niedziela, 3 maja 2015

Tępy troll w armorze - tłok, że nie daj Boże

May the 4th be with you. Światowy Dzień Star Wars. Kantyna SWAT, 2. maja - Fort Sokolnickiego. Czekałem, czekałem i się doczekałem, chociaż plan A był zupełnie inny. Miała z tego być rodzinna wyprawa: tatko na szpicy, trzyma za klamkę dwie godziny wcześniej, Junior z mamusią dojeżdża równo z gwizdkiem i niewyjęte dwie godziny szaleństwa w towarzystwie kumpla z przedszkola. I dupa. Szpital w domu 3 dni przed imprezą. Łez nie widziałem, ale markotność wielką i owszem. Starałem się rozsądnie umniejszyć rangę eventu i powziąłem zobowiązanie, że nawet sam pojadę, będę stał ile trzeba, wejdę, obejrzę, opowiem, a jak coś dadzą - to przywiozę. Rano łeb pęka, jakbym pił całą noc i to zajzajery jakieś. Nie mogę zawieść Juniora, 2 x 400 nurofenu w odstępie dwóch godzin, lekko otępiały, ale azymut trzymam...
Docieram na miejsce z pokaźnym zapasem czasowym. Idę do głównego wejścia, choć wiem, że w tym roku nie tędy droga. Nieśmiało liczę na wpuszczenie za próg i parę zdjęć bekstejdżowych. Ochroniarz zeszłoroczny, wtedy mnie wpuścił - teraz gra twardziela. No cóż, odpuszczam myśląc to, co Adaś Miauczyński w "Nic śmiesznego" powiedział przez telefon do reżysera... Z ta różnicą, że nie było deszczu :)
Tłumu jeszcze nie widać, zaliczam więc króciutki spacer po parku. Słońce wysoko, wali ostro, światło do zdjęć fatalne. Za 2-2,5 godziny ciężko będzie się tędy przecisnąć :)







Okrążając fort widzę, że o 10:20 trening padawanów w pełni, a i komitet kolejkowy przy wejściu w rozkwicie. Nie ma na co czekać. Schodzę i zamieniam się w stacza.


Dżizas, niewyjęte półtorej godziny. Ani jednej znajomej twarzy. Zakwitnę w tym ogonku. Wyjmuję telefon i walę z biodra, bo co mi - nieszczęsnemu - zostało?










Jestem tak +/- 20-ty w kolejce. W pierwszym rzucie organizator zamierza wpuścić ok. 600 osób (dwukrotnie więcej niż w ubiegłym roku), więc luz. Nie ma też takiej napinki jak poprzednio, że trzeba było wejść w pierwszej setce (czy cuś tam) i powiedzieć tajne hasło, żeby dostać jakiś mikrozestaw klocków. Teraz drobne pamiątki mają być przy wyjściu.
Humory - jak widać - dopisywały.


Czuć, że otwarcie coraz bliżej - "galaktyczne transportery" rozwożą toy-toye. W parku pobielało - zaczyna wyglądać jak Hoth :) Również w środku organizator zainstalował kilka "kabin teleportacyjnych" dla fanów płci obojga.


Ważne to były słowa, bo widziałem paru staczy wyginających się w sposób nienaturalny :D
Wdałem się też w rozmowę o fotografii. O doradztwo w wyborze obiektywu mję - amatora poproszono. Mile połechtany zapomniałem splunąć z obrzydzeniem, bo człowiek o mocowanie Canona pytał :D
Tymczasem tłum gęstniał... Obróciwszy się dostrzegłem gościa, którego przebrania nie sposób zapomnieć. Od zeszłego roku taki mi się wrył w pamięć. Maska Yody, sukmana Jedi, blaster za paskiem. Ściąga spojrzenia, uśmiechy i kamery. Taka żywa maskotka :)







Niektórzy wyszli z założenia, że "nie chce mi się z wami gadać" i zatopili się w lekturze.


Jak wspomniałem - w kolejce byłem mniej więcej 20-ty, ale łowiąc bezwiednie uchem strzępy rozmów telefonicznych, węszyłem podstęp. I słusznie, bo nagle do czołówki dołączył a to jakiś wujek Kazik, a to jakaś ciocia Stefa i wespół  w zespół przyprowadzili pół przedszkola. Czyli mówiąc wprost - konkurencję w pierwszeństwie do konsol, klocków etc. Gdybym był z dzieckiem, pewnie nie powstrzymałbym się przed puszczeniem paru ch...w w konkretnym kierunku, ale że mi wisiało - popatrzyłem tylko wymownie...
Dochodziła dwunasta - zaczęli wpuszczać trochę wcześniej. Jakiś bliżej mi nieznany Jedi do spółki z księżniczką Leią liczyli wchodzących. Obowiązkowa pieczątka na łapie oczywiście. W tym roku wersja uproszczona. W ubiegłym do wyboru był jeszcze czerwony Vader :)


Krótki labirynt, wyjście na dziedziniec i zderzenie reklamami.



Patrzę na zegar odliczający czas - zostało jeszcze 2:30 do startu imprezy. I mam wrażenie, że pompa jakby mniejsza niż w zeszłym roku. Wtedy zaczęli wpuszczać głównym wejściem, kiedy zegar pokazał 0:00:00, gruchnęła kultowa muzyka, człowiek miał wrażenie, że naprawdę coś niebywałego się zaczyna. Teraz jakoś tak po cichuśku. Chyłkiem. Dzieciarnia wpadła na dziedziniec i tak nie za bardzo wiedziała, za co się złapać. Bo też nie bardzo było za co. Była scena a la bunkier z Endoru, która później była świadkiem scenki z Imperatorem i Vaderem.


W przeszklonych gablotach stały duże modele Microfighters-ów. Pod sceną przechadzał się Darth Vader, cóż się więc dziwić, że od razu dopadła go chmara żądnych foto-pamiątki.








Zresztą też miałem chwilę słabości, przeczekałem dzieciaki i w te dyrdy do Lorda na selfie :D


I miłosiernie pomińmy fakt, że Jabba ze mnie jak malowany, nawet bez charakteryzacji :D
W tzw. międzyczasie do Vadera dołączyło dwóch szturmowców.







Gdzieś tam przemknął Han Solo, ale specjalnego brania nie miał. W głębi widać Hrabiego Dooku. Jakoś tak w ogólnie towarzystwo lgnęło raczej do Ciemnej Strony - czy z powodu fajniejszych kostiumów czy z innych pobudek?  Whatever. Who cares? Etc. :)


I to tak naprawdę wszystko na dziedzińcu (w czasie mojej krótkiej obecności). Nie było (już na początku - jak rok wcześniej) Imperialnych Gwardzistów, którzy czerwienią strojów znacznie ożywiali krajobraz. Gdzieś tam mignął jakiś bezimienny Jedi. Ludzie pstrykali fotki na tle Star Wars-owych dekoracji i tłoczyli się w kolejce do wejścia na dół, gdzie czekało dużo więcej atrakcji. Ja nie stałem. Bez dziecka nie było sensu zabierać powietrza i przestrzeni spragnionym symulatora X-Winga, prób mocy na Dagobah czy buszowania w klockach. Tradycyjny rzut oka na mój ulubiony szyberdach w forcie,


odbiór plakatu, znaczka i naklejek i nara - ku wyjściu z parku.



Prawie dwie godziny stania i kwadrans świętowania. Głupota? Może i tak, ale niegroźna. A jakby mnie dziecko poprosiło,to bym stał i od 7-ej rano, o!

Na tym śmiało mógłbym skończyć, ale nieeee... Trza się poznęcać na koniec ;)
Byłem w zeszłym roku, mam punkt odniesienia. Czytałem zeszłoroczne komentarze, gorzkie żale i fochy. Jak mógłbym sobie odmówić lektury i teraz, zwłaszcza że wróciłem dużo wcześniej.
Rok temu główny zarzut dotyczył monstrualnych kolejek i niewyobrażalnie długiego czasu oczekiwania. Teraz miało być inaczej - wejście dla matek z dziećmi w wózkach i osób niepełnosprawnych - od frontu. Wszyscy pozostali - od zaplecza. Część atrakcji zostało przeniesionych poza fort, na teren parku. Efekt - trochę mizerny. "Najatrakcyjniejsze atrakcje" i tak zostały w podziemiach fortu, ale też i nie sposób ich wytargać na dwór. Fort sam w sobie nie jest duży. Nie jest też z gumy. Nie da się tam wpuścić 1000 osób i zapanować nad ładem i bezpieczeństwem. Jak już dzieciak wejdzie po paru godzinach czekania, trudno od niego wymagać, żeby przebiegł jak wicher i po kwadransie zwolnił miejsce dla następnych. Pojawiały się głosy, że mało postaci w strojach z filmu - można było przecież puścić "przebierańców" do parku i umilić dzieciakom oczekiwanie. No cóż - w sumie prawda, ale ja tam nie wiem jak wygląda sprawa zasobów ludzkich w Kantynie, o współpracy z takim Legionem 501 nie wspominając. Owoż trafił się jeden ekhmmm... członek, który jak potłuczony p...lił pod każdym postem na stronie wydarzenia o fatalnej organizacji i o jakimś nabijaniu kasy przez "zmuszanie" do klikania jakiegoś linku. Panu się ewidentnie filmy poj...ły. Niby Sandtrooper, a jednak troll. Może do "Władcy Pierścieni" czas się przeflancować? Nie ma takiej tuby z maścią na ból dupy, która by mu wczoraj wystarczyła. I jeszcze w komentarzu pod czyimś wpisem opublikował reklamę wydarzenia z okazji Nocy Muzeów w Gdańsku. Tam Legion 501 będzie rządził na Sołdku. W domyśle - oni dopiero pokażą jak się takie eventy organizuje. Rozumiem, że wejdzie tam na raz 2000 osób i każdy następny też się zmieści bez czekania. No to jak ich już będzie z 5000, to czekam na pocztówkę z Otoh Gunga ;) Ten kawałek Bałtyku przemianujemy na Martwe Bagna i troll będzie jak najbardziej leżał w kontekście.
Zmienić miejscówkę? Na co - na Stadion Narodowy? I co? Zrobić bilety po 40 zł od łba? Nie taka jest idea tego wydarzenia. Podejrzewam, że za rok znów jojczenie i stękanie się powtórzy. Niedociągnięcia (zawinione bądź nie) są i będą. Jako fan jestem pobłażliwy, wybaczam i konsekwentnie popieram Kantynę w jej działaniu. I za rok też przyjdę. I jak będzie trzeba to i 3 godziny wcześniej. May the Force be with You.

PS - Relacja oczywiście mocno subiektywna i niepełna. Byłem tylko na samym początku i nie wiem jak się impreza rozwijała. Dziś - po obejrzeniu paru fotorelacji stwierdzam, że koszmarnie z prawdą się nie minąłem, ale i tak podtrzymuję jak na wstępie :)

1 komentarz:

  1. Krzysiu, to nie tylko chodzi o kolejkę - bo to akurat jestem w stanie zrozumieć ;-) Ja na Dynamo chyba ponad 3-4 godziny czekałam, ale faktycznie o całą organizację. Po prostu od imprezy, która reklamuje się jako jedyna taka w Polsce, niemal światowa oczekuje się czegoś więcej niż amatorszczyzny. Przede wszystkim sponsorzy, potem sponsorzy a na końcu sponsorzy. Wtedy i lepsze miejsce można wynająć, i zrobić atrakcje na zewnątrz. Szkoda, że organizatorzy nie ryzykowali zrobienia całości imprezy na zewnątrz. W zeszłym roku byliśmy na zlocie buldożków francuskich w Forcie Bema, było na pewno kilka tysięcy ludzi. Wszystko na zewnątrz, stoiska z gadżetami, poradami, sponsorami, jedzeniem itp. Wszystko full profeska a organizowane przez miłośniczki rasy. Żeby nie było że narzekam, to tylko uwagi i porównania :-) My spokojnie obejrzeliśmy kolejkę, poszliśmy na spacer i skończyliśmy na Targu Śniadaniowym i tak było fajnie bo pogoda wyśmienita :-)
    Dzięki za relację :-)

    OdpowiedzUsuń