sobota, 31 października 2015

Wyborowa, wróć (to później) - wyborna zabawa w sienkiewiczowskich klimatach...

Dziś więcej czytania niż zdjęć. Nietypowo, ale że tematyka poniekąd ukochana, tedy wybaczajcie - zamiaruję spuścić się tu epicko, literek nie żałując.

Nadejszła wiekopomna chwiła. Dłuuugo oczekiwany wyjazd integracyjny. Lokalizacja na początku - i owszem - budziła u niektórych uśmiech politowania z tendencją do ciężkiej szydery. Korpo balowało 3 dni w Zoppot - a wy gdzie? Aaaaa - na kolację. Do Zielonki :|
Ja na dźwięk słów: Sienkiewicz i Trylogia czujny się robię. Literacka miłość od lat wczesnoszkolnych. Jak mi się skończyła fascynacja Indianami, to się przesiadłem na "Potop" i tak mi zostało. Ileż razy staruszkowie od przygłupów wyzwali, no bo ile razy można czytać to samo? No można. Cytaty na pamięć, quizy z najdrobniejszych szczegółów serwowane kumplowi (i vice-versa)... Potrafiłem zniknąć na cały dzień z książką. Skończyła się szkoła, zaczęła praca, własna rodzina - temat z oczywistych względów oklapł nieco. A tu taka niespodzianka po latach. Nie dość, że hotel z hektarowymi przyległościami, cały z Trylogii...




































... to jeszcze gra zespołowa osadzona w realiach z "Ogniem i mieczem"! Liczyłem na możliwość wykorzystania wiedzy książkowo - historycznej, ale w grze "o co inne chodziło". Owoż kniaź Jarema zaprosił Chmielnickiego na rokowania w sprawie kulturalnej pacyfikacji kozackiego powstania. W trakcie imprezy ktoś okrutnie morduje dziewkę z gospody, obdzierając ją ze skóry i wieszając na drzewie - na kozacką modłę. Wiadomo na kogo pada podejrzenie. Pokój wisi na włosku. Komu zależało, żeby do porozumienia nie doszło? Kto zacz ten zwyrodnialec, co skóruje tak wprawnie? To mieliśmy ustalić na końcu - po wnikliwej inwestygacji. Podzieleni na zespoły, przyozdobieni w a la rycerskie kaftany, przewiązani w pasie szarfami w określonych kolorach ruszyliśmy w teren. Jako żem słusznej cyrkumferencji, żywiłem obawy co do rozmiarówki owych kaftanów. Niepotrzebnie - cytując mojego idola: "Jużem się i w Kahamliku przejrzał i jeślim kiedy widział foremniejszego dziada, to niech mnie na własnej torbie powieszą" :)

Książe Jeremi Wiśniowiecki, hetman Bohdan Chmielnicki (i jego sługa Wowka - Palownikiem nie bez powodu dwuznacznie zwany), Jan Skrzetuski, Onufry Zagłoba, ciemny chłopina Wojciech z Leszna, ksiądz Alojzy Suski, gospodyni Zofia (oj...), służka Marianna (oj, oj...) - to z nimi mieliśmy się spotkać, żeby wydobyć maksimum wiedzy, która, ułożona na końcu w logiczną całość, pozwoli ujawnić mordercę :)

Zaczęliśmy od Zofii. W gospodzie jak to w gospodzie - o suchym pysku nie ma gadki, zwłaszcza że buzujący w kominkach ogień swoje robił i pragnienie było chroniczne. Zocha rozmowna specjalnie nie była. Po kuflu złocistego płynu w gorącym pomieszczeniu to nam się bardziej jęzory rozwiązywały i dalejże nagabywać niebogę, śmieszyć, tumanić, przestraszać... No, ale zagadka się sama nie rozwiąże. Dla kontrastu uderzyliśmy do Chmielnickiego. Wierny Wowka ledwo hetmana dobudził, bo ów łoił z Lachami dwa dni bez przerwy i rozmowa z nim była trochę jak z dupą w nocy. Generalnie oscylowaliśmy wokół sikania pod stół i seksualnych rekordów Wowki Palownika :D No nie jest dobrze, humor dopisuje, ale w sprawie rozwiązania kryminalnej afery ani centymetra do przodu...


Dla ułatwienia informuję, że Wowka to ten z lewej :D

Kolejny rozmówca to Wojciech z Leszna. Typowy moher - co ksiądz powie to święte. Nogi popsute na jakiejś wojnie, grabi se siano, sam nic nie zagai, oczy ku niebu co i rusz wznosi. No po prostu wioskowy głupek.




Ale to Wojtek nieszczęśnicę znalazł, do gospody drzewo w czasie libacji polsko - kozackiej przynosił. Głupi, ale swój rozum ma. Uznaliśmy, że ważny dla sprawy jest, ale wyciągnąć coś z chłopiny... Uuuu paaanie - lipa.
Wiedzy ciągle nie za wiele, trudno ten zlepek informacji w jakąś całość połączyć. Idziemy do księcia. Właśnie indaguje go inna ekipa, straż nas odgania wymachując halabardą przed nosami. Odważny ruch - zważywszy że mamy w składzie senseia Karolaka z trzecim danem w Aikido :) Ale do rzeczy. Księciunio himself też do gadatliwych nie należał. A jak już co rzekł, to bez sensu alboli też kłamliwie. Na oazę spokoju i ocean łagodności się kreował, a przecie buławy mu odmówiono, "bo by tę nieszczęsną ziemię we krwi utopił"... W dyby się na dzień dobry kwalifikował - za mataczenie. W dużym skrócie: Chmiel zwalał na Lachów, Lachy - na Kozaków. I tu wśród męskiej części zespołu zakiełkowała myśl, że na pewno jeden drugiego uprzedził i dziewkę puknął. I skaza na honorze się zrobiła i się arystokracja za łby wzięła. A potem wiadomo - kowal zawinił, Cygana powiesili :)


Teoria jednakowoż powszechnie się nie przyjęła i poszliśmy do klechy. Alojz - menda - gadać nie chciał, dopóki karafki wina mu się (do mszy naturalnie) nie dostarczyło. Więc znowu galop do gospody po alko. Ale - myślę - dobra nasza, klecha oliwi, coś mu się pewnie wypsnie. Bo to wiecie, nie byliśmy pierwszym zespołem, który pognał po jabola. A że RPG na poziomie, to i pił naprawdę :) Alojzy nie był księdzem w typie Żabkowskiego, o którym Zagłoba mówił, że "setny to bernardyn, więcej w nim żołnierza niż mnicha, a kiedy by kogo w pysk trzasnął - to choć trumnę zamawiaj". Nie był to też typ księdza Jaskólskiego, który okrutnie z guldynki Tatarów pod Zbarażem psował. Alojz bardziej księdzem Muchowieckim zalatywał. Sztywniak - jezuita, bredzący wzniośle o jakiejś misji. A jednocześnie niezły chlor z podejrzanymi koneksjami.


Namącił nam w głowach. Pojawił się nowy wątek jakiejś tajemnicy vel spisku w okolicach grupy trzymającej władzę. Powtórna wizyta u Zofii. Powtórny kufel piwska (bo gorąco tak samo jak za pierwszym razem). Kilka dodatkowych pytań, może coś się w głowie zaczyna przejaśniać...?

Byliśmy i u służki Marianny. Spokojne blond - dziewczę z warkoczem. Model: i chciałabym i boję się.  Człowiek strzepnąłby rękami i zapiał jako fall.. wróć - gallus :D ale gra najważniejsza jest. Z rozmowy wynikało, że trzeba się gruntowniej Wojciechowi przyjrzeć...

Czas na Zagłobę. Sam fizys nieco rozczarował. Szczawik chudy - bidula. Jakby mi oddał czapkę, to byśmy się mogli rolami zamienić. Wiarygodniej by było. Jednakowoż chłop wypić lubi. Nie gada z nikim, kto ma pusto w ręce. Nie znosi widoku pustych naczyń :)





Kanciapę za to miał fajną, bardzo przyjemnie z tym paleniskiem. Ciepełko, piwo zimne. Pilim i gadalim :) A wykoncypowaliśmy tyle, że koniecznie trzeba Wojtka z księdzem skonfrontować. No dalej jazda przez te choinki znowu. Po drodze jeszcze dwa zdania z Chmielnickim ponownie. Wojtusia za dupę i do ojca - dyrektora.

Na Skrzetuskiego w zasadzie czasu nie starczyło. Wszystko w tej historii wskazywało na klechę - jako głównego winowajcę. Z drugiej strony było to aż tak ewidentne, że obawialiśmy się zmyłki. Wybiła 17:20 i zgoniono nas do Sali Rycerskiej, gdzie każdy zespół przedstawiał wyniki śledztwa z uzasadnieniem.


Cóż - nie zawierzyliśmy przeczuciom i nie wskazaliśmy ks. Alojzego, ale nie my jedni. Natomiast uzasadnienia powodowały, że człowiek czasem płakał ze śmiechu. Wysłuchaliśmy jedynej prawdziwej wersji z ust księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, potem zdzieliliśmy po kusztyczku (zacna nalewka, zaprawdę powiadam wam) i na salę wjechały pieczone prosięta - w ramach zaostrzenia apetytu przed właściwą kolacją.

Na tym relację kończę. Nie ma co dalej pisać. O Sodomie i Gomorze se w Biblii poczytajcie :D Przezacnie było. Jak nie lubię oficjalnych spędów i dziwnych zawodów pseudo sportowych mających w nieodgadniony dla mnie sposób cementować więzi międzyludzkie - tak tu bawiłem się doskonale. Chętnie bym to powtórzył, choć widoki raczej marne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz