wtorek, 9 lipca 2013

Deyna Cup 2013@Pepsi Arena - czyli o utracie dziewictwa po raz drugi...

Pociągnę - za przeproszeniem - temat futbolowy...

Piłki w życiu mężczyzny obszernie tłumaczyć nie trzeba. Od małego - cytując klasyka - "haratało się w gałę" i wszystko. Jedni grali w reprezentacji szkoły, potem w miejskim klubie (niezależnie od klasy rozgrywek),  odkryli ich różnej maści skauci i teraz handryczą się (zbulwersowanych pisownią tego słowa odsyłam: http://poradnia.pwn.pl/lista.php?id=9635 - bo też nie  byłem pewien) o termin przejścia do Bayernu - a drugim pozostało kibicowanie.

Kibice jak piłkarze - dzielą się wg różnych kryteriów. Najgorsza "swołocz" to ta, która siedzi w domu z 6-pakiem obok michy czipsów. Modyfikacje, to wódka zamiast piwa, ogórki w miejsce czipsów. Upgrade? Błazeńska czapa w narodowych barwach i komentarze "znawcy" po każdym zagraniu. Właśnie zdałem sobie sprawę, że nie jestem taki najgorszy - opędzę cały mecz jednym browarem bez przekąsek :D
Są w końcu kibice czynni. Na stadionie. W barwach. Chociaż i tu - między "plażowiczem" a "ultrasem" można by pewnie parę subkategorii wyodrębnić.

W fabryce, w jednym pokoju siedzę z dwoma kibicami, trzeci jest przelotem (choć oczywiście w skali firmy jest ich albo i lepiej - NAS - więcej).






Gdybym ich chciał zaszufladkować, to hmmm... Żyleta-light? :) Trybuna - właściwa. "Od kołyski aż po grób - jedno miasto, jeden klub" - się zgadza. "Ubarwienie" - wzorowe, śpiewnik w małym palcu. Ale: radiowozu żaden nie przewrócił, ani jednego okna na Starówce nie wybił, to chyba "light" będzie ok :] Siedzę sobie i ich słucham, w tle słyszę dźwięki z dopingu na meczach, podglądam co ciekawsze oprawy i tak się zastanawiam, co fajnego może być w siedzeniu na trybunach, gdzie nie widać nic albo widać jakieś kolorowe mrówki, które biegają za piłką wielkości łebka od szpilki...?

Do konkursów ogólnie szczęścia nie mam. A fejsbukowych nie trawię, bo zanim weźmiesz udział, trzeba 75 tysięcy aplikacji zainstalować i drugie tyle razy coś zaakceptować. Bezwiednie wpadłem jednakowoż na liście aktualności na jakiś quiz z nagrodami, organizowany przez Wydział Sportu i Rekreacji bemowskiego Ratusza. Pytanie - w jakim angielskim klubie grał Kazimierz Deyna? Nagroda - podwójny bilet na finał Deyna Cup. Coś mi tam we łbie świtało, że Man City, ale że 6 pierwszych odpowiedzi wygrywa, a 4 już wpisane... Nie ma szans. F5 - odpowiedzi dalej cztery, znów F5 - to samo. No - skoro tylko na mnie czekają... Mimo wszystko trochę się zdziwiłem, ale cóż - laureat to laureat - ostatnia wejściówka była moja.



Pan z Ratusza okazał się być młodzieńcem nad wyraz spolegliwym - zostawił bilety u ochrony, żebym mógł odebrać w dowolnej porze. Jak zwykle w takim przypadku (nowe - atrakcyjne - miejsce, w którym raczej stałym gościem nie będę) - włącza się lampka: a może by tak uwiecznić tę eskapadę? Przestrzegany przez bywalców, osłuchany z opowieściami o przemycie korka do napoju w kapturze - radzę się Trenera. Kończy się e-mailem do Punktu Obsługi Kibica. Odpowiedź zwrotna w ciągu godziny - żadnych aparatów z wymiennym obiektywem.  Bezpieczeństwo - bezpieczeństwem, ale przepis ów nieżyciowy jest. Albo po ludzku, wprost - z dupy jest. Prędzej ktoś w sędziego rzuci małpką za 300 niż słoikiem za dwa tauzeny, ale tak sobie ustalili - ich zbójeckie prawo... No dobra, wiem gdzie grają. Z grubsza ogarniam jak dojechać, ale prawdziwy dylemat to parkowanie. Tu nieocenione były rady i sugestie kolegów kibiców. Tak obrazowo wytłumaczyli, że strit wju u wujka G. można było odpuścić ;] Nie zmieniło to faktu, że się łamałem przez całą sobotę czy jednak auta nie zostawić i faktycznie na tym stanęło. Do Ratusza czymkolwiek, a stamtąd 171 i do końca - pętla na Torwarze.

Dojechaliśmy godzinę przed czasem. Za wcześnie, żeby wbijać na sektor i za późno, żeby wycieczkę po całości zaliczyć. Z uwagi na brak stosownego oznakowania, kroki swe skierowaliśmy do sklepu firmowego. W desperacji gotów byłem wydać kuriozalną kwotę na t-shirt, ale chińskie XXL jest dość śmiszne w kalibrze. A nie życzyłem sobie wyglądać jak w lajkrze i dostać w ryj w kibicowskim debiucie za ośmieszanie barw :) Skończyło się na szaliku wybranym przez Juniora.
Szukanie wejścia widniejącego na bilecie... Nie wiem czy to powszechna praktyka czy dobre serce połączone z nieco piknikowym charakterem imprezy - weszliśmy nie tędy, co trzeba. Ale w końcu lepiej prześmigać się po koronie niż dreptać wkoło stadionu poza ogrodzeniem.
A teraz prawdziwych kibiców przepraszam - będę pisał o rzeczach prostych, oczywistych, debilnych na pozór, ale dla mojego oka i ucha nowych...
Pierwsze wrażenie Pepsi Arena robi wcale nie gorsze niż Narodowy. Naturalnie, że mniejsza jest, ale "kameralność" akurat dla mnie tu była zaletą.






  


 

Fast-food króluje wszędzie. Jeśli Zagłoba narzekał na okrutnie liche piwsko w Końskowoli, to chyba tego "meczowego" nie pił :) I ta cena... Mmmmm... 10 plnów za 0,4l. czegoś o mocy 3,5%. Zgroza normalnie ;) Żeby się tym delikatesem znietrzeżwić, trzeba mieć wór pieniędzy i jeszcze większy pęcherz. Ale przecież tu nikt łoić nie przychodzi ;>

No dobrze - sektor namierzony - miejsca niemal dokładnie za bramką. Widoczność bardzo dobra. Weryfikuję swój pogląd, że na stadionie nic nie widać. Telewizja kłamie! :) Boisko wygląda tam jakby miało ze 3 hektary, tymczasem na żywo ma jak najbardziej możliwe do przebiegnięcia rozmiary. Widoki owszem - istotne, ale muszę słów kilka o atmosferze... Nie dało się poczuć w pełni, bo z frekwencją nie było jakoś przesadnie, dodatkowo niedobór ibuprofenu w organizmie zabierał radość życie - ale namiastkę dostałem. Zaczęło się tradycyjnie - szaliki w górę i "Sen o Warszawie". Dreszczyk przeszedł, a przy 30-tu tysiącach gardeł? Zaczyna mnie korcić, żeby przyjść na ligowy mecz... Widoki z sektora 119 nie są złe - akurat naprzeciwko Żylety. Pan Staruchowicz na gnieździe, "perkusiści" po bokach :) Próba generalna przed Widzewem w toku. I jest naprawdę nieźle. Zachodnia trybuna współpracuje całkiem nieźle. Po raz kolejny nachodzi mnie myśl, żeby zawitać tu przy komplecie publiczności - oddawszy się uprzednio lekturze śpiewnika :)







Dla syna to też była pierwsza meczowa wizyta - na stadionie z prawdziwego zdarzenia. Widziałem, że mu się podobało, krzyczał GOOOL! razem ze wszystkimi, klaskał kiedy trzeba :) Żałował oczywiście, że Legia nie gra z Grecją (to jego ulubiona drużyna - wyłącznie z okazji dużej ilości niebieskiego na strojach). Tak na wszelki wypadek - nigdy mu świadomie Ruchu Chorzów nie pokażę :D









Ogólnie - to był całkiem przyjemny weekend...

W sobotę uczestniczyłem (chociaż biernie) w rekonstrukcji wyprawy na Kijów -


- nie zakończonej, co prawda, ponownym przyłączeniem Grodów Czerwieńskich, ale zawsze...

Obżarłem się czerwonymi porzeczkami (w ogóle przypomniałem sobie, że istnieją)...






I - w rewanżu - dałem się obeżreć komarom, bo zachciało mi się badylek na skraju lasu pstryknąć w zachodzącym słońcu :/



Kacper wyhasał się z siostrami na hopsalni :)



A potem był zachód słońca i komu w drogę - temu trampki...


Na niedzielne przedpołudnie umówiłem się z Hrabią Karolakiem Dwojga Danów na weryfikację fejsbukowego event-u pod szumnym tytułem "Powitanie słońca". Może potem się rozkręciło, ale początki były - delikatnie mówiąc - daremne, markotne lub wątłe (do wyboru). O godz. 11-tej były rozłożone raptem dwa namiociki o nieznanym przeznaczeniu. Zajechać raczył również sprzedawca baloników (szał - normalnie szał). Z nudów obszedłem amfiteatr...






Tęsknie wiodłem wzrokiem po wzgórzu :)


Zerknąłem na "jogopodobne" wygibasy i dziwnie statyczną odmianę tai-chi (?)




W końcu nadjechał uchachany po całonocnych igrcach Jaśnie Pan Hrabia...


A że przy okazji raczył mieć urodziny, klapnęłiśmy na chwilkę w celu symulacji baletów z tej okazji. Ostatni raz dostał aparat do ręki, bo przedstawił mnie w świetle dramatycznym co najmniej ;)


Po kwadransie szalonej popijawy pognałem do domu, no bo mecz...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz