niedziela, 2 lutego 2014

O, ptasia złośliwości (a żreć się chce)...

Wczoraj nie wyszło, bo z rańca się towarzystwo naparło potrójnego Rittbergera skakać na Narodowym. "Ale za to niedziela, ale za to niedziela - będzie dla nas" - znaczy dla mnie :) Pójdę do lasu. W zaśnieżonym jeszcze w tym sezonie nie byłem, łosie biegają jak wściekłe polizać asfalt, bo słony. Na pewno będzie sukces. No. Był. Taki jak w Lotto przez ostatni kwartał. Ponad 50 zakładów i z 5 "jedynek". Śnieg owszem był. Badyl się ostał z pseudokwieciem. I dreptaczy z kijkami sporo. Z ptactwa - po dobrych 2 kilometrach przechadzki widziałem dwa dzięcioły poza zasięgiem i takież bogatki w liczbie sztuk trzech. Jakby sukcesów było mało, zaczął kropić deszcz, jego mać. Czas do domu.





W domu mały szok. Dokładnie na balkonie. Mam Ci ja pod blokiem kurduplastą niby-jarzębinkę czy co to tam jest. Oddaję się nałogowi, spoglądam w dół, a tam w porywach do szesnastu... To ja niedosypiam, napić się nie mogę, bo rano w samochód - z nadziejami. A to-to przylatuje żreć pod oknem :) Do pewnego stopnia rozumiem, bo w lesie przez całą drogę widziałem aż jedno "karmidełko"...


A tu paśnik osiedlowy. No nie ma sprawiedliwości ;) Kadry markotne i daremne, bo już ciemnawo się robiło. I o mało z balkonu nie wypadłem, żeby ogrodzenia nie ująć. Ile umiałem z NEF-a wyciągnąć, tyle wyciągnąłem. Obrzezałem trochę patyków i wyszło, co wyszło.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz