wtorek, 29 kwietnia 2014

Białka - nostalgicznie...

Białka. Najbardziej znany "kurort" w okolicy miasta rodzinnego. Dużo lasów, jezioro, pole namiotowe, domki, sezonowa gastronomia. Miejsce wypoczynku, ostrego łojenia alkoholi przeróżnych, szukania wakacyjnej miłości :) Ale i miejsce pracy. Moje. Kiedyś. Krótko, wakacyjnie - w ramach zaliczenia praktyki gastronomicznej w szkole, a przy okazji zarobienia paru pesos na drobne wydatki. Wyszło niechcący, bo szef ośrodka zaproponował ojcu pracę w smażalni ryb, ale że ten nie pałał jakąś szczególną chęcią, odstąpił mi miejsce. Ja pałałem - jak panieńskim rumieńcem dzięcielina pała :) I tak się zaczęło. Spanie w drzewiennym domku z moim imiennikiem, który ogarniał główny lokal (ja miałem "filię"), przez ścianę z Ciapatą - kierownikiem pola namiotowego, prywatnie - kolegą z liceum. Obok "wóz Drzymały", w którym ratownik urzędował i pukał wszystko, co mu do przyczepy wlazło. Raz widziano tam wiewiórkę, ale nie wiem, co o tym myśleć :D Pobudkę serwował śp. prezes Marian, który swoim niebieskim Fordem słyszany był już jak wjeżdżał do wsi, a do ośrodka przecież jeszcze kawał drogi... Rozładowywało się towar do kiosku ze spożywką i to szybciutko, bo wczasowicze już tuptali zniecierpliwieni brakiem bułek i mleka. Potem inne poranne rytuały typu czyszczenie patelni czy wymiana oleju we frytownicy. Czochranie na wpół zamarzniętych mintajów, dorszy i karmazynów. Przyprawianie, panierowanie. I smażenie. Czasem niespodzianka - wyzwanie sezonu: 60 kg żywego karpia i nas dwóch. Ach, gdyby to był lustrzeń czy inna "łysawa"a odmiana! Ale nie - musiał się k...wa trafić pełnołuski. Do dyspozycji widelec z wyłamanymi zębami i okoliczne sosny. Unicestwić, oskrobać, poporcjować, po dwakroć wypłukać, zdeponować w zamrażarce. Oj, do tej pory pamiętam, że wolałbym wagon piachu widłami rozładować...
Lipiec był marny, ruch żaden, zarobek takoż. Tylko w weekendy miejscowi wpadali na rybkę. Za to przez 10 dni sierpnia zarobiłem tyle, co za cały poprzedni miesiąc. Pamiętam imieniny - moje i współspacza. Oj poszalelim w noc poprzedzającą, a rano do roboty po 3 godzinach snu. Kac - gigant i ten mdły zapaszek świeżego podgrzewanego oleju. 40 stopni w cieniu, a ja w małym pierdolniku krytym blachą, w środku odpalone dwie patelnie i frytkownica. Myślałem, że nie dotrwam do końca zmiany. Ale dałem radę, młody człowiek był, replikacja szybciej przebiegała :)
Nazajutrz dzień wolny - niezapowiedziany. Akurat wtedy, kiedy oddaliśmy książeczki zdrowia do aktualizacji. Kontrola z wojewódzkiego SANEPID-u :) No to co? Idziemy ku jezioru. I tak dymaliśmy rowerem wodnym do obiadu. Po wyjściu - łydy jak balony, ale sport to zdrowie w końcu :)

No i ludzie fajni. Miejscowych się znało jak zły szeląg - żadna atrakcja. Ale mi się trafiła super ekipa z Wrocka. Aż żal, że człowiek kontaktu nie pociągnął. Max - wielbiciel Kultu, Grusia - zagorzała fanka Iggy`ego Popa i Ślimak - świeżo po wojsku, chłonął Metallicę i hektolitry browaru :) Dobrze mieli ze mną - rybę, która nie zeszła na koniec dnia trzeba było utylizować. A czemu nie przez spożycie? Sam miałem już dość dorszowych kolacji. Owszem, lekkie i zdrowe, ale monotonne strasznie. Za to moi wrocławianie bardzo sobie chwalili. Z czasem do menu weszły udka kurzęce, opiekane we fryturze. Coby nie zjarać panierki, kurak nie mógł być surowy, więc go obgotowywałem. Esencjonalny bulion dla mnie był materiałem odpadowym, a niektórym rano ratował życie :) Wrocław z kubeczkami meldował się regularnie :)

Chaotyczne to trochę, ale tak właśnie pamiętam. Czasem lubię sobie wrócić i pamięcią i fizycznie. Zwłaszcza w "of-sizonie". Nawet teraz wielkanocnym popołudniem zajrzałem na mały spacer... Niszczeje to wszystko, ale z drugiej strony, skąd wziąć na inwestycje i czy na pewno jest po co? Więc utrzymuje się status quo, póki wszystko na własnych nogach/fundamentach stoi, a jak padnie, to się zobaczy wtedy...
























Edycja z 12. sierpnia 2014 r.

"Kurort" żyje! Pogoda jak drut przez ładnych parę tygodni spowodowała, że frekwencyjnie jest bardzo dobrze, zwłaszcza w weekendy. W sobotę niektórzy pracują, więc jest nieco swobodniej do południa, ale niedziela od rana walką o miejsce nad brzegiem stoi :)
Woda ma temperaturę bliską 30 stopni. W porównaniu z Bałtykiem - w Białce jak w mszczonowskich termach :) I tu niestety koniec radości... Syf! Wszechobecny - bydło chla po nocach na umór, tłucze butelki, kiepuje wszędzie. Mało, że szyszka w dupę gniecie - trzeba jeszcze uważać, żeby się nie pociąć tu i ówdzie. Żeby bydło na ziemi syf zostawiało, ale nie - musi pety i puszki do wody wrzucać. Inna sprawa, że z infrastrukturą cieniuuuuśko. Koszy na śmieci prawie brak, dwie przenośne sławojki na krzyż rozstawione co pół kilometra, dzieciarnia i nie tylko leje po krzakach. No hardkor jest i swojszczyzna. Grill pod co drugim drzewem, z jednego wali podpałką, z drugiego spalenizną... Pomost, bo nazwy molo nie będę używał, w stanie dramatycznym. Desek brak, gwoździe na wierzchu. Dodatkowo bydło podczas nocnych libacji odłamuje po kawałku i rano pływają długie podpróchniałe szczapy. Taka zasadzka dla skaczących "na bombę". Z atrakcji: gokarty (takie na pedały) - jedyne 10 zł/godz., park linowy podejrzanej proweniencji, wszechdostępne piwo i niewysokich lotów fast-food. Folklor okrutny, choć z sentymentem wspominany... Dobrze, że dziecku było wszystko jedno i że woda ciepła.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz