niedziela, 26 kwietnia 2015

Ciut historii, szlachty kupa plus niesforna końska dupa.

Weekendowy wybór imprez był zaiste bogaty. Mogłem śmignąć na Cars and Coffee, ale bez PES-a to już nie to samo ;) Nikt tak nie hipsterfocusi, a uczyć się trza od najlepszych :D
Mogłem jechać na Święto Wiosny do Rogowa i fajnego badyla zanabyć czy magnolie w rozkwicie podziwiać. Ale lokalny patriotyzm wziął górę i padło na piknik historyczny na Woli. XVII wiek, sienkiewiczowskie klimaty. No jestem targetem, ani chybi... Po opisie wydarzenia spodziewałem Igrzysk Ognia i Stali w wersji light. I w zasadzie się nie pomyliłem. Rycerze tak, ale lekkozbrojni. Choć na wejściu łeb zakuty.



Przyszedłem w miarę punktualnie, co miało swoje "plusy dodatnie i plusy ujemne" - jak mawiał klasyk. Atrakcji w toku prawie zero, za to nie ma tłoku i bez zadeptywania się można wszystko obejrzeć. No to zaczynamy od stanowiska sokolnika. I od razu pożałowałem, że mam 35 zamiast 17-50. Zoom nożny dla zdrowia i urody, ale do ptaszyn trochę daleko. No nic - robim co możem :)














Sokolnik, człek o anielskiej cierpliwości, odpowiada na pytania mądre i mądre inaczej, powtarzalne, przez całą imprezę. Szacun :)



Idę dalej, z biodra strzelam w młodzież oddającą się "harcerskim psotom".


Niektórzy się obwarowali, gotowi pierdyknąć z armatki w intruza :)


Bardzo mi się podoba ówczesna moda damska - w sferach niekoniecznie najwyższych ;)


I tak sobie tuptam i patrzę. A to koleś z katowskim toporem ustawia się z panną...


A to jakaś spóźniona defilada i przegląd rodzajów wojsk...
















Panowie na szczudłach jacyś tacy... No dobra. Tolerancyjny jestem przecież ;]



Nieodłączny element każdej tego typu imprezy - oficjele muszą palnąć mówkę. Dobrze, że krótką :)



Zataczam kółko, bo też i stanowiska tematyczne mają się ku końcowi... Promienny uśmiech właścicielek kramu z przetworami i medycyną naturalną zatrzymuje na dłużej. Dziewczyna z pierwszego planu fejsbucznie się rozpoznała. Żałowała wprawdzie, że oczy ma przymknięte, ale ogólnie to podobno może być. Obiecałem poprawkę za rok ;P






Z domowej spiżarni trafiłem do pszczelarza vel bartnika - więc liznąłem byłem spadziowego na wafelku, a co.




Przy następnym stanowisku utwierdziłem się w przekonaniu, że lepiej pleść koszyki niż głupoty :)


W końcu jestem u garncarza. Jak w przysłowiu - święty nie był i jakoś lepił.




Był jeszcze mincerz od monet bicia, drukarz jakiś czy cuś - ale na skutek oblepienia masa ludzką nie raczyłem udokumentować. W tzw. międzyczasie spiker zajawił, że będą jakieś harce rycerskie. Się pole bitwy grodziło właśnie.






Godzina 14-ta zbliżała się wielkimi krokami...


No i taka była jazda - dosłownie i w przenośni. Wprzódy relaks z konisiami, potem prezentacja przed publicznością, wjazd na pole i pokaz musztry bitewnej, tudzież inszych sprawności typu nizanie pierścieni o coraz mniejszej średnicy przy pomocy konkretnej kopii (rotmistrz - cwaniak, koncerzem ogarnął) ;)












I powiem szczerze, że po dwóch godzinach tuptania, podskoków, przykuców a innych wybibasów - nogi mi wlazły w... nóg zwieńczenie. Przez chwilę mi przeszło przez głowę, żeby wzorem niektórych zalec,


ale bez przesady. Turlam się ku wyjściu. Mijam strudzonych wojaków od armatki,



żonglera z adeptami tej sztuki,


przyszłych Wilhelmów Tellów czy innych Robin Hoodów,



widzów, co jak koza - na pochyłe drzewo...


No i a propos kozy - wirtuoz tegoż instrumentu himself i jego bębniący do rymu i taktu kompan.





Na samym wyjściu rzut oka na gotowiącą się do występu ekipę od artystycznego wymachu flagą


oraz Trzy Gracje ;)


Co do zdjęć - podpierałem się odrobinę Szajsungiem, bo mi czasem szerokości brakło, a odejść nie było gdzie. Czyli w ramach podsumowania - impreza z grubsza udana. Przywykłem do bemowskich, gdzie rozmach jakby większy, ale skoro się przeflancowałem dożywotnio na Wolę, to i przywyknąć trzeba.

Publika w wieku różnym. Jedni zainteresowani prawdą historyczną, inni swojskim smalcem i krupnikiem z kociołka, a jeszcze inni silnie zdegustowani na okoliczność obesranego przez konie podłoża... No, każdy z pikniku wyniósł, co chciał :) Ja lubię takie klimaty i nawet jak nie jest perfekcyjnie, to i tak łykam.













































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz