wtorek, 2 września 2014

Wynik średni, grill ch...wy i kolejny turniej z głowy.

III Turniej Piłkarki AHK Polska. Sobota, 30. sierpnia br., Centrum Futbolu Warszawianka - Merliniego 2. Zwycięzca bierze udział w turnieju izb bilateralnych IGCC za tydzień. To tyle z faktów suchych. Te bardziej soczyste nastąpią niebawem.

Rok temu nie dałem rady. Po pierwsze - pracująca sobota, po drugie - lokalizacja. Biorąc pod uwagę miejsce zamieszkania, dla mnie już przy GalMok-u psy dupami szczekają, a gdzie jeszcze wycieczka za Wilanów z kilkunastominutowym dobiegiem, bo dalej ZTM nie dowozi... Choć akurat II. edycja (dla Gothaer Team debiutancka) całkiem szczęśliwą okazała się być. Miejsce na pudle + absencja zwycięzcy w turnieju mistrzowskim, skutkująca dla nas dziką kartą spowodowała, że wpadlim i ogolilim konkurencję - ot, tak sobie... No to teraz, zwyzywani od faworytów, niejako z obowiązku musieliśmy uczestniczyć...

Mój kibicowski udział uzależniłem od pogody. Prognozy były niezbyt zachęcające, ale przywykłem, że pogodynki łżą, a Kret jak to kret - niewiele widzi. Otworzyłem więc oko w sobotni poranek - szaro, buro, ale postanowiłem dać aurze szansę. Opłaciło się. Szybka kawa, pakowanie foto-gratów i półgalopem na tramwaj. Dotarłem relatywnie wcześnie. Idąc na azymut za kulturalnym nawoływaniem w stylu: "No podajże mu, k...wa!" już wiem, że jestem na kursie i ścieżce.


Przemierzając malowniczą okolicę docieram do czegoś, co ktoś żartobliwie nazwał Centrum Futbolu.





Trzy boiska ze sztuczna nawierzchnią a la Orlik, przedzielone siatkami. Przeszklona buda robiąca za recepcję i długi barak podzielony na szatnie o kubaturze dużej windy w biurowcu (jedna na dwie drużyny). Parę stolików z parasolami - gdyby lało albo świeciło niemożebnie.

Na dwóch boiskach ostro trenowano. Popatrzyłem przez chwilę i odszedłem z wrażeniem, że pięciu takich klocków jak ja - z 20-letnią przerwą w regularnym kopaniu i samarą do kolan - nie byłoby bez szans. Zawsze jakieś "ogórki" się trafią w turnieju... Szukam naszych. Ale gdzież tam - za rano. Przecież do meczu jeszcze pół godziny. Rozgrzeją się idąc, a jak się nie zdążą przebrać to co? W półbutach czarnych męskich nie da rady pociągnąć z fałsza? ;)

Doczekałem się. Pierwsze gwiazdy Drim-Timu na schodach :)


Niedługo po nich nadciąga ze wsparciem i Kierownik - Trener, na czas turnieju o germańskich konotacjach pieszczotliwie, po cichutku nazywany Fuhrerem :)


Zawody rozpoczyna krótka przemowa jakiegoś oficjela, który łamaną polszczyzną wita uczestników - jednocześnie sprawdzając obecność. Trudno pominąć też osobę "wodzireja". Szalony reporter i spiker w jednym. Biegał między boiskami, śmieszył, tumanił, rozpraszał. Milczeniem pominę fakt, że nazwę Gothaer wyartykułował we wszystkich językach, no może z wyjątkiem suahili i anglo-pidżin. Słuchając jego, słyszałem w głowie piosenkę Kazika: "Co ten pan właściwie p...doli, kpi, żartuje czy dupa go boli?"

No, ale do rzeczy. Czas coś zagrać. Krótka odprawa i wybiegamy na boisko. Prze pierwszym meczem pamiątkowe zdjęcie do statystyk.


I na tym opis meczu zakończę, bo na samą myśl słownictwo ubożeje. Ale my zazwyczaj zaczynamy niemrawo... Jest parę zdjęć oddających nastrój pomeczowy, ale że o zgodę na publikacje nie pytałem, tedy zbliżeń nie będzie.

Przerwy między meczami w fazie grupowej były względnie krótkie. Można było przy RedBull-u, Oshee czy innej wodzie posiedzieć.


Ba! Nawet poleżeć :)


Po niefortunnym początku było już tylko lepiej. 1:0, 2:1, 6:0. "Tim spiryt" odżył i tak miało być do szczęśliwego końca. Nie było. Wyszliśmy z 1-go miejsca w grupie i w 1/4 finału graliśmy z Coface. Już podczas rozgrzewki napomknąłem, że niepokoi mnie ich dyspozycja strzelecka. Różne odległości, różne kąty - a siata aż jęczała. Praktycznie 100 na 100. Mecz zaczął się od bramkarskiego swojaka. Koszmar. Taki bardziej "boruc" niż "kuszczak", co nie zmienia faktu, że 0:1. Nie zdążyliśmy odetchnąć i było 0:2 i finalnie 0:3 po pierwszej połowie. 10 minut na strzelenie 4-ech bramek tak dysponowanej drużynie to zdecydowanie za mało. Ustrzeliliśmy honorowego i było po meczu. I po turnieju. Dekoncentracja, mimo wszystko brak zgrania i niedomagania kondycyjne. Oj, dało się zauważyć "syndrom Szewińskiej". Z meczu na mecz nie każdy był już tak świeży w kroku :D

Tak czy inaczej, nie żałowałem obecności. Trochę żal, że z kibiców firmowych sam byłem. Drugi optymistycznie wpadł na półfinał, niestety zastał nas już na pożegnalnym piwie. Obrzydliwie ciepłym, w odrażającym asortymencie (Lech + Tyskie) i nie dość, że płatnym, to jeszcze 6 złotych per butelka płatnym. Tak - jakie Centrum Futbolu - taki sponsor. Serdecznie pozdrawiamy sknery z T-Mobile ;) Skoro tak, to i o jedzeniu słówek kilka. Jako że impreza plenerowa i pogoda dopisała, to grill w standardzie.






Asortyment również standardowy: kiełba, kaszana, karkówka, cyc kurzęcy, gdzieniegdzie szaszłyk i ziobro. W smaku takie se, nie gustuję w mięsiwie posypanym gotowcem 5 minut przed położeniem na ruszt. Jedynie ziobra sprytnie wcześniej podgotowane spoczęły w jakiejś a la latynoskiej marynacie. A mimo to nie wstrzelili się z czasem przygotowania. Kiedy sportowcy wykończeni fazą grupową wraz z nielicznymi kibicami rzucili się do michy, karkówka czy kurak były jak dobry stek - rare. A protein w kaszance raczej niewiele. Cóż - zapchał się człowiek ogórkiem małosolnym, popił bezcukrowym RedBull-em i modlił się, żeby bomba opóźniony zapłon miała :D

Na koniec parę kadrów bez gadania. Tak było...





































































Podsumowując technikalia - wybrałem się z 35 i 70-300 mm. Przy tych rozmiarach boisk i miejscu na ruchy - jeden za krótki, drugi za długi. Przez chwilę żałowałem sprzedaży kitowego 18-105. Przy tym świetle dałby radę. Jakimś kompromisem byłby 17-50, ale został w domu. Bywa.

Podsumowując turniej - w wykonaniu kilku drużyn naprawdę porządne zawody. Gros zespołów miało w 6-osobowym składzie jednego "Lewandowskiego", do którego szły wszystkie piłki. Ewentualnie "Lewandowski" sam brał się za drybling i chciał wygrać mecz, reszta miała po prostu nie przeszkadzać.
Ale i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa. Nie da się solo ogarnąć całego turnieju. Gothaer Team miał parę takich parad bramkarskich i akcji w polu, że i Nawałka notesik by wyciągnął, ale przebłyski geniuszu to za mało. Średnią korporacyjną wyrobiliśmy, a że dalej nie poszło - no cóż, za rok powtórka :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz