niedziela, 2 lutego 2014

Łyżwy, quattro, zimne łapy. Hot-dog - dychę (bez herbaty).

Podczas zeszłotygodniowego spotkania ze znajomymi narodziła się myśl gromadnego nawiedzenia lodowiska na Narodowym. W sumie - czemu nie? Młody jakoś specjalnie się nie rwał, ale po paru minutach dał się przekonać. Podziemny parking za zryczałtowaną opłatę w wysokości złotych pięciu wielce wygodnym wyjściem okazał się być, mimo że dziś już trochę cieplej i na powierzchni sople z nosa też nie zwisały. Przed schodami ruchomymi stanowisko kas z dwiema sympatycznymi dziewczynami, ubranymi w duuużo ubrań, bo jednak w hallu pizga solidnie. Duży ekran z aktualnym podglądem lodowiska.

Wjeżdżamy na poziom -1. Wypożyczalnia łyżew, miejsce do przebrania. Przed wejściem pan od biletów z panią od pieczątek na ręce. Wchodzimy. Naród na Narodowym dopisuje. Pewnie gdyby nie podział na godzinne (z groszem) "turnusy", nic by z jeżdżenia nie wyszło. Na lodzie podział na sektory, żeby "mjentkie faje" nie wchodziły wślizgiem "kozakom". Animatorka (rodem ze Słowacji) z mikrofonem, szkółka dla kompletnie "zielonych". Nawet poukładane to wszystko organizacyjnie...







Synek pierwszy raz na lodzie. Radził sobie świetnie. Asekurowany przez dwoje zaawansowanych technicznie, z uwagą słuchał rad "króliczka" :)







I wszystko było ok. Do pierwszego klapnięcia na pupsko. Szczęściem - dopiero po niespełna godzinie tuptania po lodzie, więc trochę skorzystał. Co nie zmieniło faktu, że... zabierzcie mnie już stąd :)


Edytujemy: 8. lutego 2014 - dziś był grany pingwin :) Instruktorka powiadała, że spowalnia naukę, ale co tam - urozmaicenie ważne :)







Poza łyżwami, dla fanów motoryzacji (szczególnie niemieckiej) - Audi Quattro w trzech wersjach.








Wysiłek fizyczny i trochę stresu, w połączeniu z ujemną jednak temperaturą, wymusiły konieczność poszukiwania ciepłej przekąski. Z racji dość wczesnej pory na restaurację się nie załapaliśmy, a w obrębie murawy stała jedna fast-foodowa buda. No trudno. Wybór przeogromny: hot-dog, herbata zimowa (z sokiem malinowym) i jakieś batoniki. Na zasadzie "nie chcem, ale muszem" zamawiam onego gorącego psa i równie gorącą herbatą. Bułeczka taka, że mi się w dłoni schowała (a przesadnie wielkich nie mam), kubeczek wiotki z meniskiem wypukłym, bo się panu siurgutnęło od serca - i cena: 14 złotych. Zmełłem w ustach przekleństwo. Nigdy więcej.





Edit: 15. lutego 2014 r. - lodowe ostatki czyli zwijamy ten interes... Źle nie było :)



















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz