poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Fastfood z busa, browar w parku - włącz pan światła, panie Darku ;)

Mimo samary do kolan, szybkie żarcie nie leży jakoś specjalnie w orbicie moich zainteresowań, choć czasem się "zeszmacę". Całkiem niedawno skusiliśmy się z kolegą na  hamburgera z samochodu. Miał malizną nie śmierdzieć  i nieprzeciętne walory smakowe prezentować. O okrutna rzeczywistości! Gramatury padliny się nie czepiam, mdłe - graniczące z żadnym - przyprawienie z trudem, ale zniosę... No ale żeby po 5 minutach transportu bułkę trzeba było jeść łyżką, to już trochę przesada! Jak się później okazało - wybitny ów przedstawiciel objazdowej gastronomii raczył uczestniczyć w zlocie. Nie będziemy tu wytykać palcami, dość powiedzieć, że w porównaniu z innymi - zarobił chyba tylko na prąd :]

Traf chciał, że na ryjbuku trafiłem na wydarzenie firmowane przez Food Truck Kolektyw. Miał być rodzinny piknik, wyszła męska impreza. Po dwóch tygodniach przerwy bardziej czułem głód fotografii niż bułki z mięsem, ale co tam - trzeba było na własne kubki smakowe przekonać się czy wszystko z busa nadaje się na... czy jednak jest jadalne, zwłaszcza że reklamowano też wersje fit i vege.

No cóż, zaczęło się od wielkiego bum. Czekając w umówionym miejscu :)


na tajemniczego pana Emila, chwilę przed godz. 11-tą czerwony Jaguar i szara Honda pieprznęły się tak na środku Powstańców Śląskich i Górczewskiej, że potrzebne były dwa zastępy straży + karetka. W kilka minut korek aż od Okopowej. Pełen współczucia, ale pomyślałem - no dobrze, mać, że w stronę Bemowa, a nie do Centrum. Przy okazji stwierdziłem,że brak jaj reporterskich jest u mnie constans. Iluż rzuciłoby się dokumentację pracy służb ratowniczych wykonać, a ja - nie. No nie mam serca patrzeć spokojnie na takie rzeczy...

Wsiedliśmy w 190 i po 30-tu minutach byliśmy na miejscu. Nalegałem na wcześniejsze przybycie, żeby się na "bekstejdż" załapać, ale raczej biednie było :)












Żołądki puste, no bo jak się napchać przed festynem, a pora już taka, że wypadałoby coś wciągnąć... No to wciągnęliśmy z panem Emilem - po dwa Żywce koło ZOO :) Delektując się w pięknych okolicznościach przyrody, czekaliśmy na inaugurację "paśnika".


Bardzo sobie ceniliśmy punktualność, bo jeszcze chwila i festyn gotów był nam się wymknąć z harmonogramu (czy też świadomości). Jeszcze dwa dni przed startem imprezy, pan Emil ostrzył sobie zęby na piadę. Włoski pomysł na fastfood. Brzmi egzotycznie. No to próbujemy. Ja: specjalność zakładu - Piada Burgello Bum! Bum! :D, kolega - Piada Prosciutto di Parma.



I w tym miejscu trzeba zaznaczyć, że piada zdecydowanie lepiej smakuje niż wygląda. No, przynajmniej ta moja.



Mlaskając z zadowolenia (na ile powodowani wilczym głodem, na ile rzeczywiście ukontentowani smakiem - sprawa dyskusyjna) polecamy piadę znajomym, których spotkaliśmy. I dopiero teraz się wydało, że trudno stwierdzić czy to specjalność zakładu czy kolega po psie posprzątał? ;)


Pokrzepieni na ciele idziemy na mały spacer. Z niesmakiem konstatujemy, że w sobotę nad Wisłą we wczesnych godzinach popołudniowym można umrzeć z pragnienia...










Suchość w japie zapędziła nas z powrotem na festyn. Ludzi przybywało, jakiś klubowy łomot rozlegał się ze sceny. Będzie zabawa, będzie się działo...























No dobra, spożycie na powietrzu fajne jest.


Pojemność dwa czterysta i tak dalej. Ale kiedyś też trzeba, no... Gdzie niebieski domek ja się pytam?!
No nie ma! Szybkie śledztwo zaprowadziło nas za kulisy. Dosłownie :)




Wyraz ulgi na twarzy - bezcenny.


Fajnie się żartuje, ale po 5 godzinach jeść się chce. Osiołkowi w żłoby dano... I to pachnie i to nęci... Po zasięgnięciu opinii decydujemy się na starą foodtruck-ową gwardię czyli


Powiadają, że pionier warszawski w kwestii tego typu mobilnej gastronomii. Wie, że musi być dobre i za normalne pieniądze. Zobaczmy... Zastanawia nas tylko dlaczego tak koło niego pusto, skoro taki dobry? Już się dowiedziałem - moje zamówienie ma numer 39, właśnie wydawane - 24 czyli ruch jest konkretny :)




Szama jest konkretna. Smaczne, świeże, nic nie cieknie. Zasłużona opinia.
Impreza całkiem fajna, choć trochę monotonna.











No bo ile można jeść, pić i oglądać


Przeto siurgutnąwszy strzemiennego udaliśmy się w kierunku przystanku, kojąc w drodze zielonością zmęczone oczy i skołatane nerwy...


...co okazało się zbawienne w skutkach, bo dwóch hałasujących na harmoszkach brudasów o rumuńsko - zakaukaskich rysach darowaliśmy zdrowiem, mimo wielkiej chęci do zadzierzgnięcia więzów... Przyjaźni oczywiście ;]

Nazajutrz było trudno. Było ciężko. Zaiste, zapowiadała się (Na)Palmowa Niedziela...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz