środa, 8 stycznia 2014

Piknik trójkrólewski.

Post factum rzekł był abepe Nycz, że radość to jest wielka, istnienie takiego zapotrzebowania na masowe przeżywanie i demonstrowanie za pomocą symboli przywiązania do chrześcijańskiej wiary. Wywiad na pewno był dla TVN-u, bo z lekkim podrasowaniem faktów ;) No, chyba że mówiąc o tłumie i demonstrowaniu myślał o tej pani...


Ale żarty na bok - tłum był. Różnokolorowy, wielojęzyczny. Byli Białorusy z poparzonemi platfusy. I Ormiaszka, co mu krwawi czaszka. Był i Estoniec, co ma zraniony koniec. Oraz goście z zachodu szpanujący poziomem dochodu. Ale w większości my - Słowianie nadwiślańscy :)

Parkowanie na Długiej trwało - o dziwo - niedługo. Ostatnie wolne miejsce na wysokości Bohaterów Getta czyli więcej szczęścia niż rozumu. Za mną paru rozczarowanych. Kawałek drogi do przejścia, ale spacer po świeżym wskazany. Po drodze, jak co roku, rzut oka na szopkę naprzeciwko katedry.




Od Barbakanu zaczęło robić się ciaśniej. Naród zmierzał na ku centrum zamieszania, po drodze zerkając na ślizgaczy. Status quo zachowane. Ludzie spacerują, gołębie posrywają w locie, kataryniarz rzępoli...






Doczłapawszy na Plac Zamkowy rozglądam się uważnie za demonstracją wiary, ale gdzież tam - wiara nie demonstrowała, po prostu waliła jak na piknik :) U stóp Zygmunta wodzirej w zielonym trenował skandowanie haseł. Odpowiadała mu dziatwa - też w zielonym, bo wiara demonstrować konsekwentnie nie zamierzała. Obok łowiecki becały,  pastuszkowie iskali wszy z kożuchów, a średnio co drugi rycerz przecierał se spotniały pod hełmem cymbał w oczekiwaniu na start...





W tłumie zauważalnie dominowała płeć żeńska. Przy barierkach wzdłuż trasy orszaku młode seniority, mamy z oseskami. Bliżej wejść do miejsc kultu zadokowały bojówki kobiecego subgatunku, z hiszpańska zwanego las mujeres - bardziej po polsku los moheros. Nie słuchały kolęd, ani arcybiskupa - ino coś szeptały. Ani chybi knuły, jak wykurzyć Bronka z pałacu albo układały psalm na cześć (św.) Antoniego (M.)...

Wszystko szło z opóźnieniem. Przodem mignął - głęboko zakorzeniony w polskiej, chrześcijańskiej i bożonarodzeniowej tradycji - czerwony smok rodem z Chin. Długa pauza. Korpulentny Afroamerykanin w szafirowym dżender-wdzianku, imitujący Kacpra od kadzidła (czego mojemu Juniorowi, imiennikowi onego, nie wyjaśniałem przezornie), siedzący wierzchem na wielbłądzie przystawał co parę kroków - cholera wie po co? Bo pozdrawianie gawiedzi szło mu tak samo jak jego wierzchowcowi. Obydwaj wydęli wary, z tą różnicą, że ten bardziej opalony jeszcze ręka machał... Długa pauza... Dzieciarnia (i nie tylko) była zmarznięta i znudzona. Część poszła się jeszcze potłoczyć na Placu Piłsudskiego, a część do domu.

Nie przepadam za takimi szopkami, dlatego - mimo że kolorowo było - przekornie w b/w zapodaję klatek kilka i na dodatek z biodra strzelanych, przez co krzywych ohydnie, co mi w ogóle nie wadzi :)














Ja tam miałem swojego Króla Kacpra :)


Wielbiciela tolkienowskiej twórczości :)


Z Podwala długa w Długą i do domu. Ot i po orszaku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz