czwartek, 20 marca 2014

MartJack Extreme czyli śmiechu kupa (i w nogawkach też, ale nikt się nie przyzna)

Długo wyczekiwane. W końcu nastąpiło. Szkolenie. Z integracją. Podczas dwóch ostatnich ćwiczona była Kart Arena, tym razem coś innego, choć adrenaliny nie mniej. Jedziemy. Po porannym szczycie, bez mega-korków, ale kierowca i tak jakiś spicniały :D


Meldujemy się na Płochocińskiej 65. Duży, ogrodzony obszar ze sterczącymi silosami z daleka wygląda jak elektrownia jądrowa. Dla ubogich, ale elektrownia :) Idziemy do "sali konferencyjnej" - po metalowych schodach, pod nogami miga niebieski dach od portablowego sracza. No jest spartańsko. W klitce konferencyjnej ze 20 osób ściśniętych jak sardyny, ale lapek z projektorem mus być, znaczy kulturwa :) 4 godziny z kilkoma przerwami na faję. I węża. No, z pytonem to się jeszcze na wyjeździe nie mizialiśmy.




Pogadanki skończone. Wyszydzana tojtojka pod schodami przeżyła małe oblężenie. Instruktor prowadzi nas w głąb kompleksu. Niestety nie polatamy tym dodge`m.


Pojazdami rodem z Ludowego Wojska Polskiego też nie,




...ale i tak robi się ciekawie. Podzieleni na drużyny dostajemy kartki z zadaniami. Zadanie jest zaliczone, jeśli co najmniej połowa drużyny je wykona. Nagrodą jest literka do szyfru. Szyfr jest do sejfu.


W sejfie niespodziewajka dla najszybszej drużyny.
Chciałem - jak zwykle zresztą - wyłgać się od wykonywania zadań statusem "dyżurnego reportera", ale nie do końca wyszło :) Chciał - nie chciał, posadziłem grube dupsko na quada, wzułem "orzeszka" na czubek kwadratowego łba, założyłem alko-gogle symulujące posiadanie 2,5 promila we krwi i dalejże slalomować między pachołki :D


Po tym spektakularnym występie "zawieruszyłem się" na chwilę osierociwszy drużynę, no ale albo pajacowanie albo foto-relacja ;) A trochę się działo. Wersja naziemna - przejażdżki monster-truckiem i jakąś daremną gąsienicówką z przyczepką :)






I tu żarty się skończyły. Proszę bardzo - podniebne pedały.



Z tej perspektywy wygląda niewinnie, ale śmiga się po tej lince 30 metrów nad ziemią :)




Skoro już jesteśmy na górze, to mała przechadzka. Proszszsz...



Z dołu wygląda to na sztywną kładkę... Taaa, jasne :) Jakaś parcianka, solidna, napięta jak baranie jajka, ale jednak parcianka. Pięknie sprężynująca czyli jak wpadniesz w rezonans, to gibiesz się jak p...y rezus :D



Kolejny silos, to stacja dla tyrolki. Najdłuższej w Polsce - jak głosi fama wespół w właścicielem tego interesu. Patrząc z dołu można pęc ze śmichu, obserwując metody startu. Można oczy zamknąć, można "na fokę" - ześlizgnąć się, można "na Małysza" wyjść z progu. No i można spektakularnie - "na Supermana" (w roli głównej ponownie sensei Karolak) :)






 Człowiek przestaje się śmiać jak sam stanie na szczycie silosu i spojrzy w dół.


Górny poziom (8. piętro) w środku wygląda tak:




Wszystkie konkurencje zaliczone. Zwycięska drużyna otworzyła sejf i zastała tam pocieszkę, nazwaną pieszczotliwie Złotą Lochą ;)



A propos świni, niekoniecznie dzikiej. Po całym dniu na powietrzu i "niebiurowej" porcji wysiłku, apetyt - i owszem - dopisywał. Grane były: grochówka wespół z żurem, karkówka, kiełbasa, szaszłyki, warzywa grillowane, dwie sałatki, zacna beczułka kiszonych, musztarda i keczup. Grilla ogarniała miła, żeńska obsługa. Żeńska, jednakowoż z jajem :)




Pokrzepiwszy się znacznie udałem się na krótki obchód terenu,









a dla tych, którzy jeszcze nie czuli się dostatecznie zużyci, zaczepiono linę do wspinaczki.






No cóż, dzień pełen wrażeń dobiegł końca. Czekał na nas nie mniej wypełniony wrażeniami wieczór ;)
Przelot do Serocka, okraszony kwitnięciem w piątkowych korkach do wysokości Nieporętu, odświeżenie i kolacja. Jedzenia było dużo, picie po części mieliśmy swoje ;)


Zapewne intensywność zajęć nadwornych przyczyniły się do tego, że podupadła tradycja witania wschodu słońca przy biesiadzie. Większość przywdziała hełm Morfeusza niedługo po północy.

Starym, zbójeckim zwyczajem ustawiłem sobie budzik na bardzo wczesny poranek, licząc, że kosmiczny całodzienny ból łba ustąpi, załamanie pogody się opóźni i ruszę zapolować na ptaka czy inny sielski widoczek. Niestety, jeszcze przed budzikiem obudził mnie mały huragan za oknem i deszcz walący w parapet. Zaliczyłem więc wczesne śniadanie i korzystając z bezdeszczowej chwili ruszyłem z kolegą współspaczem wzdłuż brzegu jez. Zegrzyńskiego. Nie zastałem nic wartego szczególnej uwagi...










Po śniadaniu jeszcze 4-godzinna sesja szkoleniowa. Swobodna, we własnym gronie. Minęła szybko i przyjemnie.





Potem obiadek i wyjazd do domu. Krótko było, ale faaaajnie... Teraz trochę wspomnień i już czekamy na przyszłoroczny iwęt :)

PS - Zdjęć oczywiście było więcej, ale z uwagi na brak zgody na publikację jest jak jest :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz