poniedziałek, 19 maja 2014

Pepik w rajtkach, łeb zakuty - kuźwa, całe w błocie buty...

Igrzyska Ognia i Stali 2014. Igrzyska. Nazwa, przy której rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem zdaje się być zwykłym mordobiciem na łące. Zapowiedzi w lokalnych mediach, zajawki na Twojej Tubie. Wyobraźnię mam bujną, tom pomyślał, że rozniosą te Forty Bema w drzazgi. Bitewne wrzaski napełnią park, a jęki konających dotrą aż do bemowskiego Carrefour`a...
Pogoda w sobotę była mocno z pupy. Gnoiło od samego rana, ciśnienie rozrywało baniak. Na  szczęk oręża nie bardzo miałem ochotę, podobnie na trunki, ba - nawet dziewki w zamtuzie bym nie wychędożył. No sorry - taki mamy nastrój. Ale pojadę. Bo rok temu nie byłem, po przestało lać, bo markotnie tak przekisnąć całą sobotę w domu. Bom w końcu prosty człek - chleba się nażarłem i tylko igrzysk mi brak. Tylko co się będę męczył sam, zadzwonię po towarzystwo. O 14:30 pan Emil, bo o Nim mowa, przywitawszy mnie ziewnięciem (bo przerwałem staremu człowiekowi poobiednią drzemkę) wyraził - o dziwo - chęć szybkiego ogarnięcia się i przybycia. Umówiliśmy się na miejscu, a ja ruszyłem. Od wejścia szedłem "na radar", a w zasadzie na mikrofon. Się wzięło i rozpogodziło. Ortaliony do plecaka, a robactwu w to graj - zwłaszcza, że ścieżyna wzdłuż bajora wiodła.



Rączym kłusem przybyłem na miejsce. Oj dobrze, że pepegi z ABS-em były...


Brodząc jako czapla, w półszpagacie co drugi krok, szukam tych igrzysk. Ku zbitej z desek arenie igrzysk wabi mnie spiker zachwalający wniebogłosy pokaz polowania z sokołem. Ostatnio u mnie  na topie - z racji męskich zabaw z Juniorem - wyłącznie Sokół Milenium. Fajnie - myślę - zobaczę se prawdziwego. Słońce pali, meszka żre, a tytułowy Pepik w śmisznym wdzianku peroruje. Śmieszy, tumani, przestrasza. A że ptak ten ma wzrok 30 razy lepszy niż człowieczy, a że zapieprza szybciej niż Wojewódzkiego Aventador (390 km/h w pionie i 290 km/h w poziomie), a że to, a że tamto. Za przynętę robiła wypchana kuna na deskorolce, którą dzielny Czech ciągał po błocie dokoła areny . I w końcu! Krzyknął: "Puszczaaaj!". Poczułem się dziwnie. Ni to konsternacja, ni to nobilitacja. Do tej pory jeno pawie przy mnie puszczano, a tu nagle sokół. Co do błyskawicznego ataku ptaszyska... Hmmm. Jakby mnie ktoś na szczycie w dupę kopnął, to turlając się z tej skarpy większą bym prędkość  rozwinął, ale mniejsza o to. Sokół trafił gdzie i w co trza. Posłuchał jak gawiedź klaszcze, kapturek mu na łeb zapodali i sio - do busa. Potem nasz niestrudzony sokolnik z Pończy (co mu się nawijka kończy) pokazał puszczyka, a że szału nie było - sięgnął po orła albo nawet dwa. Ptaszysko nie na darmo królem obwołane. Potęga. Jeden mu uciekł w krzaki i wrócić nie chciał, więc się po niego pofatygował. Wracając przechodził tuż koło mnie i mnie orzeł skrzydłem po głowie pomiział. Spojrzałem na dziób i szpony. No, gołymi łapami to ja bym walczyć z nim nie chciał...



Na tym się ptasi pokaz zakończył. Czas zwiedzić resztę terenu. Trafiam do sympatycznych chłopaków, którzy z pasją opowiadają o mieczach. Macam sobie dwuręczne cacko a la wczesny Jurand ze Spychowa. Pan chciał być miły i hełm mi przymierzyć, szczęściem w porę spostrzegł, że mój baniak o dobry rozmiar większy od jego garnka i już się nie wygłupiał.




Zaraz po mnie przyszedł jakiś dzieciak z ojcem. I to osesek robił za reklamę płatnerstwa. Zanim zdążył coś powiedzieć, Robin z Sherwood zasadził mu hełm na głowę i dalejże okładać majchrem. Się młody czuł jak w dzwonie Zygmunta, ale na koniec wybąkał, że nie bolało.




Było jeszcze parę stanowisk nawiązujących do epoki: średniowieczna kaligrafia, runy na rzemyczkach, naturalne materiały - lny pewnikiem, ciżmy, bukłaczki, sakiewki z prawdziwej skóry, a reszta - klasyka odpustowa typu: zdjęcia w zbroi, pasticzane mieczyki, hełmy i tarcze, łuki, suknie bla, bla, bla... A to knecht znajomego spotkał, a to Krzyżak rozchełstany do wodopoju zdążał. Jeszcze inny z "Superstacji" na statywie wsparty i na koniec szpaner z dronem.










Zieeew. Zaanonsowano występ tancerzy z flagami, podobno widowiskowo ma być. No to znów podszedł ja do płota, jak i inni podeszli. A na co mnie to? Na okoliczność. Bo szmaty na kiju fruwać będą.




No dobrze. Dotarł pan Emil. Resume na tę chwilę? Impreza anonsowana jako największa tego typu w Europie z butów nie wyrywa. Strach pomyśleć jak to może wyglądać gdzieś indziej. Gdybym miał wyjść w tej chwili to: mało ognia, troszku stali - sie igrzyska nie udali :)

Idziemy zwiedzić kącik gastronomiczny. Kuchnia średniowiecza. Taki piecyk:


Karmią pod-płomykami, poją pod-piwkiem. Wszystko to jakaś pod-róba :)


Kolejka nie zachęca do stania. W zasadzie kierujemy się do wyjścia. Mijamy akademię fechtunku:




 I trafiamy na łączkę z rycerzami, którzy szykują się do turnieju.




Zacny zestaw. Mistrzowie Polski, światowa czołówka i debiutant. Rynsztunek bojowy dopieszczony. Widać dbałość o szczegóły. Spiker wyjaśnia reguły turnieju i zasady punktacji. Rycerze się prezentują, giermkowie szykują kopie i tarcze. Postanawiamy zostać jeszcze chwilę.














Powiem szczerze, że - moim zdaniem - to uratowało całą imprezę. Popatrzyliśmy z przyjemnością na potyczki








i po zakończeniu pierwszej rundy wylogowaliśmy się z imprezy. Czemu tak wcześnie? Bo plan sobotni Noc Muzeów jeszcze zakładał i poczuliśmy potrzebę wzmocnienia się na ciele w nadwiślańskich okolicznościach przyrody, ale o tym w następnym poście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz