niedziela, 29 grudnia 2013

Labirynt czyli strusie jaje alboli też szczęka wielkoluda...

Tadeusz Woźniak - Zegarmistrz Światła Purpurowy.
Wilanów - Labirynt Światła Oczojebny.

I można skończyć :) Ale skrobnę parę słów - w wersji "ku przestrodze". Krótka ta relacja baaardzo subiektywną okazać się może, w końcu - w pewnych kręgach - z malkontenctwa jestem znany, ale biorąc poprawkę na zgodne z moimi spostrzeżenia osób postronnych - pewne znamiona obiektywizmu posiada.

Otóż - za namową żony (a że wszystko zło od kobity pochodzi, to wiemy :P) przedsięwziąłem rodzinną eskapadę w celu nawiedzenia osławionego w mediach wilanowskiego Labiryntu Światła. Nie spodziewałem się rewelacji, wiedziałem, że będzie dramat z parkowaniem. Zagryzłem zęby w 25-kilometrowej podróży na "czerwonej fali"... Dojechałem. Czemu nie spróbować bezpośrednio przy pałacu? Tam już dawno nie ma miejsca, głupcze... Odczekać, żeby w ogóle zawrócić, odczekać, żeby wyjechać. Wyrwałem w stronę domu, zły. Ale żal było wracać "na pusto", więc najbliższa nawrotka i skręt w pierwszą możliwą w prawo. Ulica, za przeproszeniem, Obornicka. No jak gnój, to po całości. Udało się jakoś, choć niemal w ostatniej chwili, bo zaraz za mną zaczęli się zjeżdżać podobnie zdesperowani. Teraz ładny spacerek, przez parking McDonald`s, pętlę autobusową, kawałek Wiertniczej i ładny kawałek Kostki Potockiego - tylko po to, żeby utknąć w pokaźnym ogonku po bilety. Można było sobie pooglądać ładnie oświetlony kościół pw św. Anny.


Część ludzi rezygnuje idąc od razu w stronę oranżerii, gdzie jest kolejna kasa (tylko gotówka) i automat biletowy (tylko bilon). Wejście za piątaka, ulgowy - 3, dzieci do lat 7 za free. Mój czas "kwitnienia" w kolejce - jakieś 20 minut.



Bilety w garści. Idziemy, znaczy człapiemy, bo iść się nie da. Plącze się wszystko pod nogami. Co chwilę rozwrzeszczana gromadka skupia się wokół świecącej "bramy" i pozują zawzięcie. No jakby k...wa lampki pierwszy raz widzieli. Tu jeszcze pusto...


"Aleja gwiazd" się skończyła. I nagle ciemno jak w okrężnicy u Afroamerykanina. Pod nogami walają się różne rzeczy. Uwaga zdwojona - pilnować równowagi dziecka i samemu zoofilii uniknąć. Nieładnie tak przy wszystkich orła (wy)walić. Jeżeli kolejka do kasy przy ulicy była długa, to przy samej oranżerii jest...gargantuiczna. Inna sprawa, że trudno to nazwać kolejką. Skłębiony tłum złożony ze stojących w kolejce do kasy po prawej, do biletomatu po lewej, środkiem miotają się wchodzący z wcześniej kupionymi biletami, wychodzący po obejrzeniu tych cudów oraz niezdecydowani - najczęściej z wózkami dziecięcymi, którymi koniecznie trzeba zawrócić w centrum tego pierdolnika. I jeszcze jakiś młodzian z obsługi, który usiłuje sprawdzać bilety i coś mu nie idzie...

O planie zwiedzania nie piszę. Każdy bierze w łeb, po przekroczeniu progu labiryntu. Dzika tłuszcza łazi we wszystkich możliwych kierunkach, drze japę, bo zgubiło resztę wycieczki. Dżizus, k-wa, ja p...lę - ostatni raz dałem się na coś takiego namówić, zwłaszcza w weekend. Chętnie wpuściłbym tam Minotaura, żeby pozamiatał...

Same lampiszony dają radę. Oczywiście uzyskanie czystego kadru graniczy z cudem. Wzrok stępiony przez lampy różnego sortu akcesoriów do utrwalania obrazu. Czereda filmowców z tabletami w dłoniach łazi dookoła labiryntu podziwiając niespotykaną we wszechświecie osobliwość. Ostatni raz taki widok miałem w pamięci czytając III. tom "Potopu":


- Na Boga! a to co za małe monstra? - zakrzyknął nagle Zagłoba ukazując kupę małych człowieczków z oliwkową cerą i czarnymi, wiszącymi po obu stronach głowy włosami.
- To Lapończykowie, którzy do najdalej siedzących Hiperborejów się liczą.
- Dobrzyż do bitwy? Bo m i się widzi, że mógłbym po trzech w każdą garść wziąść i póty łbami stukać, póki bym się nie zmachał!
- Z pewnością mógłbyś waszmość to uczynić! Do bitwy oni na nic. Szwedowie ich ze sobą do posług obozowych wodzą, a w części dla osobliwości. Za to czarownicy z nich exquisitissimi, każden najmniej jednego diabła, a niektórzy po pięciu do usług mają.
Skądże im taka ze złymi duchami komitywa? - pytał, żegnając się znakiem krzyża, Kmicic.
- Bo w ustawicznej nocy brodzą, która po pół roku i więcej u nich trwa, wiadomo zaś waszmościom, że w nocy najłatwiej z diabłem o styczność.
- A dusze mają?
- Nie wiadomo, ale tak myślę, że animalibus są podobniejsi.
Kmicic posunął konia, chwycił jednego Lapończyka za kark, podniósł go jak kota do góry i obejrzał ciekawie, następnie postawił go na nogi i rzekł:
- Żeby mi król takiego jednego podarował, kazałbym go uwędzić i w Orszy w kościele powiesić, gdzie z innych osobliwości strusie jaje się znajduje.
- A w Łubniach była u fary szczęka wielorybia alboli też wielkoluda - dodał Wołodyjowski.

W podobny sposób światły naród lampki podziwiał. Dzieciakom się nie dziwię.
Kilka klatek bez gadaniny.










Zdzierżyłem niecałe pół godziny, dopóki dziecko się nie znudziło, a potem chodu... W locie kościół z innej perspektywy


i do samochodu. Przy pisaniu odżyły wczorajsze wspomnienia i znów się zmęczyłem, gul parę razy skoczył :) Ale może dzięki temu ktoś moich błędów uniknie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz