niedziela, 29 września 2013

Dni bezpłodne

SOBOTA

Bywają takie. Zwłaszcza teraz. Nic się nie chce. Spicznienie śródjesienne dopada. Wysiaduję z Juniorem ospę w domu. Spacery, póki co, zakazane. Kasztanów by człowiek nazbierał, żołędzi a innych listków, pomajsterkował "ahtystycznie" z dzieckiem - a tu nic. Zwariować można w czterech ścianach... Szczęście w nieszczęściu, że zainteresowania młodego ewoluowały w stronę "Władcy Pierścieni". Nie przypuszczałem, że będę 5-latkowi czytał Trylogię Tolkiena :) Oczywiście "co lepsze kawałki" i w scenach drastycznych złagodzone interpretacyjnie, ale zawsze... Dodatkowo mieliśmy kilka zabawy grając w LEGO LOTR. I teraz tatuś robi za Nazgula czy Balroga, a często-gęsto za jaskiniowego trolla. Przyznam, że ostatnia rola nieco uwłaczająca, ale co tam - upodlę się dla dziecka :)

Doszło do tego, że, w ramach urozmaicenia, zażyczyłem sobie pracującą sobotę między dwoma tygodniami urlopu. W tak zwanym międzyczasie wyczytałem, że  sypiące eventami jak z rękawa Bemowo organizuje kolejny - tym razem pod nazwą "Święto Plonów Ziemi". Nazwa szumna. Liczyłem, że pod Amfiteatrem będą drugie Bronisze. Jakieś dynie-giganty, fioletowe ogórki, ciekawe przetwory, miodek prosto z pasieki, swojski chlebuś z manufaktury... Taaa... Cytując wybiórczo program imprezy:

Oprócz tego na terenie parku zobaczymy stałe stanowiska interaktywne dla widzów:
garncarstwo
tkanie
zioła
kuchnia słowiańska
budownictwo
wykopaliska
filcownictwo
papier czerpany
obróbka mąki i podpłomyki
rybactwo
powroźnictwo



  • garncarstwo - nie stwierdzono
  • tkanie - było, znaczy mnie zatkało mnie jak ujrzałem ten happening; na dowód - prasłowiańska grusza chroni w swoich konarach plebejską tkaczkę [która odszczekuje się swoim oprawcom :)]


  • zioła - może i ktoś coś jarał (stawiam na organizatora); w każdym razie wiatr był, nozdrzy nic (nie)mile nie łechtało
  • kuchnia słowiańska - zaprezentowano wersję "ramadanową" lub a la Kononowicz - nic nie było
  • budownictwo - z łatwością zbudowano uczucie niesmaku u (bardzo) nielicznych odwiedzających
  • wykopaliska - mocno po taniości, no ale były:


  • filcownictwo - nie powiem, co się mogło sfilcować po kwadransie pobytu na imprezie
  • papier czerpany - no się wziął był wyczerpał, widać za późno przyszedłem...
  • obróbka mąki i podpłomyki - a i owszem - stała jakaś Rzepicha i dokonywała obróbki (sypnęła mąki, chlusnęła wody, wychechłałą toto łychą, a następnie w pocie czoła wałkowała); rezydujący obok Gniewko syn rybaka po faceliftingu podsycał ogień i piekł na blasze cienkie placki - szał, normalnie szał;
  • rybactwo - nie było, za to robactwa sporo (może jak ja - liczyło na ryby) 
  • powroźnictwo - przezornie nikt postronka nie skręcił, żeby sobie organizator krzywdy nie zrobił;
Był jeszcze kramik, gdzie dziecko mogło sobie rysikiem podłubać w mokrej glinie. Talizman można było kupić albo i książkę z wydawnictwa o nazwie Triglav - w końcu typowej dla Święta Plonów Ziemi...


Swojsko wyglądający - nazwijmy go Swędziwór (ukłony dla Macieja i Zosi :D) doglądał zagrody, w której dzieciarnia - oczywiście prasłowiańskim zwyczajem - napierniczała się po głowach gąbkowymi mieczami, sztachetami czy co to tam było...


Folkowego koncertu nie doczekałem - nie dałem rady. A tak w ogóle, to ja tu byłam z pieskiem czy bez pieska?




Reasumując - jeśli organizatorowi wyjdzie jeszcze kilka takich festynów, to (podpierając się Żeromskim) w końcu rozdziobią go kruki, wrony (jeszcze przed mieszkańcami) ;>



NIEDZIELA

W sobotę było całkiem ładnie...



Narobiłem sobie nadziei na poranny wypad... I znów niepotrzebnie :) Chciałem zabić budzik, ale w końcu sam go nastawiłem. Błędem okazały się zasłonięte rolety. Musiałem wstać, żeby zobaczyć czy warto wstać. Nie było warto. No to wstałem. Stłamszony swą pokrętną logiką, przyjąłem dzienną dawkę kofeiny z mlekiem i postanowiłem, mimo wszystko, nawiedzić las. Ot choćby dla poczłapania między drzewami. Wielbicieli form ruchu o różnej intensywności było sporo. Mimo mgły, chłodu i wilgoci wszechobecnej.





Zadziwiały też hordy grzybiarzy. Darcie japy, opowieści dziwnej treści, rycie w ściółce, płoszenie zwierza. Niektórzy - "cichociemni" z reklamówką wstydliwie schowaną w kieszeni, ale byli i odtajnieni. 


Nie rozumiem - w tym lesie wg mojej wiedzy nigdy grzybów nie było. Przynajmniej jadalnych, o śladowych cechach szlachetności. Bo opieńki sam widziałem. Jakaś kania się trafiła. 



Zajączek, piaskowiec czy jak tam kto lubi nazwać parszywe wersje podgrzybka - a i to w ilości powodującej uśmiech politowania. Bo inne grzyby, to taaak - są.






Żeby spacer (poza kwestiami zdrowotnymi) nie poszedł na marne, wmówiłem sobie "spektakularny" sukces w postaci dopadnięcia dzięcioła we względnym zbliżeniu (po dobrej godzinie czajenia się pod dębem, z którego woda lała się za kołnierz).


"Spełniony fotograficznie", ustrzegłem się pociągu.









Wracając popełniłem jakieś listki  i pajęczyny - i to by było na tyle.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz