki miały basen z piłeczkami, dmuchaną wielką zjeżdżalnię, klauna-animatora, który wymyślał im różne konkurencje sportowe. Były panie od malowania twarzy etc.
Nie sposób pominąć kwestii darmowej wyżerki dla zawodników i kibiców. Dwa buzujące pełną parą wielkie grille ogrodowe oferowały karkówkę, kiełbasę, kaszankę, kebab, szaszłyki. Pieczone ziemniaki, surówka, ketchup, musztarda, dip czosnkowy i małosolne (!). Idealne - "trafione w punkt". Poezja. Na spragnionych na stołach czekały mineralna i inne kolorowe "pepsi-colo-podobne" oraz dwa barki z zimnym "Królewskim". Oferta ważna do wyczerpania zapasów, a że słońce paliło niemiłosiernie, chwilę po południu w KEG-ach było już sucho ;) Zresztą z zaopatrzeniem w cokolwiek problem był zerowy - bezpośrednie sąsiedztwo LIDL-a rozwiązywało wszystkie kwestie - od parkingu aż po lody :)



Ale wróćmy do głównej atrakcji. Zawodnicy i kibice schodzili się od 9-tej. Przy wejściu na teren kompleksu hostessy stemplowały łapę, dawały opaskę oraz okazjonalny t-shirt. Przedturniejowa akcja z "akredytacją" dla kibiców okazała się klasyczną popeliną - nikt niczego nie weryfikował. Ale może dzięki temu przyszło tyle ludzi, co powinno?



W środku hala podzielona na trzy boiska, na których równolegle rozgrywały się mecze fazy grupowej. Siatki od podłogi aż po dach chroniły kibiców przed strzałami mijającymi światło bramki, a umówmy się - trochę ich było ;] Atmosfera gęsta. Wentylacja marna, ludzi dużo, płynęło się od samego stania - tym bardziej szacun dla zawodników.
Po załatwieniu kwestii organizacyjnych (m.in. rejestracja zawodników) przyszedł czas na odprawę przedmeczową i rozrzedzanie atmosfery planowaniem reszty dnia po ostatnim meczu w grupie :)




Chwila, żeby wejść w atmosferę turnieju i pooglądać potencjalnych przeciwników...
















Przyszedł czas na rozruch przed pierwszym meczem. Zaczynamy od KUKE. Jeśli nie wygramy z nimi, to z kim???








W końcu - wywołani na boisko. Pamiątkowe zdjęcie w bramce:


I jedziemy. Po swoje, panowie, po swoje :P




Co do fotorelacji... W sumie od tego powinienem zacząć. "Fotograf sportowy" ze mnie jak z koziej dupy rakietnica. Sprzęt trochę nie ten, umiejętności całkiem nie te :| Chociaż akurat te zdjęcia odzwierciedlają w miarę wiarygodnie przebieg meczu. Raczej do jednej bramki - szczęśliwie nie do naszej. Na zero z tyłu. KUKE dostało klapsa na dzień dobry. Nic dziwnego, że po meczu zawodnicy zziajani, ale w dobrych humorach. Do następnego spotkania około godziny. Można solidnie odpocząć i omówić popełnione błędy, choć przeciwnik nie zmusił do wznoszenia się na wyżyny...












Po pierwszym meczu grupowym do drużyny dołącza podstawowy bramkarz. Grono kibiców zasila z kolei przedstawiciel top managementu (choć jak się później okaże, nie samym kibicowaniem Prezes żyje).


Na dworze potworna lampa, ale wszystko jest lepsze od siedzenia w dusznej hali.




Można np. w ramach zabawy podregulować celownik...






Doczekałem się i reszty rodzinki :)





Czas mijał szybko, trzeba było skrzyknąć rozproszoną drużynę i ogarnąć się przed prawdziwym testem. ERGO na rozkładzie... Rzut oka na przeciwnika, szybka rozgrzewka i na boisko!




Zgodnie z przewidywaniami - lekko nie było. Groźne były stałe fragmenty, hałas z trzech boisk bardzo utrudniał głosową komunikację z obrońcami - ręczne sterowanie było jak najbardziej na miejscu :)


Zacięty mecz. Akcja za akcję. Łapię się na tym, że drę japę razem z innymi - zapominając o aparacie. Nie ma miejsca na bieganie wzdłuż linii, co trochę wpływa na monotonię ujęć, ale co tam - skoro naszym idzie!

 





Koniec! 1:1. Naprawdę nie jest źle. Szybka weryfikacja tabeli - w trzecim meczu potrzebujemy co najmniej remisu. Teoretycznie niewiele, ale ostatni rywal w grupie, to drużyna PZU, która dość regularnie kończyła poprzednie edycje wysoko... Duuuże korpo, dużo spółek córek - na tyle dużo, że mają swoją wewnętrzną ligę, trenują, ograni w turniejach... No cóż - na papierze nie wygląda to dobrze.

Czasu do meczu jest na tyle dużo, że zawodnicy mogą w końcu wciągnąć jakieś proteiny. Trzeba przyznać, że samodyscyplina w GTU godna podziwu. Taka (żeby palcem nie pokazywać) UNIQA sama wyżłopała chyba bekę piwa przez fazę grupową :D

W kolejce do kawałka odymionej świniny staliśmy z gwiazdami światowego futbolu...


George Hagi zrobił rezerwację i pogalopował siku. Że też mu ten "ajfon" z tej zmyślnej skrytki nie wypadł...


A tymczasem trener ponownie uczulił krewkiego obrońcę, że z panem w żółtym nie trzeba dyskutować w ogóle, a w szczególe - nie podawać w wątpliwość jego pochodzenia z prawego łoża i nie domniemywać o nieobyczajnym prowadzeniu szanownej mamusi...



No dobra, PZU - Decydujące Starcie. Okazało się, że nazwa nie gra, ani bogata infrastruktura. Kolejny ciężki mecz. Pełna koncentracja i na boisku i u kibiców, ale mamy to, co chcieliśmy. Remis 1:1! Wychodzimy z grupy!!!





Faza play-off podkręca emocje. Każdy błąd kosztuje bardzo drogo. Może to świadomość tego, że zrobiliśmy więcej niż po nas oczekiwano, niż sami po sobie oczekiwaliśmy? A może to początek turniejowego teamu, niemieckiej maszyny, która rozkręca się z każdym następnym meczem? :D
1/8 finału. 1/4. Półfinał. AVIVA. Kto to jest AVIVA? 3:0 i żegnamy panów :))) Nastroje zaczynają być niebezpiecznie euforyczne. Trener rzuca: "No jak już tu doszliśmy, to trzeba to wygrać!" :DDD
Uniwersytet Ekonomiczny z Poznania - rozjechany! WARTA? NieWARTA finału.






Tymczasem w drugim półfinale Gras Savoye wkręcił w ziemię PZU. Skład mieli egzotyczny, ale paszportów przecież nikt nie sprawdzał. Poza tym - co za różnica? Finał to finał. Na CR7 też byśmy wyszli ;)


Krótka sprawozdawczość...



Ostatnie chwile na rozluźnienie ciała...



I umysłu...




Zaczynamy ostatnie 13 minut turnieju. A może i nie ostatnie?
Optyczna przewaga po stronie Gras Savoya. Afrykański zaciąg z butów techniką nie wyrywa...





W końcu stało się. 0:1 i zrobiło się trochę nerwowo. Zwłaszcza, że nasz bramkarz przy jednej z interwencji nabawił się kontuzji, a zmiennika już wtedy nie było. Do końca grał z grymasem bólu przy każdym ruchu. Kilka minut przed końcem mogliśmy sobie w końcu wrzasnąć! 1:1! Dowieźliśmy remis do końca. O rozstrzygnięciu decydowały karne. Seria po 5, a potem do pierwszego błędu...

Niestety dla Andrzeja to był koniec gry... Pożegnanie brawami, bo ewidentnie zasłużył.



Krótkie ustalenia - kto pierwszy, na która bramkę...?




I zaczynamy... W naszej bramce - Prezes himself ;)






Po serii 5-ciu mamy remis. Nikt się nie myli. Aż do 9-tej serii. Och, Karol. I tyle. Pastwić się nie będziemy. Wiemy, że mu przykro :)

To oczywiste, że trochę żal. Ale bez przesady. Gdyby ktoś 7 godzin wcześniej powiedział, że zajmiemy II. miejsce na 30 drużyn - dostałby skierowanie na konsultację psychiatryczną :)


Ostatni akcent turnieju - dekoracja zwycięzców.















Każda uczestnicząca drużyna dostawała jakąś pocieszkę. Nieobecnym wysłano pocztą. A za niektórych odbierali kibice :) Podobało się :)



Najlepszy strzelec turnieju był z PZU - 14 bramek.



Najlepszy bramkarz - ze zwycięskiej drużyny Gras Savoye.




W PZU tylko bramkarz miał kibica ;)





W końcu my!









Na końcu najmłodszy kibic, mój mały bohater, który wytrzymał aż do finału :)




Było naprawdę fajnie. Jedna z lepszych plenerowych imprez, na jakich byłem. Trochę szkoda, że nasi kibice nie dopisali, ale kto wie, może za rok będzie tłum? :)
I podnieśliśmy sobie poprzeczkę - za ok. 2 tygodnie GOTHAER Cup w Kolonii. Po takim występie po prostu nie wypada zagrać słabo. Jasna sprawa, że to Bundesliga. Ale wyjść z grupy mus jest po prostu :) Mam nadzieję, że Andrzej będzie jak nowy na turniej, nasz korporacyjny Mourinho rozkmini taktykę, a wykonawcy nie spuszczą z tonu :)

Będzie dobrze.


Edytowane 6. lipca 2013 r.:

Aż tak dobrze nie było, chociaż o blamażu mowy nie ma. Jak donosi z Kolonii (ucieszony nowymi stawkami roamingu, przy pomocy swojego wszystkomającego Ajfona) Pan Trener - o zakończeniu rozgrywek na szczeblu grupowym zdecydowała nieznacznie gorsza różnica bramek przy tożsamym dorobku punktowym.

Mile zaskoczenie: nasz bramkarz (Michał, w zielonym - powyżej), zastępujący "zepsutego" Andrzeja, rozegrał zawody życia.

Niemiłe zaskoczenie: sędziowie - zadający kłam, mający w pogardzie, plwający z obrzydzeniem i szargający przysłowiową niemiecką precyzję. 10-minutowe spotkania kończyli po minutach 7-miu, dopiero delikatny strzał butem w potylicę, złapanie za kudły i podstawienie pod nos stopera powodowały powrót do ustalonych reguł... Przy nich każdy z sędziujących na PIU Cup jawi się niczym Collina czy inny Merck.

Reasumując - 5 zwycięstw, dwa remisy i porażka. Dużo lepiej niż rok temu, ale i tak za mało, żeby zaistnieć jakoś konkretniej. No cóż - może za rok?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz