środa, 6 sierpnia 2014

Karwia 2014 subiektywnie czyli tzw. urlop

Długo nic tu nie pisałem. Nie było o czym. Nie chciało mi się. Niepotrzebne skreślić...
Szczerze - dalej mi się nie chce, ale niech tam. Popełnię słów kilka o dziurze nadbałtyckiej, której niesłabnąca popularność zadziwia. A że malkontent i maruda jestem, do tego obecnie w nastroju średnim, to zachwytów nie będzie za dużo :)

Zacznijmy od trasy i odwiecznego dylematu: po staremu "siódemką" czy dojeżdżamy Europę autostradą - prosto na plażę? Olałem komunikaty o 45-minutowym oczekiwaniu na pobranie biletu i drugie tyle na uiszczenie opłaty w Rusocinie. Dodatkowo stwierdziłem, że te 60 zł w obie strony rekompensują z nawiązką walkę o życie na 7-ce, fotoradary i lotne patrole. Postanowione. Poza tym - jakie korki? Niedziela. Wyjadę chwilę po 5-tej, przelecę jak burza. Tak właśnie. Obudziłem się o 6:30...

A2-ką do Strykowa, zjazd na A1. Ruch umiarkowany. Im bliżej Torunia, tym gorzej. Do biletów odstałem jakiś kwadrans. Zdziwienie po raz pierwszy. Dojeżdżamy do MOP Olsze. Czas odpocząć. Ostatnia prosta przed nami. Gęsto już cały czas. Trochę się obawiam, co będzie w Rusocinie. I tu zdziwienie po raz drugi. Czymże jest 20 minut kolejki w kontekście dramatycznych doniesień z mediów? Teraz jeszcze Obwodnica Trójmiasta i po wyścigach. W lewo na Rumię. I czołganego. W tym miejscu to norma. Nawigacja uparcie każe skręcać na Puck i jechać przez Władka. Ale twardy jestem. Skręcam dopiero w Wejherowie. Tu natykam się na nietypową lokalizację fotoradaru. Tablica z oznaczeniem miasta, wąska uliczka, lasek, a między drzewami wielki, żółty maderfaker :) Potem już tylko Krokowa, Karwieńskie Błota i w końcu po 470 km z małym ogonkiem - Karwia. Tłok jak w Międzyzdrojach na festiwalu. Brak jakichkolwiek reguł w poruszaniu się pojazdów i pieszych, przez co sama końcówka podróży podniosła mi ciśnienie. Satelita się na mnie wypiął, navi zgłupiało i prowadził ślepy kulawego przez dobry kwadrans. W końcu udało się - z Czarnej Dupy dotarłem do Dzikiej Róży :)
 



Widywało się już większe pokoje 3-osobowe, ale przynajmniej czysto. Meble porządne. Łazienka też spoko. Osobne wejście. Przed oknem spory trawnik, służący głównie za boisko :) Mini plac zabaw i altanka z kuchenką gazową, bieżącą wodą i dwoma grillami do dyspozycji.




Wniosłem toboły. Rozpakowaliśmy się, kawka, kanapki z podróży na obiad, krótki odpoczynek i czas na rekonesans.
Rozpędzać się nie bardzo było gdzie. Dwie ulice na krzyż. Wszędzie kebaby, zapiekanki, frytki, kurczaki z rożna (wielkości zabiedzonej kuropatwy), lody w kulkach i kręcone, a na deser borówka amerykańska z własnej plantacji. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy mieli plantacje w Mińsku Mazowieckim.

Przed przyjazdem przeczytałem, że sztandarowym lokalem jest tu smażalnia "Złota Rybka" i - jak to w smażalni - specjalnością zakładu jest...pizza. Nara - poszukam czegoś normalnego. Zbiorowo żywiła stołówka szkoły podstawowej. Jadłospis wywieszony na tydzień i jak to w szkole - co wywiesilim, to będzieta jedli :) Za obiady płaciło się u logopedy :) Pachniało względnie normalnie. Wyglądało też. Ale wejście na salę zaczynało się od okienka zwrotu naczyń i to odbierało ochotę na całą resztę... Trafiłem na Bar "Muszelka". Wygląd niepozorny. Reklama niekrzykliwa. Dawniej się nazywał PURTEK, istnieje od 30 lat z okładem. Przepisy rodzinnie dziedziczone :) Normalne, świeże, smaczne, domowe żarełko. Jak to nad morzem, niezłe wzięcie miał schabowy i pierogi ruskie :) Ceny? Zupa + drugie do wyjęcia za +/- 25 złociszy. Po 12 zł zestawy dziecięce. Codziennie za 18 zł - danie dnia (w praktyce zupa gratis). Bardzo ok. Polecam z czystym sumieniem.



Pozagastronomiczny krajobraz uzupełniają sklepy. Sezonowe i całoroczne. Jako zadeklarowany mięsożerca upodobałem sobie wizyty tutaj:


choć umówmy się - klimę mieli lepszą niż wędliny :) Szczytem wszystkiego była polędwiczka wieprzowa o zapachu wędzonej ryby :D Jadalna jałowcowa i ładny schab na grilla. Przypadłość ogólnokarwieńska - płatność tylko gotówką :/

Reszta sklepików mniej lub bardziej gustowna, ale szczyt festynu, żenady i obciachu - to wielkie, stojące wzdłuż ulicy namiociska, nagrzane tak, że człowiek niemal mdleje w środku - po części z gorąca, po części od smrodu bliskiej stopnienia chińskiej tandety z cyklu "wszystko po 5 złotych w porywach".








No to "nadejszła wiekopomna chwiła", żeby udać się do właściwego celu podróży. Wejście nr 46. Przepełniona toy-toyka, śmieci kipiące z kosza, stanowisko tatuaży z henny i "wszczepialnia" kolorowych włosów. Dżizus, k...wa, ja p...lę - biegiem przez ten las!!!






I tak powstała nowa świecka tradycja. Rano na plażę (smażing), powrót, obiad, odpoczynek, plaża (zachód słońca). I tak codziennie. Od środy modliłem się o załamanie pogody, ale widać siłę przebicia mam marną.

A na plaży - jak to w sezonie przy pięknej pogodzie: jak nie przyjdziesz rano, żeby zająć miejsce przy samym brzegu, to po 11-tej masz miejscówkę w ostatnim rzędzie - przy wydmach. Nic w tym złego dopóki dziecko nie zechce budować zamków. Wtedy dymanie z maluśkim wiaderkiem kilkadziesiąt razy tam i z powrotem staje się nieco uciążliwe :] Budowanie sponsorował J.R.R. Tolkien, a Minas Tirith, Minas Morgul, Amon Hen, Helm`s Deep czy choćby zwykłe Edoras musiały prezentować się godnie :)










Piasek ładny, drobny, pozornie czysty... Dopóki nie grzebniesz głębiej nogą i nie trafisz na warstwę kapsli, papierków czy petów. Kuźwa - ja też palę, ale nigdy nie sprawiało mi problemu ruszenie dupy i zdeponowanie skutecznie zgaszonego fajka w koszu. Masakra...


Wśród plażowiczów przeważały rodziny z bardzo i względnie małymi dziećmi. O dziwo - nie irytował generowany przez nie jazgot. Nikt nie sypał piaskiem po oczach, bo było tak naćkane narodu, że nie dało się biegiem i w prostej linii do morza. Za to dwunożne, przenośne sklepy... W odstępach kilkuminutowych, z tym samym asortymentem. Darcie paszczy w różnych tonach, modulacjach, akcentowanie na różne sylaby:" Drooooożdżówki, jagodziankiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!", "Poooooopcorn, kukurydza gotowana, naczooooooosy, kawa mrożonaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!", "Zimne piiiiiwo, zimne piwo dla ochłody!!!". A - byłbym zapomniał: "Orzeeeeeeeeeeeeeszki w karmeluuuuuuuu!!!" O ile pierwszego dnia było śmiesznie, to każdego następnego dnia gul rósł...

Jeśli ktoś nie wziął wałówki ze sobą i nie zanabył kolby czy orzeszków z torby od dwunoga, mógł udać się do zielonego namiotu...


I jak już przyszedł, przejrzał asortyment i ceny, to wyszedł. Chyba że był bardzo zdesperowany. Piwo 0,4l. za 9 zł (200 m od spożywczego, gdzie za 3-4 zł wybierasz, co chcesz), lody - 4,50 (1,50 w sklepie). Obrzydliwość serwowanych tam fast-foodów powodowała, że hot-dog z Pepsi Areny urasta do rangi delikatesu :) Na plaży tłum, w namiocie tylko wiatr i zero reakcji właściciela. Jak przepierał tam kasę, to spoko. Ale jeśli tak po prostu chciał zarobić worek dukatów w haj-sizonie, to gratuluję smykałki do biznesu...
W namiocie z innych superatrakcji egzystował a la cymbergaj - limit czasowy za 5 zeta też okrojony o minutę w stosunku do "miastowej" lokalizacji...



Kończąc temat plaży smażingowej - oprócz sprzedawców paszy nietreściwej, brzegiem wędrowały niekompletne Pingwiny z Madagaskaru, Elmo z Ulicy Sezamkowej oraz inne Puchatki, Świnki Pepy, Hello Kitty tudzież Strażak Sam. Nie wiem jaką dniówkę miała zawartość futrzasto - gąbczastych kostiumów, ale w ciemno mówię, że za małą :) Maskoty prowadzone były brzegiem morza przez wodzireja z tubą, który za symboliczna dychę sprzedawał niezapomniane pocztówki z polaroida z ulubionymi bohaterami. Co więcej, w niezmierzonej łaskawości swojej, pozwalał zrobić zdjęcie swoim aparacikiem jak już ktoś kupił u niego :DDD Zaiste, ubawił mnie...





Teraz może coś o samym morzu :) Karwia pobiła dwa rekordy w mojej prywatnej klasyfikacji. Nigdy nie widziałem czystszego Bałtyku niż tu i nigdzie nie był tak zimny. I dzieci i dorośli mówili o bolących nogach. Potwierdzam, wejście z marszu już do wysokości kolan odcinało prąd w kopytach :)

Nauczony wieloletnim doświadczeniem, szykowałem się na częściową niepogodę, był plan wycieczki do Jastrzębiej Góry, szybkiego zaliczenia pałacu w Krokowej czy latarni Rozewie... Tymczasem pogoda niemile mnie zaskoczyła :) i nikt nie chciał się ruszyć z miejsca. Naród zachęcony upałem przybywał tłumnie i przez cały tydzień łaziły pielgrzymki z pytaniem czy został komuś może jakiś wolny pokój? Litościwy nasz gospodarz przygarnął nawet na trawnik z namiotem :)

I jeszcze coś, z czym w innych morskich "kurortach" się nie spotkałem - przynajmniej w makroskali. Lampiony. Dostępne w kilkunastu kolorach za jakieś śmieszne grosze we wzmiankowanym hangarze z chińszczyzną. Absolutnie nie przeszkadza mi sam zwyczaj. Przyjemność oglądania mącił mi obraz ewentualnych konsekwencji. Dwa tygodnie nieprzerwanej lampy. Sucho jak pieprz. Zakazy wstępu do lasów. A tu beztrosko tłum puszcza sobie w hurcie lampiony. W nocy ładnie wygląda takie żeglowanie po niebie, ale jak się skończy "paliwo", to taki lampion spada jak Hose Arkadio Morales ze spadochronem. Oczyma wyobraźni widziałem jak żarzące się badziewie ląduje w lesie, na łące czy na czymś mieszkalnym krytym dla zadania szyku strzechą...







Na tym kończę pisaninę. Zostawiam parę klatek, żeby było co powspominać w zimie :)





















































2 komentarze:

  1. Piękne zdjęcia, jakim obiektywem robione te szerokokątne? :)

    A co do chińszczyzny - taki już niestety urok naszych pięknych nadmorskich straganów.Najbardziej rozwaliło mnie stoisko bodajże w Trzęsaczu, gdzie wisiało lustro a na nim naklejka - "proszę nie wyciskać pryszczy". Polak potrafi! :D

    W Karwi jeszcze nie miałam okazji gościć. Szukam ciekawych noclegów, wolałabym jednak domki z racji tego, że jedziemy dużą rodzinką. Tutaj znalazłam ciekawe oferty http://www.karwia.info.pl/noclegi/9/domki Zostawiam, może przyda się dla potomnych :)

    Dziękuję za ten wpis, przynajmniej dostałam pogląd ogólny na sytuację, jak to wszystko wygląda w Karwi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szerokie: Tamron 17-50/2.8 i Samyang 8/3.5

    OdpowiedzUsuń