poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Ossów 2013 czyli popłuczyny po cudzie...

Ossów - mała wieś w powiecie wołomińskim, jakich tysiące w kraju. No, ale nie w każdej rozegrała się bitwa, uznana za 18-tą pod względem ważności dla losów świata. 1920 r. Cud nad Wisłą. Ksiądz Ignacy Skorupka. Nie wierzę, że jest ktoś, komu trzeba pisać więcej.

Coroczne obchody. Któraś z kolei w roku okazja do festynu. Baloniki, bańki mydlane, różowe peruki, plastikowe karabiny, grillowana świnina, piwsko i prawicowy oszołom na deser. Aaaa - byłbym zapomniał. I rekonstrukcja bitwy (powinienem wziąć w cudzysłów, ale niech tam).

Mimo głęboko zakorzenionej niechęci do "kolorowych jarmarków", postanowiłem się wybrać. Festyniarstwo festyniarstwem, ale jakoś młodzież przedszkolną trzeba edukować patriotycznie :) Forma obrazowa w terenie, choćby uboga, bardziej wryje się w pamięć niż zwykłe "Poczytaj mi (wikipedię) mamo".
Świadom nieprzemyślanej decyzji sprzed roku (zawróciłem ze szczękościskiem po 2 kilometrach przejechanych na pierwszym biegu), wybrałem się teraz z solidnym zapasem czasowym. Nie na tyle solidnym, żeby dojechać "do dużego pokoju", ale zawsze.
Na wysokości przystanku "gwardia Rostowskiego" - zajmująca się zwykle łupieniem kierowców - uprzejmie acz stanowczo kierowała wszystkich na świeżo skoszoną łąkę, zaadaptowaną na parking...




...czym skutecznie "popsuła rynek", bo miejscowi już szykowali wory na mamonę za udostępnienie własnych podwórek w bezpośredniej bliskości miejsca obchodów :)


Niektórzy przesmyknęli się przez "kordon", ale że blokady były kaskadowe...


...to nieco dalej poznali smak nawrotki :)

Na pogodę narzekać byłoby grzechem. Aż za dobra. Sklep spożywczy w połowie drogi bił rekordy popularności, mimo zakazu sprzedaży alkoholu. Płyny inne oraz lody znikały momentalnie. Takie kolejki widuje się tu raz w roku :) Spacerkiem dotuptaliśmy na miejsce...




Powitała nas ekstraordynaryjna, dmuchana "brama" w narodowych barwach.


 A na miejscu - cóż - dokładnie to, o czym pisałem na wstępie.




W nieoficjalnym konkursie na frykas imprezy - świnina z rusztu poległa w rywalizacji z pajdami a la wojskowego chleba ze smalcem i ogórasem :)





Na dobrą godzinę przed rekonstrukcją, co lepsze miejsca były już zajęte. Można było usadowić się na widowni i walić 300-tką dookoła, ale oczywiście szkło wziąłem inne na peregrynację się skazawszy, czego żałować nie zamierzałem. Chwilę postałem po polskiej stronie...








A potem na dłużej zakotwiczyłem "u ruskich" :) Nie żebym tam jakąś wielką sympatią pałał (niech se dzięcielina pała), ale narodu się naszło i żal mi było miejsca przy barierkach...























Spec od zabezpieczenia imprez masowych własnych okiem doglądał "linii umocnień".


Paluszkiem swym mocarnym wskazał, gdzie ochrona ma zadokować.



Tłum gęstniał z każdą chwilą, a Polskie Radio z TVP1 do spółki przypomniały sobie, że można za pięć dwunasta wywiady z uczestnikami i publicznością ogarnąć. Czymś w końcu trzeba tę relację zapchać...








Słońce paliło niemiłosiernie w potylicę, ruszyć się nie bardzo było gdzie. Znużenie poczęło mnie ogarniać. Nieco ożywienia wniosło pojawienie się szeroko pojętej konnicy :)
















Po rozgrzewce konnicy, przyszłe pobojowisko przemierzył majestatycznie tzw. Bohun 300 lat później :)))


Rozpoczęcie głównej atrakcji imprezy było o krok, kiedy ktoś zarzucił info o godzinnym opóźnieniu. Bo "trybuna honorowa" pusta i jakiegoś lamusa z grupy trzymającej władzę na czas aeroplanem nie dostarczyli. Tego mi było za wiele. Kisnąć w pocie czoła (i nie tylko) dłużej nie zamierzałem. Zresztą umówmy się - gawiedź była mi wdzięczna, bo sam - delikatnie mówiąc - mały nie jestem, a jeszcze z plecakiem na garbie - to hohoho - ze 3 miejsca w pierwszym rzędzie jednym ruchem zwolniłem :)
A propos miejsca - najlepsze mieli ci z TVP :]


Rodzina została na widowni. Kierując się spacerkiem w stronę wyjścia, mimochodem wybrałem "muchomora" na Miss Publiczności ;)


Wszystkie wyżej położone miejsca i prześwity na płaskim były wypełnione.



Mostkiem trudno było się przecisnąć, nikomu nie przeszkadzał nawet rój os, który bzyczał tam złowrogo. Za mostkiem już luźniej. Ci, którzy nie mieli już szans na dobre miejsce, spacerowali między namiotami. Tu plastikowe bzdety, tam militarny second hand, naprzeciwko informacja - jak trafić do armii...



Wyszedłem poza ogrodzenie, żeby obejrzeć maszyny uczestników Rajdu Katyńskiego. Już nikt nie powie, że "harleyowcy" to szatański pomiot ;)





Nie sposób też było pominąć walącej po oczach z daleka swoistej próby jednoczenia Polaków przy okazji narodowego święta...




Na dziedzińcu szkoły i na ogrodzeniu okalającym organizatorzy umieścili szereg informacji z opisem historycznym tytułowego wydarzenia, ciekawostkami... Przykro było patrzeć, że większe wzięcie miały chorągiewki PiS-u i wata cukrowa...








Huk wystrzałów umilkł, widowisko zmierzało ku końcowi. Widzowie powoli się rozchodzili.











Moim zdaniem, mizernie to wypadło jak na rangę wydarzenia. Swego czasu miałem okazję oglądać rekonstrukcję walk partyzanckich zgrupowania AK "Kampinos" i jeśli z tym porównać, to szkoda słów. Zaangażowanie, rozmach, "gadżety" z epoki - trochę inna półka. Nawet atmosfera była inna. Nie miałem zamiaru wpadać w patos na koniec, ale może w przyszłości przydałoby się mniej cyrku, pikniku, politycznej agitacji, a zamiast tego:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz