wtorek, 20 sierpnia 2013

Farma Iluzji czyli czary-mary na zadupiu.

O miejscu dowiedziałem się przypadkiem, czytając dawno temu post znajomego na FB. Nie weryfikowałem opinii o miejscu, po prostu przyjąłem do wiadomości, że jest.
I przypomniałem sobie o nim w zeszłą sobotę. Perspektywa siedzenia w 30-stopniowym upale w mieszkaniu nikomu się nie uśmiechała. Opcja wycieczki nad Zalew Zegrzyński nie kusiła, kiedy wyobraziłem sobie dojazd (zatkana remontem Trasa Toruńska i zamknięta Modlińska) i dziki tłumek na plaży. Szybka decyzja, zerknięcie na mapę, pakowanie i w drogę. Podpowiadajka z netu jakoś się nie zgrała z nawigacją, ale co tam :) Z trasy Warszawa - Lublin zjazd na Korytnicę, potem Wola Życka i na samo miejsce po zajawkach przy drodze. Przegapić nie sposób, bo takie skupisko aut w lesie rzuca się w oczy.

Brakowało mi przy wejściu jakiegoś planu z rozmieszczeniem atrakcji, choć - jak się później okazało - nie takie to znowu wielkie i bez problemu daliśmy radę.

Na wejściu pierwsze niebywałe zjawisko: kran w wersji Wi-Fi :D






Nawet Jurand ze Spychowa po dzbanie spirytusu dojrzałby rurkę w środku strumienia wody, ale dzieci to dzieci, więc zdziwienie i radocha były spore :)

Beczkę z kotem można uznać za punkt odniesienia. Stąd o krok do "centrum gastronomii": zapiekanki, lody, gofry - a jak ktoś chce, to może upiec własną kiełbachę na buzującym non-stop ruszcie.

Lekko w lewo, za plecami kota - wiklinowy labirynt.



 



Junior właśnie wikliną rozpoczął i zakończył wizytę na farmie. Nie dość, że trzeba znaleźć wyjście, to jeszcze po drodze zebrać wskazówki do rozwiązania zagadki.

Potem można zajrzeć do Zatoki Piratów - ogrodzonej plaży, na której można się opalać, przebiegać przez kurtynę wodną (bo brudnego oczka wodnego nie polecam) i pobawić się z plasticzanym krokodylem.




Potem można było obejrzeć pokaz młodego iluzjonisty - Macieja Pędy. Klasyka gatunku dla dzieci czyli sztuczki z kartami + wędrująca chusteczka...




Syn znudził się dość szybko. Przewidziałem to i poszedłem wcześniej zająć kolejkę do Latającej Chaty Tajemnic.



Z pozoru zwykła, pochyła chałupa, ale po wejściu do środka się zaczyna... Dzieci wbiegają bezproblemowo, ale co się u dorosłych z błędnikiem wyprawia! Większość potrzebuje chwili na oswojenie się z nowymi realiami, "kozaczenie" kończy się wywrotką lub śmisznymi wygibasami i łapaniem wszystkiego, co wystaje, żeby utrzymać równowagę. To chyba najlepsze miejsce na farmie. Zdjęcia (przynajmniej te) kompletnie nie oddają tego, co się z człowiekiem dzieje :)




Po wyjściu - pozycja obowiązkowa: dźwiganie chałupy :)


Wzmocnieni jako tako marnej jakości gofrem (półpłynna bita śmietana i jakieś owoce w żelu), obraliśmy kurs na Ścieżkę Trapera. Nazwa oczywiście mocno na wyrost.


W dzieciństwie zaczytywałem się książkami o Indianach. Białych osadników (backwoodsman-ów) i traperów, a nawet trampów było w nich na pęczki i - o ile mnie pamięć nie myli - traper, to po prostu myśliwy polujący głównie na zwierzęta futerkowe, których wyprawione skóry żenił w fortach i kupował za to proch, amunicję, sztucer, nóż myśliwski i zapas żarcia na nową wyprawę. Czynił to zazwyczaj na terytorium USA i Kanady. A skoro tak, to skąd tam - do cholery - zebra i hipopotam? :)



Po paru metrach szalony aranżator się chyba opamiętał, bo zaistniała jakaś poprawność geograficzna ;)



Kilka kroków dalej był wigwam z gałęzi i tipi szmaciane. I tej ścieżce już dziękujemy.

Na lewo patrz! Następna ścieżka - tym razem zdrowia. No to naprzód.








Po dwukrotnym przerobieniu trasy, Junior - wzorem Króla Juliana - zażyczył sobie pohopsać na hopsalni - czyli idziemy na Pole Dmuchańców.



Zmęczony - postanowił nieco się ochłodzić i odświeżyć.



Gdyby umiał, pewnie zagrałby w Giga Szachy.


Wysuszony, przebrany. Można zwiedzać dalej. Mijamy Grobowiec Faraona. Atrakcja płatna ekstra. Nie wiem, o co chodziło, ale na bilet trzeba było czekać godzinę. No bez przesady...


Mijamy Meble Olbrzyma...



I zmierzamy na partyjkę mini-golfa (też płatną oddzielnie).












Oczywiście poniosłem sromotną porażkę :)

Kierując się z powrotem w stronę beczki z kotem i cudownym kranem, zatrzymujemy się na chwilkę przy metalowym wrzecionie, które samo toczy się pod górę,





przysiadamy na portret rodzinny w dziwnym lustrze,



mały przystanek przy lewitujących piłeczkach,






na koniec szybka akcja w cymbergaja


i zbieramy się do wyjazdu.

Reasumując - przy dobrej pogodzie i planowaniu, spokojnie można tam spędzić cały dzień. Jak się znudzą atrakcje, zalegamy na kocyku pod laskiem i piknikujemy. Są ogólnodostępne boiska, mając piłkę pogramy i w siatę i w nogę. I w badmintona. I w ogóle. Inna sprawa, że tanio nie jest (mówię za siebie - rzecz jasna). Dzieci poniżej 5 lat wchodzą za free, ale dorośli płacą 23 zł. Chcąc zaliczyć wszystkie bonusy, korzystając tylko z wyżywienia na miejscu, doliczając koszty dojazdu, 3-osobowa rodzina spokojnie jest w stanie zostawić 300-400 złotych. Plus jest taki, że jak raz porządnie wszystko ogarniesz, to nie bardzo jest sens i potrzeba powtórki - więc, per saldo, chyba warto było. Nie zachwalam wniebogłosy, ani nie potępiam w czambuł. Urozmaicenie to na pewno jest...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz