niedziela, 19 października 2014

I ślubuję ci...

No nie, żadna tam miłość, wierność czy uczciwość małżeńska :] Ja o Juniorze. Oficjalnym pierwszoklasiście. StarWars-owej terminologii używając (która dobrze się sprawdziła w tłumaczeniu, że z przedszkolem już koniec) z młodzika awansował na padawana. I dobrze mu z tym. Początki były trudne. Nowe miejsce, nowe dzieciaki, zero znajomych, a z adaptacją to różnie wcześniej bywało... Minka wstępnie nietęga.


Ale to już przeszłość.



Szkoła jest fajna. Fajniejsza niż przedszkole. Z najlepszym kumplem z "Obłoczka" kontakt jest cały czas. Jakieś nowe znajomości i małe przyjaźnie zawarte. 14-go października, w Dzień Nauczyciela, corocznym zwyczajem odbyło się uroczyste ślubowanie i pasowanie na ucznia. Od miesiąca w czasie WF-u dzieciaki ćwiczyły pieśni mniej lub bardziej patriotyczne i jakieś układy taneczne. Tatko przezornie wziął dyżur w sobotę poza kolejką, żeby dzień wolny we właściwym czasie odebrać, Pani Matka raczyła zaliczyć kontrolowane spóźnienie w fabryce. W końcu taki moment tylko raz w życiu...

I dobrze, że byliśmy razem. Zatargałem prowiant na mały poczęstunek po uroczystości i pędem do sali gimnastycznej, żeby "się w warunkami poznakomić się".






Taaa... "Ulubiona" mieszanka światła dziennego i żarowego :/ Nic to. Ważniejsza miejscówka. I tu doopa. Jak stałeś w drzwiach, żeby mieć widok na wchodzących pierwszaków, to zapomnij, że zobaczysz coś na głównej scenie. Bardzo po reportersku. Puszka w górę, celowanie szkłem na azymut i strzał. I wyszło takie ni pies ni wydra.







Wyczekałem klasy A, B i C. I beenhakkerowskim "step by step" uzyskałem względnie dobre pole widzenia.







Potem wszyscy do klas. Pierwszaki dostały dyplomy oraz legitymacje i mogły w spokoju we własnym gronie ochłonąć po przeżyciach i wszamać jakąś pocieszkę.

No a rodzicom się trochę nudziło ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz