sobota, 8 sierpnia 2015

Wakacje cz. 4 czyli półmetek

Tradycyjny, coroczny wyjazd nad polskie morze. Z żelazną konsekwencją coraz bardziej w lewo od Zatoki. Tym razem zachodniopomorskie. Sianożęty. Bo znajomi byli, normalnie czad i w ogóle. Tja, jasne - srał, pierdział - gwiazd nie widział. Czyli delikatnie mówiąc - wyjątkowo nie czułem podniecenia w związku ze zbliżającą się podróżą. Ale skoro już destynacja zatwierdzona, kwatera zabukowana, zaliczka wyczarterowana - to trza jechać.

Wprzódy ogarnąłem tzw. atrakcje w okolicy. No coś tam się znalazło. W promieniu 15-20 km miałem i Kołobrzeg i lotnisko w Bagiczu i Skansen Chleba w Ustroniu i Ogrody Hortulus w Dobrzycy i dwa prastare dęby prawie za płotem, o lanserskich kurortach typu Mielno nie wspomnę. Wyszło jak wyszło, ale po kolei.

Logistyka. Zarówno wuj Gugiel jak i wykwintna nawigacja marki Sygic zapodały 3 trasy do wyboru. Jedna lepsza od drugiej i wszystkie mocno upierdliwe i męczące (bogate w kamuflowane fotoradary) w końcowej fazie, kiedy człek już o mało nie zakwitł w aucie. Bo, umówmy się, 8 godzin w drodze to dla mnie granica hardkoru. Wybrałem S8 + A1, zjazd na 240 na węźle Nowe Marzy, potem na Chojnice, 22, 25 i w końcu 11 na Koszalin. Za Koszalinem alternatywy brak, trzeba się czołgać jedną nitką przez las i "metropolie" 50 km/h :/ Szczęścia tyle, że pan Emil tydzień wcześniej raczył popasać wakacyjnie w Sarbinowie i miałem informacje z pierwszej ręki o zasadzkach na drodze aż do samego Koszalina.

Wyjechałem o 6:30. Do Strykowa można pogonić. I całkiem dobrze żarło. Do czasu. Ze 20 km przed węzłem korek. Albowiem TIR naczepę w rowie zgubić raczył.




Potem na szczęście z zawalidrogami był już spokój, za to aniołkom szczać się zachciało, a święty Pieter beczki po moście toczył, czyli ulewa i grzmoty. Większość przezornie dała po heblach i zaczęła się podróż autostradą 90 km/h,  Przejechałem 350 km, więc krótka przerwa na MOP-ie przed zjazdem się należała. Kanapki przesadnie nie popijałem, bo tak nasiąkła od deszczówki, że nie było sensu. Pozostała część drogi w sumie bez historii. Za Tucholą zaczęło się miodowe eldorado. Wszędzie przy drodze grzybiarze i jagodziarze, a tu miodzio i miodzio. Nie było sensu w tę stronę dokładać tonażu, obiecałem sobie, że w drodze powrotnej nabędę drogą kupna ze dwa słoje. Dla zdrowotności... Lokalizacje fotoradarów się sprawdziły, nikt nie poganiał w zabudowanym i w okolicach 15-tej dokołowałem na miejsce. Sygic wyjątkowo nie dał pupy i doprowadził pod same drzwi.
Już pierwszy rzut oka wystarczył do stwierdzenia, że będę stacjonował w najelegantszej chałupie w zasięgu wzroku. Pokój jak na "trójkę" nie za wielki, ale z jakąś możliwością ruchu w środku, kawałek tarasu. Meble nowe, czysto, schludnie, właściciele normalni. Przed domem mała polana - można w gałę zagrać, badminton czy siata też osiągalne. Huśtawka, zjeżdżalnia, hopsalnia - dzieciaki miały gdzie poszaleć. Dla młodzieży starszej grille i ławy piwno - wódeczne, choć moja była bardziej kawowo - książkowa (jak akurat nie lało). Villę Dominika mogę spokojnie polecić.





Wypakowanie bambetli, szybka kawa i, korzystając ze słońca, przechadzka nad morze połączona z obczajaniem okolicy.

Co się działo kiedy Młody zobaczył "Wielką Wodę"- łatwo przewidzieć. Rozebrał się do rajtek, dał mi koło do napompowania i ciągnął na walkę z falami. Po przygodzie z wodą w Karwii właziłem ostrożnie - rozglądając się czy przypadkiem kra gdzieś nie pływa, bo myślałem, że woda w Bałtyku w okolicach 10 st. C się po prostu w lecie nie zdarza... O dziwo - tu całkiem ciepła. No, ale jak się pilnuje dziecka, żeby nie poszło pod wodę, to już na własne dupsko uwagi nie staje. Mały rykoszet od falochronu i niewymowne zalane. Któż mógł przypuszczać, że to pierwsza i ostatnia "kąpiel" na turnusie...


Tak, to był jedyny dzień, kiedy można było cielsko lubieżne w postaci półnagiej eksponować. Był na filmie u Kolskiego Jancio od Posłusznej Wody. Tu z kolei Janusz od Parawanów i Siedzisk Innych,


a nawet Szymon Słupnik



Żartuję - pełna kultura. Regionalna. A że połowa Śląska (Górnego i Dolnego) tu siedziała, to i Tyskie było w przewadze.



Swoją drogą - dziwne uczucie jak na 50 spotkanych samochodów tylko twój ma W z przodu na blachach :) Do Ślązaków w zasadzie nic nie mam, dopóki nie zaczyna mi jeden z drugim chlać pod oknem i jak już jest naprany jak sztomel - ryczy na cołki karpyntel, że Respondek to śpiwać nie umie, un za to tak :| Myślołech, że zarozki dostane na dekel. Tfu, sam już zaczynam jak oni...

Popluskawszy - wysuszywszy. Do domu - odpocząć nieco. A że lody i cymbergaj po drodze, no to cóż...







Ulica Liliowa - najkrótsza droga z domu nad morze.


Trochę odpoczynku i z powrotem nad wodę. Może się uda zobaczyć jak słońce zachodzi.




















































Nic nie zapowiadało nocnych wydarzeń. Ja po męczącej podróży i dwóch browarach na dobranoc zasnąłem jak wór, dochodziły mnie dźwięki szczątkowe. A działo się. Piździło tak okrutnie, że wywiało i roztrzaskało o beton ogrodowe meble. Dodatkowo dzika ulewa. I tak w zasadzie już było co noc - no może wiatr trochę mniejszy...



Od poniedziałku pogoda była już stabilna: 15-17 stopni, prawie całkowite zachmurzenie, przelotne choć solidne opady oraz godne podmuchy wiatru. I cały misterny plażingowy plan w p...du. Całe szczęście nie mój plan. Miałem zamiar trochę pozwiedzać i szczerze mówiąc - na początku bardzo mnie taka a nie inna aura ucieszyła.

To co? Wyspali się? Śniadanie zjedzone, kawka wypita? Ruszamy na Kołobrzeg, a po drodze zahaczymy o lotnisko i dęby w Bagiczu. Pierwszy zonk to wyjazd na drogę nr 11. Ruch jak w stolicznym szczycie, jeden pas - wspólny z lewoskrętami. Można stać i stać... Do Bagicza rzut beretem - jakieś 6 km. Skręcamy z głównej w prawo i po betonowych płytach jedziemy przez krzaczory. Oznakowanie wystarczająco dobre, żeby po chwili dojechać na miejsce...
Lotnisko to duże słowo jak na to, co tam się znajduje :) Myślałem, że nie zastanę tam żywego ducha, a tu niespodzianka. Biuro? Terminal? No dobra - blaszak z napisem "Lotnisko", w którym dwuosobowa załoga zajmowała się udzielaniem informacji i wabieniem na loty widokowe za pińcet zeta. Precyzyjnie po 140 zł/os. przy trójce pasażerów. Jako mało zainteresowany podziwianiem wody z perspektywy mewy siodłatej, spytałem o możliwość swobodnego poruszania się po terenie i fotografowania. Na co pani rzekła, że mam absolutny zakaz włóczenia się i pstrykania na terenie LOTNISKA. Ostanie słowo zaakcentowała niemalże jak Zdzisław Dyrman (zasadniczo), kiedy przedstawiał swoją żonę - ZOFIĘ :D Kiedy już wytarłem brodę (bo przecież zaplułem się ze śmiechu), lekki nerw mję chycił - i uświadomiłem pani, że to popierdułka nie lotnisko i nie wymaga akredytacji od prezydenta Kołobrzegu, a jak ma coś do ukrycia, to niech se owinie. W folię bąbelkową na przykład. Obiecałem, że nie będę hopsał po pasie startowym i będzie tych restrykcji :) "Za karę" dostałem zakaz zbliżania się do jedynego aeroplanu, który tam rezydował, na odległość mniejszą niż 2 metry, co oczywiście też puściłem mimo uszu.












Po ogarnięciu cywilnej części czas na militarne pozostałości. Zdjęcia, które widziałem w necie musiały być dość starawe, bo zarosło to wszystko jak diabli. Whatever - klatek kilka.



















Żaden szał, ale było tak blisko, że grzech nie zajrzeć. Jedna miejscówka odfajkowana. Teraz miały być szybkie dęby. Moja wiedza na temat najstarszego dębu w Polszcze (wiem, wstyd) utknęła na etapie Bartka z Bartkowa. A tu w tzw. międzyczasie się okazało, że bardziej leciwy jest Chrobry z
Piotrowic (740 lat), potem Dąb Bażyńskiego w Kadynach, trzeci dopiero Bartek (670 lat), a za nimi rogalińskie "trojaczki": Lech, Czech i Rus (odpowiednio 625, 539 i 512 lat). Odkryte i zbadane w Lesie Kołobrzeskim Bolesław i Warcisław znacząco zamieszały w klasyfikacji. Bolek poszedł na rekord i robi teraz za seniora rodu - 811 lat (!), a Warcio z 640-oma latami jest zaraz za Leszkiem. No - słuszną linię ma nasza władza ;)
Owoż niebieski szlak miał być gdzieś w pobliżu, nie sprawdziłem dokładnie przed wyjazdem i teraz w oczy mi się nie chciał rzucić. A że było już dobrze koło południa, postanowiliśmy dęby odłożyć i ruszać nach Kolberg.

O głupi ja! Czemuż kuźwa nie zostałem dendro-zabytków szukać. Ledwo wyjechałem na główną już stanąłem w korku. Ileż razy myślałem, żeby zawrócić, no ale przecież jedyna okazja, bo więcej wypraw na Pomorze Zachodnie nie przewiduję. I jechałem jak ta picza na jedynce jakieś 5 km, częściej stojąc niż jadąc. Po blisko godzinie dojechałem do miasta. Teraz na pewno będzie luźniej. O głupi ja ponownie! Taka chujnia jest w stolycy jak się pukną w porannym szczycie na lewym pasie, ale tu kolizji nie było.


Szkliwo na zębach zdarte od zgrzytania, ale jadę dalej. Znaczy stoję bardziej. Objechałem se mieścinę wszerz i wzdłuż. Albo wzdłuż i wszerz. Nie znalazłem ani jednego miejsca do zaparkowania w rozsądnej odległości od tzw. atrakcji turystycznych i zawróciłem. Zjechałem na parking przy centrum handlowym, gdzie w ramach zachowań prozdrowotnych poddałem się rodzinnej chemioterapii spożywczej w MakDonaldzie.



Na deser zrobiłem jakieś większe zakupy (ze wskazaniem na płyny) w Leklerku i wróciłem do domu.
Z ciekawostek regionalnych:



Sam nie wiem, które gorsze. Normalnie w piwie są słód, chmiel i wolty. Tu - bida, nędza oraz lipa. A w byle knajpie czy smażalni wołają 7 zyla. Odradzam. No chyba, że góra jedno i na spółkę z kimś. Dla weryfikacji.
Sprawdzona klasyka wchodziła za to bez zarzutu:



W domu - po powrocie z wiekopomnej ekskursji - kawka, mała sjesta i codzienny rytuał - spacer nad morze, wchłanianie jodu i ewentualne estetyczne doznania w związku z sunset-em (jeśli akurat zza chmur było coś widać).












No - i w takim bikini się śmigało po piachu...

Dzień kolejny. Rzut oka za okno utwierdził mnie w przekonaniu, że będzie kontynuacja zwiedzania okolicy, bo nie ma takiego parawanu, którego by ten wiatr nie wyrwał - o braku słońca nie piszę, bo to moja sianożęcka oczywistość. Padło na Dobrzycę i Ogrody Hortulus.
Dojechali. Zaparkowali. Idą. I czytają, że są też ogrody z dopiskiem Spectabilis. Niecałe 2 km stąd. Z wieżą widokową i labiryntami. Dla dziecka bardziej interesujące.




No to wyszli zanim weszli. Wsiedli. Jadą. Tu dużo tłumniej. Z parkingiem cienko, ale szybki myk pod prąd i Renia już stoi w choinkach. Git. Wysiadamy. Aparaty w dłoń, plecaki na garb i tuptamy ku kasie. Jakby komuś mało było beki z parawanów o 5 rano na plaży, to i tu rodacy wykazują się słowiańskim sprytem i zapobiegliwością. Niektórzy na to mówią "podcieranie dupy szkłem", ale w końcu pecunia non olet. Stoi więc przewodnik stada i przed kasą i bez względu na zainteresowanie innych, a zwłaszcza jego brak - informuje, że się kompletuje grupa zorganizowana i że tikety się kupi po taniości. Ale trza się zdecydować na dwa ogrody, bo oni tacy lepsi ogrodnicy i w hurcie robią. Pan na dwa?

Zanabyłem na jeden. Dwa normalne, ulgowy i pamiątkowy magnesik - jedyne 56 złotych. Niby jak się Powsin i Rogów solidnie zwiedzi, to parę hektarów z badylem nie powinno człeka nadmiernie dziwić, ale zawsze coś tam urzeknie - zwłaszcza istotę tak wrażliwą na piękno jak ja :DDD






No kuźwa - kącik smoleński musiał się znaleźć... 
























Naziemny nadzór ruchu regulował tonaż na górze. Kolejka była całkiem całkiem. Chmurzyło się. I co? No pewnie, że tak. Nie zdążyliśmy dobrze wejść na górę jak dmuchnęło i lunęło. Nawet się raz do strzału nie złożyłem. Wieża się gibała jak p...ny rezus, więc biegiem na dół. Zmokłem dokładnie, wiatr mnie po nerach posmyrał i już humor na cały dzień był...


I oczywiście altanka się znalazła - jak już padać przestało... No cóż - życie.  I prawa Merfiego.




Szoł mast goł on, więc zwiedzałem dalej.


I nie ma, że boli. Powtórka. Do kolejki i na wieżę. Teraz już było ok.



















Wieża widokowa - 19,1 metra wysokości, 107 stopni, ażurowa, 47-tonowa konstrukcja, kształt inspirowany podwójnym łańcuchem DNA, skręcona na 6 000 śrub :)














I na tym wizytę zakończyliśmy. Powrót. Pora obiadowa. W nogach parę ładnych kilometrów. Nie idziemy do miasteczka, za płotem (dosłownie) mamy małą, rodzinną  pizzerię. Testujemy.





Pizza robiona na miejscu, ciasto bardziej grube niż cienkie, średnica 30 cm. Zamawiamy dwie, jedną zabieramy na wynos, bo nie do przeżarcia.
Zachciało nam się kawki. W ofercie nie było, ale dziewczyny zaproponowały, że zrobią w domu i przyniosą. Zacna latte w ładnym szkle za symbolicznego piątaka. Duży plus.





Dzień kolejny. Pogoda constans. Odłożone na później dęby nie chcą wrócić jakoś do planu. To chyba awersja do kierunku na Kołobrzeg :) No dobra - latarnia w Gąskach jest na tapecie. Druga pod względem "wzrostu" na polskim Wybrzeżu - 58,8 m. Jedziemy. Ło matko! Jak skręciłem z "jedenastki", to mi się okolice Komańczy przypomniały. O jakości dróg mówię. Makabra. Dobrze, że tylko kawałek. Dojeżdżamy na miejsce. Parkuję na pierwszym napotkanym parkingu. Błąd - jak się okazało później. Jest jeszcze co najmniej dwa do wyboru. Na tych wcześniejszych 2 zł/godz. - na ostatnim - 5 zł/cały dzień. Ja wyszedłem na zero - 2,5 godziny kosztowało mnie właśnie piątaka, ale gdyby ktoś planował dłuższy popas z plażowaniem, to polecam wcześniejsze sprawdzenie :)
Kolejeczka - daj Boże zdrowie. Koło godziny stania. ale stoję, no bo co... Tymczasem dziecko realizuje nową pasję :) "Tata, mam tego gołębia!" Zuch chłopak :) A poczciwy Fuji S5600 znalazł w końcu użytkownika :)


Stanie w kolejce "umilam" sobie telefonem.










W końcu dochodzę (za przeproszeniem).


Włazimy na górę. Niby tylko 200 schodków, ale pod koniec czworogłowe uda dygocą :)



Kacper nie chciał na tę stromą drabinę. To się zmienialiśmy przy dziecku. Wylazłem pierwszy (uprzedzając pytania - zmieściłem się przez właz). Na puszce ryba Ciamcianga. Światło żadne, ale pamiątkę mus jest mieć...





Potem ja czekam z synem, a żona "na dach". I po chwili wracamy.


Na dole pod latarnią oczywiście bazarek z badziewiem przeróżnym.



I na tyłach zejście na plażę.



Gdyby ktoś nie dowierzał w kwestii temperatury wody czy powietrza... Słowo plaża też trochę na wyrost - wąskie toto, schodząc ze schodów trzeba uważać, żeby komuś na ucho nie nadepnąć :) Rodzina krzepi się słodyczą.


I w zasadzie zawijamy się do domu. Ale po drodze Junior zapragnął zostać wytatuowanym... Wszystkie tatuaże po piątaku, Minionki - bo nowe - 25. No co zrobisz? Nic nie zrobisz...













Ok. Dave gotowy. Wracamy do domu. Odpoczynek i wieczorem - wiadomo co. Ale nie wiadomo gdzie :) Szalone urozmaicenie - jedziemy sprawdzić Ustronie Morskie... Ciśnienie wariuje, bo mi czacha dymi - zresztą ten widok mówi wszystko -



od morza słońce, od lądu czarno - no i jak ma nie lunąć. Lunęło i owszem. Ale zanim - poznęcałem się trochę nad ptaszyskami...











































Kolejny dzień. Pogoda taka, że psa bym nie wygonił. Ale zakupy się same nie zrobią. I jak w piosence Lady Pank - wyszedłem żeby kupić na śniadanie jajko i chleb i nie zdążyłem nawet zmęczyć nóg... No w łeb nie dostałem, całowania bruku nie było - w roli substytutu wystąpiło krótkotrwałe, ale zawsze oberwanie chmury. Jak wróciłem do domu, to przestało, no bo jak inaczej? Plan nie był ambitny - Skansen Chleba położony zaraz przy wyjeździe na "11"-tkę w kierunku Koszalina. Poczytałem trochę w googlach, opinie były zróżnicowane, choć w przewadze pozytywy. Dostało im się za ślimaczo-żółwiową obsługę. Trzeba sprawdzić osobiście. Parkujemy w strugach deszczu, od drzwi znowu kolejka. Wystrój fajny, swojski. Samo drewno. Gorąco jak w piecu (nomen omen) chlebowym. Wśród gości sporo Niemców. Za barem faktycznie jedna osoba przyjmująca zarówno zamówienia na jedzenie jaki i realizująca sprzedaż lokalnych wiktuałów (własny chlebuś w kilku sortach - taki prawdziwy, bez polepszaczy i innych turbodoładowanych dodatków (cena +/- 15 zł/kg); wędliny własnego wyrobu - głównie kiełbasy: jałowcowa, z dziczyzny, kabanosy (45-55 zł/kg), tudzież jakieś ciastka, rożki a insze pierdoły). I faktycznie - bardzo głodnym lepiej tam nie bywać, aby cierpień sobie nie przysporzyć. Aromaty w powietrzu roznoszą się zacne, a kolejka + oczekiwanie na odbiór zamówienia to w najlepszym wypadku ze 40 minut.
Żona zamawia spesjalite de la mezą - żurek w chlebie, dziecię ordynuje pierogi ruskie, a ja golonkę. No cóż - wielkość porcji w relacji z wilczym głodem, spotęgowanym przez czekanie - nie wypada jakoś okazale. Ale mówią, że smaczne. Ja wybrałem najgorzej. Golonka owszem zdepilowana, wyluzowana, bez tłustej skóry... Ale nie pieczona tylko obgotowana w słonym bulionie. Twardość na granicy akceptu, trzy pół-listki chleba i dwie łyżki kapusty z grzybami. Jak dożarłem żony "talerzem", to dało radę, ale w ogóle to malizna troszkę.




















Ogólnie ok, ale szału nie ma... Popołudnie w zamknięciu - ciągle leje. Można w spokoju dokończyć lekturę


i porozwiązywać z dzieckiem "dorosłe" krzyżówki.


Dzień ostatni. Rano chwilowo nie pada. Galop po pieczywo. Znowu zmokłem w drodze, ale był czas przywyknąć przecie. Do południa obijanie, potem pogoda się załamuje. Widać miejscami niebieski kolor na niebie :) No to na spacer. Wieje okrutnie, ale nic to - łapiemy ostatki  świeżego powietrza w nochale.














Idziemy na obiad. Dnia ostatniego - podobnie jak pierwszego - będzie ryba. Namierzyliśmy smażalnię, gdzie dają świeżego dorsza. Cena tego luksusu jest na granicy bandytyzmu (63 zł/kg), ale co zrobić? Morze w haj-sizonie tak ma. Czyli 3 kawałki ryby z mikrofrytkami i takąż surówką + mały Tymbark dla dziecka - to stówa z okładem.



Zaglądamy po drodze do namiotu z tanią książką, gdzie zanabywam 6 części przygód Agenta 007 za całe 30 złotych. Dziecko wybiera Martyny Wojciechowskiej opowieści o Argentynie i jakiś album z morskimi stworkami. Mam poczucie dobrze wydanych 45 złotych :)

Wieczorem ostatnie wyjście na zachód słońca...


































I czas przygodę skończyć. Tytułem podsumowania stwierdzam, że mimo ekstremalnego pecha z pogodą - nie było źle. Gdyby smażyło tak jak teraz cały plan zwiedzania runąłby w gruzach, pogrążając mnie w smutku. Wypadły dęby i Kołobrzeg, ale chyba dam radę z tym żyć. Poza tym - miejscówka ok, ale nie zasługuje, żeby do niej tyle jechać. Piasek wszędzie taki sam. Żona zresztą - przez aurę - ciężko obrażona na polskie morze, więc w przyszłym roku mogą być grane Mazury albo Kaszuby. A może coś z gwarancją słońca - zobaczy się...
Wracałem zdjąc się wyłącznie na nawigację, zauważyłem, że w Bobolicach kazała mi jechać prosto na Piłę, a nie skręcić na Tucholę/Chojnice. Okazało się, że wiedziała, co robi. Trasa bez zarzutu. Co prawda miodu nie kupiłem, ale komfort jazdy, a nie walka o życie i uniknięcie drogich zdjęć (chociaż z Nikona D700) przeważył. W kilometrach nieznacznie dalej, czasowo to samo. Przejechane 1227,1 km. Wyjarane 74 litry paliwa. Auto też dało radę. Wrażliwych przepraszam za jakość części zdjęć. Te z telefonu potraktowałem bardzo po macoszemu. Nie wszystkie jeszcze po obróbce, może z czasem jeszcze ten post uzupełnię, ale de best of wrzucony.

Darz bór! Czuwaj! I takie tam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz