czwartek, 25 czerwca 2015

Wurst jak kawior, szaszłyk lichy - wianek na łbie, browar Tychy.

"Wianki". Impreza cykliczna od ładnych paru lat, a dotąd byłem tylko raz - bardzo dawno temu. Na koncercie głównymi gwiazdami byli Borysewicz i Kukiz. Jeszcze wtedy obydwaj pili jak ludzie i o polityce nikt nie myślał. Z imprezy niewiele pamiętam. Przyszedłem późno, praktycznie na sam występ i utknąłem ze znajomymi w strefie gastronomicznej. Przyjmując płyny pozaustrojowe, słuchaliśmy muzy. Ot i wszystko.
W tym roku miało być inaczej. Planowałem samotny wypad równo ze startem imprezy i dużo zdjęć. Skończyło się dwurodzinnym dreptańcem z elementami piknikowymi. Post factum stwierdzam, że chyba lepiej tak niż według pierwotnych założeń.
Auta z premedytacją zostawione. Grane są tramwaje. Im bliżej Starego Miasta, tym tłoczniej. Było do przewidzenia. Wysiadamy i porwani przez tłum schodzimy ku Arkadom Kubickiego.



Na "łące" z labiryntem młodzież może się wyhasać do woli.









Pobiegane. Kierunek (chwilowo mało) Multimedialny Park Fontann.


Szlakiem góry śmieci


i popsutych rzeźb.


Doszliśmy po godzinie 17-tej. Ze Sceny Retro dobiegają przaśne dźwięki i takież rymy kapeli spod znaku Staśka Wielanka. Dziecię do folkloru nie nawykłe spogląda ze zdziwieniem. Docieramy do strefy (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) kontrolowanych wytrysków, która dla smyków okazała się chyba jedyną naprawdę godną uwagi atrakcją imprezy.








Pobiegane ponownie. A że ruch na świeżym wzmaga apetyt, przeto nawoływania o paszę treściwą rozległy się dokoła.Wybór żaden. Albo serki góralskie, których nikt nie śmiał nazwać oscypkiem, serwowane saute, tudzież z lekka rozmemłane na ciepło - albo strefa Tyskie.



Dymy zwiastowały coś z rusztu. A niech tam, wszystko lepsze od słodyczy z automatu. Stanęliśmy
z kolegą w ogonku w celu lustracji menu. Ubogiego. Nastawionego na hurt. Podłej jakości kiełbasa, relatywnie ładna karkówka, nie do końca określonego składu szaszłyki i frytki.




Relacja ceny do jakości - istny dramat. Jakieś 200 gramów kiełbasiny i tzw. duże frytki - 26 zeta. Do tego piwo 0,4 litra za 7 zł. Lipa, ale cóż począć?
Ludzi coraz więcej. Performanse jakby podupadły, jeno dziadunio męczył basetlę w oddali. No to co robić? Spożyć i się złoić. Mniej lub bardziej.







Pokrzepieni tym pseudo-żarciem idziemy potuptać na Wisłostradę, gdzie właśnie miała się zacząć parada latawców.










Z tą paradą to trochę organizatorów poniosło. Z wiatrem licho, latawców z dziesięć. Szał, po prostu szał. Skoro już tu jesteśmy, zaglądamy jeszcze nad Wisłę.




Ludzi trochę siedzi. Ani chybi czekają, aż coś się zacznie dziać na głównej scenie. Ale to jeszcze godzina. Dzieci niespecjalnie łomotu spragnione, więc się zawijamy. Pogoda niestabilna. Deszczem straszy, widać, że poza terenem imprezy pada. Tu jednak trzyma się dzielnie.



Mijamy resztki tej, no - parady...



... i odbywamy naradę wojenną. Panie z dziećmi do domu, panowie zostają w nadziei na dotrwanie do występu Maleńczuka. Ale wprzódy powrót do strefy kontrolowanych wytrysków :)











Odprowadziliśmy rodziny i chciał nie chciał - znaleźliśmy się w pobliżu strefy gastro. Podeszliśmy do kwestii browaru jak Sanderus do kobylego mleka - napitek, którym się brzydzimy, ale którego napijemy się jeszcze :)

Pragnienie ugaszone na zapas, na scenie głównej człowiek, którego nie znam, śmieszy - tumani - przestrasza. Na tzw. dobry początek - przelot Orlików, z pięć kółek w tym samym szyku i na koniec gwiazda. No chyba nie wstanę z kolan :|






Zaczyna się jakaś muzyka. Coś mi się pokićkało z harmonogramem, myślałem, że czas na Maleńczuka, a tymczasem na scenie niejaka Rebeka ze swoim elektronicznym bitem.



No cóż - może jestem ograniczony, ale dla mnie muzyka elektroniczna na świecie to Jean Michelle Jarre i Kitaro, a w Polsce utknąłem na Bilińskim i Komendarku. Kolega chyba podzielał mój pogląd, bo jak inaczej zrozumieć stwierdzenie: "No jakbym miał kokainę, to jeszcze by nóżką szurnął, ale tak to nieee..." :DDD

Symboliczne parę pstryków na koniec i zwijamy żagle.






Na przystanku dziki tłum. Jakiś debil w tramwaju nr 4 wywalił cały pojemnik gazu, ludzie na wpół uduszeni i zapłakani wypadają wprost pod koła samochodów, dla których znaki poziome na jezdni oznaczające przystanek są chyba niewidoczne. Tłum gęstnieje z każda chwilą - idą na Grubsona i fajerwerki o północy. Ja już chyba za stary jestem na takie przedsięwzięcia. Pakujemy się do 190, na Płockiej się przesiadamy i do domów. I po "Wiankach". Już wiem, że za rok nie pójdę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz