niedziela, 22 września 2013

Z koziej dupy rakietnica czyli debiut w spottingu...

Polato. Albo Przedjesień. Takie byleco. Upały sobie poszły, a złotej polskiej jeszcze nie widać. Roślinność już nie soczyście zielona, ale jeszcze nie złoto-czerwona. Przyrodniczo - mało fotogeniczny czas. Pogoda zazwyczaj kapryśna. Jak już się trafi ładna, to zazwyczaj w parze z pracującą sobotą. No jak się nie obrócić - dupa z tyłu. Dobrze, że czasem miasto przyjdzie z pomocą w kwestii zaspokojenia żądzy nadwyrężania migawki. Się trafiło - Bemowo On Air. Zdaniem niektórych (po sobocie) - popłuczyny po Radomiu skrzyżowane z czkawką po Góraszce. Czytając (dość atrakcyjny) program imprezy i słysząc odwrotnie proporcjonalne opinie - nabieram ochoty, żeby sprawdzić osobiście. Sobotę raczyłem spędzić w pracy. Wieczorem wypadało coś łyknąć. Oparłem się (z niejakim trudem) bursztynowym odblaskom, wysyłanym ku mnie znacząco przez nowiuśką butelkę Tullamore Dew i postanowiłem łyknąć trochę teorii...

Spotting. Brzmi ładnie. Wiadomo, o co chodzi. Ale jak to ugryźć od strony technicznej? Oddałem się lekturze przystępnie napisanego przewodnika. Świetnie. Wymagana jest ładna, słoneczna pogoda. Słońce mam mieć za plecami. Priorytet migawki, jak najniższe ISO i jak najdłuższe czasy, żeby - Boże broń - nie zamrozić ruchu śmigła. Drobiazg - tylko do tego trzeba mieć w łapie taką stabilizację, jak żona Lota po solnym osłupieniu w Sodomie. Do tego sprzęt. 300 mm na długim końcu z trudem, ale ujdzie. Tylko ten AF w moim Nikosiu... Wlecze się jak Niemcy spod Stalingradu. Rozsądek mówił: "Kończ waść, wstydu oszczędź", ale ciekawość zwyciężyła...

Jakkolwiek "dzieła" trącą żenadą, prezentuję jako swoisty antyporadnik - nie komentując za wiele, bo i nie ma czego...








Największe ożywienie wniósł pilot myśliwca. Stary sztrucel (ja o samolocie), ale dawał radę. Z lubością udawał, że podchodzi do lądowania i przed samym końcem pasa podrywał maszynę z jednoczesnym odejściem w prawo. Dzieci głuchły od ryku, dziadkowie odruchowo przytrzymywali kaszkiety. Było fajnie.










Po mniej więcej kwadransie pilot uleciał ku macierzystej jednostce, a niebo opanowały różnej maści "kukuruźniki",  strażacka popierdułka, tudzież szybowiec - czyt. powiało nudą.












Korzystając z okazji rozejrzałem się po okolicy..



"Ciekawostka przyrodnicza" - za wieżą jest "Cafe Zeppelin". Przyjęcie weselne tam miałem :)


Podsumowując - impreza pod względem poziomu "taka se". Mam porównanie z Air Show w Radomiu sprzed paru lat. Na frekwencję jednak nie można było narzekać. Miałem wejściówkę z numerem w okolicach 38 tysięcy. Albo zaczęli sprzedawać od 30-tu tysi albo faktycznie trochę narodu się przewinęło :) Całe szczęście była duża rotacja, przez co dziki tłum nie występował. Z perspektywy fotografującego - tylko się cieszyć. Akredytowanych spotterów też nie było w nadmiarze.




Zmotoryzowanych kosili po dychu za postawienie samochodu na trawie, przez co dużo ludzi korzystało z komunikacji miejskiej. Bardzo popularny był też rower.


Tak właśnie. Rower :)


Czując się (jak inni) częściowo zrobiony w balona...



...bo m.in. F-16 nie doleciał - pożegnałem bez żalu lotnisko. Na odchodnym nie omieszkałem "upolować" Miss Imprezy :)



Skonstatowałem, że w mieście też nuda :)


I wróciłem do domu, gdzie oglądając plon sesji stwierdziłem, że spotter ze mnie jak... w tytule i może lepiej pozostać przy czymś trochę łatwiejszym :)






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz