niedziela, 29 marca 2015

Kawusia, fury i deszczowe chmury.

Stało się. Wylazłem świadomie i celowo na zdjęcia. Mój osobisty guru od automotofoto - Paweł - wysłał zajawkę o małym spędzie w Soho Factory. Z zaproszenia skwapliwie skorzystałem. Bo w końcu była okazja poznać się osobiście. Bo odwiedziny w Soho i tak gdzieś z tyłu głowy siedziały. Od czasów imprezy rebrandingowej. Chęcią dokładniejszej eksploracji zapałałem - jak panieńskim rumieńcem dzięcielina pała. Bo wreszcie głód fotografii dręczy od późnej jesieni. Jadę więc. Drogi kawałek, to i telefon wyciągam. A jak już wyciągnąłem, to i tradycyjnie sam wypalił ;) Portrecik w ramce na żółto raz - proszszsz...


Mińska przywitała mnie takim widokiem. Nic tylko krzesełko postawić, siednąć se, japę rozdziawić i podziwiać. Piękne to. I z tymi gołębiami w oknie...




Parę kroków i jestem przy Soho. Główny wjazd na imprezę był co prawda drugą bramą, na wysokości ul.  Gocławskiej, ale jestem na tyle wcześnie, że ucinam sobie mały spacer od bramy pierwszej.





Łza się w oku kręci na widok nysek poczciwych :)



Dochodzę do muzeum neonów i to w zasadzie koniec wycieczki. Parking jeszcze pusty, ekipa z KMH dopiero rozkłada standy. Na lawecie wjeżdża nieśmiało gwiazda eventu.





No nic, tylko iść na tramwaj...







I jeszcze kropić zaczyna... Robię szybki oblot zanim na dobre się rozpada.





























Podświadomie zbieram się do wyjścia. Po drodze mijam nadjeżdżających Vespiarzy.




Uświadamiam sobie upływ czasu w kontekście Alfy :)


Przy samym wyjściu spotykam takiego malucha.







I wtedy dzwoni Paweł z informacją, że niebawem będzie. No jak nie zaczekać pytam. No jak? :)
Po cichu liczyłem na macanko D700 z Heliosem, a tu zonk - analogowego Olka mogłem podziwiać :) Chłodem i wilgocią dźgało, to wstąpiliśmy na kawę do Kofi Brand. Nooo - kawa zaiste pobudzająca była :)


Az się niektórym espresso wychlapało na ziemię :D No dobra - przez nierówności terenu.
Potem jeszcze mały spacer po parkingu i akcja typu zespotować spotującego :)













No i teraz już naprawdę zebrałem się do wyjścia. Cztery godziny tuptania w kółko lekko mnie przeczołgały. Wracam na Grochowską i czekam na 26...



Następny raz pewnie na początku kwietnia pod Stadionem. PES mówi, że grubiej będzie. No to niech będzie :)

1 komentarz: