niedziela, 25 sierpnia 2013

Markotnie, daremnie i wątło czyli wakacje 2013...

Sierpień się kończy. Czas podsumować wakacje. Problem w tym, że nie bardzo jest o czym pisać. Tak marnego urlopu nie pamiętam. Za jego namiastkę miał mi posłużyć weekendowy wyjazd na Mazury. Tradycję taką kultywowałem, żeby jednak nad słono-gorzką wodą bywać, ale każda lepsza od siedzenia w blokowisku. Oddałem się więc pasjonującej lekturze forum nikoniarzy w celu znalezienia sprawdzonej miejscówki. I znalazłem, tylko że z reguły tak bywa, że jak fajne - to zajęte. No cóż. Określiłem jakieś warunki brzegowe i przeklikałem kilkadziesiąt ofert i padło na Ruciane - Nida. Nigdy nie byłem - można spróbować. Pakowanie zacząłem jak zwykle od foto - gratów, bo w końcu spodni mogę zapomnieć (się dokupi), ale bez szkieł i drugiej baterii? To byłaby zbrodnia ;) Inna sprawa, że jak nabiorę tego towaru ze sobą, to się okazuje, że 17-50 nawet nie odepnę albo pogoda taka, że w ogóle szkoda puszkę z torby wyjmować. Tak, szczęście - ważna rzecz...

Na miejscu byłem chwilę po południu. Upał okrutny, więc szkoda czasu - torby do pokoju i nad wodę. Gospodarze polecili ośrodek NBP "Guzianka" z otwartą dla wszystkich, strzeżoną plażą. No to dalejże - nad Bełdany! Warunki meteo - wymarzone...




Plaża nie za wielka, ale też i dzikiego tłumu nie było. Goście z ośrodka zobligowani godzinami posiłków robili miejsce pozostałym. Było boisko do siatkówki plażowej, kort tenisowy. Były ławki pod parasolami, stoisko "Zielonej Budki" i barek z zimnym piwem w ludzkiej cenie. Mając parę kanapek w zanadrzu, przesiedzieliśmy do późnego popołudnia. Mały oczywiście mógł z wody nie wychodzić :)



Na następny dzień zaplanowaliśmy godzinny rejs statkiem jako główną atrakcję (dla dziecka). Te dłuższe wycieczki jawiły dużo atrakcyjniejszymi, ale zważywszy na fakt, że to debiut Kacpra na otwartej wodzie i nie mieliśmy pewności jak się będzie zachowywał (a raczej słabo się wysiada w trakcie O_O), to tak wyszło. Nasz plan miał się nijak do pogody. Licząc, że po południu będzie ładniej, zaatakowaliśmy Mikołajki. Atak został odparty - przez deszcz (a to ci siurpryza!). Skończyło się zakupami w Biedronie. Kilka godzin później aura litościwszą okazała się być, więc zameldowaliśmy się "U Faryja". Parkowanie w centrum, to (jak wszędzie) dramacik. Te kilkanaście miejsc w zatoczkach przy Dworcowej, to w sezonie tyle, co nic. Po przeciwnej stronie inicjatywa prywatna na krzesełku, w kaszkiecie, przy paliku z długim łańcuchem - zapraszała za 5 zeta za godzinę. Bilety na rejs kupione. Czekamy na statek. W tzw. międzyczasie obserwujemy niedorobionego naśladowcę kpt. Jacka Sparrowa, który cudem uniknął centralnego przydzwonienia w rufę naszego "parkującego" wycieczkowca. "Marynarskie pozdrowienia" po tym incydencie słyszało chyba całe Ruciane :] Wypłynęliśmy. Kacper początkowo zaciekawiony wszystkim, ale w miarę upływu czasu nuda wzięła górę. Ja już na początku polazłem na dziób, żeby przetestować na 300 mm nowy nabytek. I ot - parę widoczków "przystaniowo - zaburtnych":








































Kapitan, sympatyczny człowiek w wieku  prawie emerytalnym, po wyjściu z kanału pozwalał maluchom pokierować statkiem, a w tzw. międzyczasie "jechał zestawem obowiązkowym" czyli "a po prawej, proszę wycieczki widzimy to i to..."

To, co mnie uderzyło w okolicy Rucianego, to dziwne zamiłowanie do swego rodzaju nekronazewnictwa. Nieopodal miejscowość Zgon. Teraz mijamy wyspę zwaną Kurhan, a kawałek dalej na mapie - Jezioro Śmierci. Wieje optymizmem. Nic, tylko się zalać. W trupa.

Wrócili. Wysiedli. Zgłodnieli. Wybór nie za wielki. Chyba wszystko zlokalizowane obok siebie na ul. Dworcowej. Tawerna w porcie "U Faryja", pizzeria "Kapiodoro", restauracje "U Ziutka" i "Kolorada". Nasz wybór padł na tę ostatnią. Wystrój jak wystrój, ważne jedzenie. Szczawiowa podobno bardzo dobra (żona tak mówiła). Pierogi (dłuuugo oczekiwane) nie sprawiały wrażenia rozmrażanych, farsz smaczny. Schab po mazursku - marny. Smażone filety z okonków dopiero co złowionych - podle drogie i mdłe. Reasumując - albo wyłapaliśmy kumulację słabych punktów albo menu po całości pupy nie urywa. Po fakcie okazało się, że mogliśmy trafić gorzej tzn. do Ziutka... U niego to dopiero specjały rybne bywają. Można spotkać np. okonia z zapaleniem płuc... Tyle razy go rozmrażali i zamrażali, aż podupadł bidulek od wahań temperatury. A z nim okoniożercy, co wzbudziło zainteresowanie tamtejszych służb sanitarno - epidemiologicznych swego czasu...

Pogoda też (albo i zwłaszcza) podlega prawom Murphy`ego... W dużym skrócie - kazała nam się bujać. No cóż - posłuchaliśmy...





Posiedzieliśmy do wieczora na dworze obserwując nadciągające od strony Szczytna czarne chmury. Korzystając z (jeszcze) bezdeszczowej pogody, rozegraliśmy rodzinny turniej piłkarski :)








Wypiliśmy z gospodarzami symboliczny browarek i poszliśmy do pokoju. Burza była coraz bliżej. Nie usiedzieliśmy zbyt długo, bo - w ramach rewanżu - "zostałem zawezwany" do zacisznej altanki pod domem, w celu degustacji orzechówki produkcji własnej. Niebo w gębie. Światła nikt nie zapalał, w jeziora waliło z taką częstotliwością, że było jasno jak w dzień. Osuszywszy zacną butelczynę w równie zacnym towarzystwie, rozeszliśmy się do pokojów. Walący o parapet deszcz o smaku orzechowym uśpił mnie niebawem.

Lało przez całą noc. Rano kontynuacja :/ Wstrzeliwszy się w jakąś pauzę, pojechaliśmy do Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie. Do Nowej Ukty asfalt, potem 2 km dojazdówki rozjeżdżoną polną drogą, teraz dodatkowo usianą niezliczonymi błotnistymi bajorami. Rosyjska ruletka przed każdą kałużą, która może się okazać przystankiem końcowym. W końcu dojeżdżamy (dopływamy). Na leśnym parkingu tłum. Kupujemy bilety i... zaczyna lać i grzmieć. Siedzimy jakieś pół godziny w samochodzie czekając na rozwój sytuacji. Niestety - jest tylko gorzej. Bilety zwrócone. Wracamy. Kolejne 2 godziny. Szybka decyzja - wyjazd. Po zapakowaniu raptem czterech tobołków do bagażnika woda chlupie mi dosłownie wszędzie.

Przeszczęśliwy jestem - zamiast 2-óch tygodni nad morzem wyszły 2 dni na Mazurach. Wypocząłem za wszystkie czasy...






1 komentarz: