niedziela, 7 września 2014

Inter Cars Motor Show (zes...ła się bida i płacze. Czemu tak? Już tłumaczę).

Inter Cars Motor Show - świat motosportu w jednym miejscu. Impreza reklamowana w swojej kategorii jako najlepsza w Europie, a kto wie czy nie na świecie (chyba Trzecim - przyp. autora).
Gdybym miał wypluć 6 dych na wejściówkę, to pewnie bym się dwa razy zastanowił, ale że udało się, dzięki uprzejmości bemowskiego ratusza, zawalczyć i wygrać bezpłatny wstęp na dowolnie wybraną wersję imprezy, to to mus zajrzeć - "z dziennikarskiego obowiązku".

Sobotę miałem pracującą, więc od razu zażyczyłem sobie wstęp na nocne pokazy. Inna sprawa,
że i tak pewnie bym je wybrał. Dzienną wersję przerobiłem na innych imprezach. A tu, panie,
i mjuzik zajebiaszczy, a lasery, a pokazy pirotechniczne, a hospody, a pomyłuj! Zgodnie
z informacjami organizatora - start imprezy o 20-tej i do 23-ej będzie mega-hiper-giga-ultra
i w ogóle...

A potem się ludzie dziwią, że ja sceptyk i asekurant jestem. No cóż, taka karma. Skoro się mnie
na każdym kroku próbuje w ch... zrobić, to organizm się broni :) Sama natura. Ale od początku.
Skoro początek o 20-tej, wypada być trochę wcześniej, w okolicznościach przyrody się rozeznać,
na miejscówkę dobrą zapolować, bo przecież fotografował będę (tak przynajmniej myślałem).
Spod domu 122 zawozi prawie na miejsce - odjazd 19:07. Po dobrych 20-tu minutach wysiadam
pod CH Bemowo. Na lotnisku "się świeci", tłumu nie ma, naród kursuje z rzadka i w małych grupkach. Dojazdówka gęsto obstawiona policją. Podjeżdżają dwa autokary z jakiejś Pończy. Drzwi się otworzyły, z wnętrza buchnął egzotyczny miazmat będący połączeniem piwa, tytoniu i perfum
z półki średniej. Odświętne kreacje ogarnął tuman kurzu od przejeżdżających aut, szpilki ugrzęzły
w piachu i kretowiskach, a do wejścia dobre 200 metrów... A propos wejścia. Tłum z każdą minutą gęstniał. Spojrzałem na zegarek - 19:50. Jak to się ma zacząć o 20:00, skoro nie zaczęli jeszcze wpuszczać. O równej coś się ruszyło. I dopiero zapanował pierdolnik! W miarę przesuwania się bezwładnej masy ludzkiej, oblepiającej z każdej strony zieloną, nadymaną bramę Castrol-a okazało się, że tam w środku są trzy rzędy bramek. I tumulcik się uczynił, bo ktoś był blisko, ale się w tor nie załapał, więc w tył zwrot - pod prąd do właściwego rzędu. Mało tego - brak jakiejkolwiek informacji o zależności wejścia od tego, co na bilecie wykaligrafowane. I stał bidak, jeden z drugim 40 minut przed bramą, 15 minut się skradał, żeby od ochrony się dowiedzieć, że zabłądził. Bo tu jest strefa open, strefa Inter Cars - wejście obok, znaczy 100 metrów w prawo. I znowu w tył zwrot i pod prąd, wypychanie, deptanie, zubożały słownik. Oczywiście musiała się trafić ekstremalnie niekumata grupa "obcokrajowców". Zdawałoby się słowiańskie języki dość podobne, a jednak... Brązowa skóra, rozchełstana rubacha, złoty kajdan oślepiający blaskiem na zmianę ze złotym zębem...
Starszy pan z puszką mocnego Okocimia raczył pozdrowić braci ze wschodu per "pier...ne kacapy"
i na nic tłumaczenie, że "my z Biełarusji". Panu było wszystko jedno. Nieważne - Estoniec, co ma zraniony koniec - Ormiaszka, co mu krwawi czaszka czy w końcu Białorusy z poparzonemi platfusy - kacap to kacap. I zaraz paru patriotów z zimnym Lechem czy innym Tuskim, znaczy Tyskim dołączyło do chóru. Dobrze, że "kacapy" poszły bez szemrania, bo zanosiło się powoli na mini powtórkę z cudu nad Wisłą...

Jakoś wlazłem na teren. Kod z biletu sczytany, wszedłem jakieś 20 metrów z impetem w głąb, słyszę za sobą galop i krzyk: "Halo, pokaże pan torbę!" "Tak na pierwszej randce? Nie wypada" - odpowiadam. Jakaś grupa z tyłu rży ze śmiechu, sekjuriti głard nie kuma. "Co pan tam ma w plecaku?" "Standard - mówię. Bazooka, C4 i dwa granaty ze świątecznego ubrania". Ale żadnych wyskokowych pan nie wnosi?" Nie wnosiłem...

Na trybuny wchodzę komfortowo. "Cebulaki" zgłodniały i po wejściu prosto do koryta i poidła.
A tu zasadzka. Żeby nabyć, trzeba zapłacić. Ale nie gotowizną. Gotowiznę trzeba zamienić
na żetony. A żetony w kasie. A gdzie kasa? Ano gdzieś tam przy wejściu. Organizacja. Ale i tak jest dobrze, w dzień się podobno działo. Godzinne kolejki po żetony. Kolejki dwie. Jedna po żetony
na jedzenie, druga - na picie. Żart taki.

Rozglądam się za dobrym miejscem. Na razie pusto, więc wybór znakomity. Ale jak siądę w środku
i wstanę, żeby zrobić parę zdjęć, to mi łeb  urwą. Przytulam się do stanowiska ochrony między gaśnicą a koszami na śmieci. Mało romantycznie, ale dość przestronnie.
Co do zdjęć. Przed imprezą konsultowałem się z kolegą PES-em w sprawie wyboru szkła. Znając ograniczenia puszki (słaby AF, stareńka technologicznie matryca, a co za tym idzie mało użyteczne wysokie ISO) sugerował mi 17-50/2.8 i z sugestią się zgadzałem, dopóki nie obejrzałem czyjejś fotorelacji z trybun na FB. Z ogniskową 50 mm to ja poza morzem głów nic nie ustrzelę. Zapinam więc sporo ciemniejsze 70-300, za to ze stabilizacją. ISO ustawiam na 1250 i już wiem, że będzie kaszana.  Dosłownie i w przenośni. Tak naprawdę z blisko 250-ciu zdjęć odwaliłem 3/4 przy wstępnej selekcji. To, co zostało - też jest na siłę, ale jakaś "pamiątka" musi zostać... Ech, ile bym dał za jakieś 70-200/2.8...

Dobra, kończę ględzić, bo jest 20:45 (!), a startu imprezy nie widać. Organizator sobie uznał,
że skróci program z 3 do 2 godzin, bo "quorum" na trybunach nie ma. Cebulaki muszą się nażreć najpierw, bo na głodniaka kunsztu nie przyjmą. Z głośników - nie, nie sączy się - ŁUPIE, DUDNI, NAPIER...LA najdziksze techno, trance (czy jak tam ten łomot się klasyfikuje) jakie słyszałem
w życiu. Głupio wyglądam z jednym palcem w uchu, ale stoję prostopadle do kolumny i czuję, że mi nawet sznurówki w rezonans wpadają. Na telebimach jakieś durnoty kolorowe.




Minęła 20:50 wyszło dwóch "wesołych Romków" z mikrofonami i dalejże zachwalać imprezę i czas zabijać pierdołami. Nawet jakies odliczanie się rozpoczęło.


Gadali i gadali, trybuny się zapełniły i w końcu start.


Zagasło, błysnęło, kolorami zawachlowało... Przypomniał mi się skecz Gajosa o kulturze i opis pianisty: ogony od fraka - rrryp, na taboret siądzie, łbem zarzuci, pace rozcapierzy, spojrzy
po mankietach, po pazurach... A najlepszy jest taki, co w ogóle nie zagra...
Całe szczęście się nie sprawdziło i wyjechały "kolorowe jarmarki".



Zrobił ze dwie rundki po torze, podriftował troszkę. Zatrzymał się i stał. No - "wszyscy myśleli,
że to Wojski gra jeszcze - a to echo grało" :D Była chwila na omiecenie wzrokiem toru.





A jak jest nudno, to największym wzięciem ciszą się hostessy :)


Żeby zabić dłużyznę (bo się orszak do prezentacji niemrawo ogarniał) organizator zapodał gawiedzi troszkę fajerwerków.






Potem poszło już żwawiej. Przejechali wszyscy główni aktorzy widowiska.












Potem znów chwila przerwy, a jak się nudzi, to wiadomo... :)



Jako kolejna wyjechała corvette`a. Troszkę stuningowana - jakieś 1500 koni. 2 sekundy do setki, następne 2-ie do drugiej. Podobno jedyna, która ma napęd na cztery koła. Faktycznie poszła jak rakieta...





Szczególną uwagę zwróciłem na Niemca - Gerda Habermanna i jego odrzutowy Jet Car. Taka tam bryczka, 15 tysięcy koni pod maską, silnik od myśliwca, rozpędza się do 500 km/h. Długo trwało zanim się "ułożył" na torze, ale jak dał czadu, to klękajcie narody...


I tak kolejno - wypadły dwa ciężarowe Volvo do równoległego driftu. Kunszt kierowców bezdyskusyjny, snopy iskier trochę jak z festynu ludowego...







Następnie ekipa na motorach. Nie ma słów, żeby opisać to, co wyczyniali. Zaiste - mistrzowie
w swoim fachu. Z uwagi na dynamikę scen, marne oświetlenie i moje mierne umiejętności - fotorelację z ich występu pominiemy milczeniem :D


I - szczerze mówiąc - zacząłem się zbierać. Świeże wspomnienia z wejścia skutecznie wymuszały wcześniejsze wyjście. Poza tym - miałem 20 minut do ostatniego autobusu, a trochę za daleko, żeby ku domowi z buta dymać. Może, gdyby w jakiejś kompanii, to bym się zdecydował, ale samotne wycieczki o północy po krzakach jakoś mnie nie kręcą. Ominęły mnie jakieś wyścigi motocyklowe
i pewnie coś jeszcze. Z uwagi na obciętą godzinę, coś musiało wypaść z programu. Ale nawet ten wycinek, którego byłem świadkiem dużo wrażeń mi dostarczył. Już nawet w podsumowaniu nad organizacją się nie będę pastwił. Zdolnych mamy ludków w motosporcie, oj zdolnych. Pół godziny po północy, gęba się drze, o piątej z groszem pobudka, więc żegnam się oniryczno - impresjonistycznie :) Do następnego posta.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz