środa, 15 lipca 2015

Wakacje cz. 3

Tak jak zapowiedziałem. Bez aparatu. Jakoś tak głupio. Przez całą drogę miałem uczucie, jakbym czegoś zapomniał :) Pogoda mnie upewniła, że nad wodę nie pojadę, więc powinienem bezboleśnie obyć się bez. I oczywiście trochę żałowałem, ale co tam. Się Szajsunga naładowało i musiał dać radę.

Na siłkę plenerową Junior śmigał w tygodniu z Babcią. No to z rodzicami na Orlika może? Plan był chytry, ale zaraz po otwarciu nałaziła chmara dzieciarni i młodzieży starszej. I haratali w gałę praktycznie aż do zamknięcia. Niby można było sobie popucać piłęczką poza boiskiem, ale ani to wygodne, ani bezpieczne. Bo jak gra 11-tu Messich na 11-tu Neymarów i wszyscy chcą strzelić bramkę, to w cymbał łatwo zarobić rykoszetem. Przenosimy się na boisko do tenisa, a że siatka na odpowiedniej dla Juniora wysokości pogramy w siatę. Tylko zaczęliśmy - przylazło dwie "Radwańskie". Pozdrowiłem po węgiersku: "Nooożeszkuuuurwasz!", ale z aneksji kortu nie rezygnuję.



Po mniej więcej 30-tu minutach Juniorowi obrzydło ogrywanie staruszków :) Ale boiska do wyboru się skończyły i piłka jako akcesorium ćwiczebne jakoś bawić przestała. I tu sytuację uratowała żółta plasticzana popierdułka - bumerangiem szumnie zwana (do nabycia w sklepach Decathlon za jedyne 19,99 zł) ;) Zabawka owa nie przypomina kształtem bumerangu, który znałem - znaczy cepa czy rogala - a raczej przerośnięty wiatraczek. A zabawy przy tym co niemiara. Zaczęliśmy pyrgać pod szkołą...






Szybko doszliśmy do wniosku, że zamknięta przestrzeń nas ogranicza, więc dalejże na stadion, gdzie tatko za młodu cudów męstwa z piłką dokonywał :D






Po drodze wspomnienia odżyły. To tu oglądaliśmy z Juniorem i Babcią mecz otwarcia z Grecją podczas Euro-koko-spoko :) Się hymn wyryczało i paczało na telebim pod dachem umocowan :)





I dotarliśmy. Trochę się od moich czasów zmieniło, trawą porosło i drzewa jakoś wybujały. Się wzruszyłem normalnie.







I tak sobie rzucaliśmy do wieczora i w niedzielne przedpołudnie powtórka. Aż się zdziwiłem, kawałek plastiku, a tyle radochy. Bo to i można próbować pyrgać tak, żeby wrócił do ręki... Albo i celować z 2 metrów w wielki zad tatusia (a rączkę Junior ma po mnie) ;)


















Człowiek się dwoił, troił, a nawet czworzył, żeby złapać...




Nie chwaląc się, jam doświadczył raz jedyny, że wiatraczek zawinął i wpadł do łapy. Wypadkowa szczęścia, wiatru i +/- 200 prób :)

Po dawce sportu i świeżego powietrza czas na grzeszne przyjemności. Czyli lodziarnia w bronkowej galeryi.



Nie wszystkich interesowały łakocie :P


Potem spacerkiem ku domowi i relaks w pieleszach.









W piątek Junior zjeżdża do domu po rekordowo długim pobycie u Babci. I za parę dni wycieczka Pendolinem do Krakówka. Beze mnie niestety. Potem znów parę dni i mini-turnus nad Bałtykiem. Plany fotograficzne mam - jak co roku - ambitne, a jak wyjdzie to się okaże. Nie omieszkam opisać eskapady, a póki co miesiąc ciszy w eterze, chyba że coś w jakiś weekend wypali. Dozo, tymcza, nara i pochwa :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz