niedziela, 12 października 2014

Tytuł bez polotu. Ot, Rogów po prostu...

Zbrodnią byłoby siedzenie w domu przy takiej pogodzie. Czy ja pamiętam, żebym śmigał z krótkim rękawem w połowie października? Chyba niekoniecznie. Plan odwiedzin arboretum w Rogowie dojrzewał przez rok. Zaprawdę, powiadam Wam, piękne miejsce. Ale spektakularności nabiera wiosną i jesienią. Wiosna to przede wszystkim magnolie, jesień - klony palmowe. Od lat wiadomo, że pełnia wybarwień przypada na trzecią dekadę października, ale że pogoda w tym dzikim kraju dziwna bywa, przeto fejsbukowy profil arboretum zasypywany jest dużo wcześniej pytaniami: "Czy już?", "Jak tam klony?" W piątek zajrzałem i ja, żeby sytuację wybadać. Początek był dany! Nie było na co czekać. Dojazd wydatnie się poprawił od czasu powstania S8 i A2. Prosto spod domu aż do zjazdu na Skierniewice i Łowicz - need for speed :) Potem wolniej, ale za to przez ładne okoliczności przyrody. 100 km z małym ogonkiem, kończy się Jeżów, Marianów Rogowski i skręcamy do arboretum. Oszczędni z natury parkują pod sklepem, tudzież w krzakach. Ja na bogato - uiszczam piątaka i wjeżdżam na teren. Jest parę minut po 11-tej, a miejsca parkingowe już tylko w ostatnim rzędzie. Zanim ruszyliśmy, zjechał się prawie komplet.
Byłem tu wcześniej dwa razy, ale praktycznie nic się nie zmieniło. No, drzewa podrosły :) Co zaś dotyczy tzw. infrastruktury, to constans. Ruszamy.


Zaraz za bramą budka z wesołą bileterką :)


Opłaty za wstęp są mi doskonale znane, ale dla porządku pytam czy 6-latek coś płaci? Słyszę odpowiedź, że jeśli skończył 6, to płaci. Umówiłem się z nią, że Junior ma miesiąc do urodzin ;] Najlepsze czeka już na początku.



Lekki wiaterek strąca świeże listki, które skrzętnie (nie tylko my) zbieramy. Albowiem torbę na skarby jesieni mamy przezornie ze sobą. Zapięte 70-300, nie ma miejsca na dobre ujęcie. Właśnie grzebię w plecaku za "trzydziestką piątką", kiedy dobiega mnie odgłos walenia. W drzewo :) Skradamy się z Juniorem, schodząc trochę z wytyczonej ścieżki. Drzewa w Rogowie mają tę właściwość, że są jak z żurnala. Pokręconych dziwolągów jak na lekarstwo No i trafił się dzięcioł na sośnie. Ze 20 metrów w górę i prosta jak świeca. Niedostatki ogniskowej dają się we znaki, ale coś tam upolowaliśmy.



Z grubsza sprawdziliśmy plan arboretum i kierujemy się do alpinarium, gdzie przy okazji mamy zamiar w kolekcji polskich roślin chronionych odwiedzić rosiczkę. Sekcja "torfowisko" namierzona, zgięty w pałąk (tzn. na ile samara pozwoliła) szukam. I nie znajduję. Łapię sympatycznego starszego pana z obsługi i pytam o owadożerną koleżankę. "No przecież pan na nią patrzył!" - z przekąsem mówi. Szydzić to my, ale nie z nas. "O, to pewnie pan ma lepszy wzrok" - odpowiadam. Straszny dziadunio uniósł się honorem i dźga palcem w mech. "O, tu była! Jeszcze tydzień temu...". No dobrze, wrócimy wiosną, to się znajdzie :)
W oczku wodnym pływa ptactwo kaczkopodobne.



Gdzieś tam po krzakach śmigają plenerowo pary młode.



Idziemy podziwiać drzewostan. Zatrzymujemy się przy ciekawszych nazwach i przyswajamy wiedzę.


Jak się zmęczymy, to siadamy na słońcu. Przyswajamy posiłek regeneracyjny i tuptamy dalej.




Kolory cieszą oko. Torba pełna niespotykanych w miejskich parkach liści. Zabieramy też świeżo "upadłe" kasztany i pękate żołędzie o końcówce ostrej jak igła. 





Mijamy zacnych rozmiarów pomnik przyrody.


I kierujemy się w stronę wyjścia.





Na koniec obowiązkowa sesyjka w klonach :)



I żegnamy się z Rogowem. Myślę, że do późnej wiosny. Nie odpuścimy rosiczce. I dołożymy magnolie i inne sasanki :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz