piątek, 9 grudnia 2016

Bigos, gofry, lodowisko - w Warsaw Spire mamy wszystko

Szumnie anonsowane wydarzenie na dzielni. Za organizatorem:

"Święta tuż, tuż… Na placu Europejskim świąteczna atmosfera zawita już w Mikołajki, 6 grudnia! Tego dnia plac rozbłyśnie tysiącami migających światełek i zostaną otwarte niesamowite atrakcje, które przez 3 miesiące będą umilać świąteczny okres wszystkim gościom.

Główne z nich to:
❄️ ➡ BEZPŁATNE ⬅ lodowisko z wypożyczalnią łyżew na miejscu ⛸ 
❄️ Świetlista wystawa neonów w pasażu plenerowym Art Walk
❄️ Napis Kocham Warszawę w zupełnie nowej odsłonie
❄️ Jarmark z pysznym jedzeniem i świątecznymi ozdobami"

Środek tygodnia, ale z drugiej strony nie nadkładam kilometrów - ot, przerywnik w połowie drogi ze służewieckiego Mordoru do domu. Postanawiam zajrzeć. Docieram 20 minut przed startem imprezy. Wolscy Orkowie opuszczają w pośpiechu biurowce. W kierunku przeciwnym tłum jakoś nie walił.
A może i walił, tylko w porównaniu z codziennymi obrazkami z okolic stacji 
metra Wierzbno pojęcie tłumu dziwnie się relatywizuje :)
Na Placu Europejskim duje konkretnie i raczej ciemnawo. "Aura tajemniczości" celowa, bo o 18:00 ma rozbłysnąć ok. 100 tys. lampek, którymi okręcono tutejsze drzewka i krzewy. W centralnej części placu tkwi przykryty folią neon - gwiazda wieczoru. Nieliczni - póki co - odwiedzający kierują się jak ćmy - w stronę światła czyli do budek z gastronomią i świątecznym stuffem. Mamy więc sztywniejące na zimnym wietrze pajdy chleba ze smalcem i konfiturę różaną, bigos i gofry na jednym szyldzie, gdzieniegdzie pierniczki i inne cepeliowe aniołki. Oglądających mało, kupujących jeszcze mniej. Parę minut przed 18-tą na lodowisko wchodzi para prowadzących.


Nagłośnienie wyraźnie niedomaga, słychać co któryś wyraz, ale to nie powód do przerwania słowotoku. Na szczycie 'Warszawskiej Iglicy" zegar odlicza od 10-ciu w dół. Prowadzącym padła chyba synchronizacja albo nie widzieli dokładnie, w każdym razie z kilkusekundowym poślizgiem startuje iluminacja.





Pewnie powinno mnie wyrwać z butów, ale przyciężki jestem genetycznie, więc stoję stabilnie. Pierwsze dzieciaki wpadają na lodowisko - oczywiście obowiązkowy wywiad. "Jadłeś już coś tutaj?" A dziecko, jak to dziecko - rozbrajająco szczere: "Nie, nie chciałem się porzygać na lodowisku". Tłumek rubasznie rechocze. Iluminacja objęła oczywiście i neon, więc naród gorąco zachęcany przez wodzirejów na wyścigi dobywa smartfonów a innych fociszy i galopuje do pamiątkowej fotki, bo przecie trza się w soszal midja zameldować...


Idę jeszcze obejrzeć wystawę neonów. No cóż - neony jak neony. Brak zachwytu spowodowany jest zapewne faktem, żem cham i prostak. I nie znam się na nowoczesnej sztuce.




Na do widzenia - nocny Łorsoł Spajer.


Idę do domu. Zmarzłem jak cholera.

niedziela, 4 grudnia 2016

Piknik profilaktyczny czyli parkingowa bryndza

Miałem rano obskoczyć wystawę rasowych sierściuchów na Narodowym, ale po zapoznaniu się
z opiniami o zeszłorocznej edycji jakoś mi przeszło. Pora zatem na drugą część planu - piknik
z koncertem pod bemowskim ratuszem. 

Po przeprowadzce na Wolę jeszcze ciągnie na stare śmieci :) Inna sprawa, że co do jakości oferty kulturalno - rozrywkowej dzielnicy nie miałem większych zastrzeżeń - ba, czasem chciało się wręcz za Siarą rzec: "Mają rozmach sk...ny" :) Zmienił się włodarz - czas sprawdzić czy i tu "dobra zmiana" maczała paluchy... No maczała - i to jeszcze jak. Żaróweczka ostrzegawcza - bardzo mizerne zainteresowanie fejsbukowe. 61 obserwujących, 30 zadeklarowanych uczestników. "Gwiazdka dla każdej rodziny" - takie hasło przewodnie. A niech tam będzie - co mi tytuł, zawartość ważniejsza... Przybywam blisko półtorej godziny po starcie imprezy. Miejsce - standard - parking "od zakrystii". Jak na rodzinny piknik - ciekawy anturaż: na wejściu dwa namioty z podmarzniętymi ekspertami od terapii uzależnień wszelakich. 


Obok - kolo w czerwonym wdzianku Santaklausa siedzi na bryczko-saniach zaprzężonych do dwóch końskich miniaturek. Zaiste dla każdego coś się znajdzie. Tatuś z kacem, dziecko z kucem i wszyscy szczęśliwi.




A propos potencjalnego kaca - łagodzenie objawów zapewniono przy pomocy trzech zacnego litrażu baniaków z czerwonym barszczem, kawą i herbatą. Płyny serwowano w sali konferencyjnej ratusza, przerobionej na bar szybkiej obsługi. Wzięcie było. Sam po dwakroć wysiorbałem gorący płyn kawopodobny celem ogrzania trzewi. Po placu błąkał się wodzirej w - a jakże - mikołajowym wdzianku i przy pomocy bezprzewodowego wzmacniacza gębowego zwanego regionalnie mikrofonem - śmieszył, tumanił, przestraszał. A przynajmniej próbował. 
Mrozu nie było, ale uporczywe przebywanie na zewnątrz powodowało, ze towarzystwo rozlazło się po namiotach pod pozorem udziału w akcji dekorowania bombek czy pierników, a co bardziej spragnieni pobieżeli ku baniakowi z barszczem czy innym czajem. "Kamerun" - zakładam, że lokalny - szerokiego planu nie robił, bo marketingowo marnie by to wyglądało. Punktowo przeto wtykał oko i szczura w stojące z rzadka skupiska ludzkie.

Zadziało się coś i na scenie. Albo lepiej scence, bo gabaryt dużej piaskownicy. Wodzirej zarządził konkurs z nagrodami. Będzie się śpiewać kolędy w zamian za jakąś książeczkę. W roli śpiewaków oczywiście berbecie kilkuletnie. Mieszkańcy okolicznych bloków musieli być zaznajomieni z programem imprezy, bo - akustycznie rzecz ujmując - mieli pełne prawo zadzwonić po służby mundurowe lub egzorcystę z informacją, że podstarzały dewiant - satanista w czerwonym kubraku masowo zarzyna kocięta w rytm kultowych kolęd. I nikt nie miałby do dzwoniących pretensji. Innymi słowy - śpiew wyszedł jak wyszedł :D



Potem była bajka o jeżu. O Jeżu - jak dobrze, że w miarę krótka. Po godzinie uczestnictwa w tym, niech będzie że pikniku, też opowiedziałbym organizatorom bajkę, ale raczej o smoku. Albo o wężu, bo opinie która lepsza są podzielone - mimo tego samego morału :)
W ramach rekompensaty za starganą psyche dostałem mambę z polarowej skarpety od jakiegoś bałwana. Olaf mu chyba było ;)


Tak czy inaczej - najgorsze już za mną. A przede mną - gwóźdź programu. Koncert finalistki The Voice of Poland, niesłusznie zdaniem wielu (w tym i moim) pozbawionej zwycięstwa w tej edycji - Anny Karwan. Występ, dla którego sterczę tu jak kołek od dwóch godzin, bo myślałem, że będę musiał krzyżem przed sceną zalec dużo wcześniej, coby miejsce zacne zająć. W końcu jest. Nie że tam "wystroiła się jak Bijąs", bo i okazja w sumie żadna i podest zwany sceną na powietrzu, a powietrze dalibóg grudniowe. Zaprawdę powiadam Wam, Anna bardzo ładną, naturalną dziewczyną jest. Co z nią robili styliści w programie, to ja nie wiem, ale co występ to było gorzej (w sensie starzej). Moim zdaniem oczywiście. Fejsbucznie objawiłem, że jak usłyszę "Bang bang", to w ekstazie zedrę z siebie szaty plugawe i będę szalał półnagi pod sceną, nie zważając na ekstremalnie przykre estetyczne doznania małoletniej i nie tylko publiczności :D Musiałem się jednak obejść smakiem, bo repertuar był bardziej sezonowy, znaczy ballado - kolędo - pastorałki. Mniejsza o to co, ważniejsze jak śpiewała. Nawet ja, półgłuchy wokalny lajkonik, słyszę, że z głosem potrafi wiele i będę paczał na (dynamiczny - myślę) rozwój kariery, bo potencjał niewątpliwie jest. Na zakończenie parę strzałów spod sceny.





Z bogato reprezentowanej i wyposażonej sekcji rytmicznej się w duchu pochichrałem chwilę :)



A uwielbienie dla talentu - jak widać - nie tylko w moich oczach ;)


Podsumowując - impreza do bani (z barszczem głównie), na sam występ warto było poczekać.















Po koncercie planowana była iluminacja. Nie wiem czego. Podejrzewam, że mogło chodzić o dwa sznury na krzyż (bo krzyż zawsze na propsie) na frontowej ścianie ratusza. Państwo wybaczą - nie czekałem. W kwestiach oświetlenia - w planach jest wycieczka weekendowa w środku nocy na Stare Miasto i przyległości. Oby pogoda i silna wola dopisały. Do następnego!


niedziela, 13 listopada 2016

Z buta po Nekropolis

Gdybym jeszcze w sezonie zaliczył żydowski i tatarski, to musiałbym się w tytule Kubrickiem podeprzeć jak nic. Odyseja Cmentarna 2016 :) Ale nie, na tym nekro - spacery (przynajmniej w tym roku) zakończę. Powązki - wszyscy znają, większość była albo będzie. Szczególna popularność, wiadomo, w okresie wczesnolistopadowym. Też kiedyś byłem, ale bez focidła. Poza tym, kto mnie zna - wie, że za tłumem nie przepadam. Impuls - tradycyjnie - fejsbukowy. Zorganizowany spacer "Za bramą wiecznej ciszy". Tylko że - pomny ostatnich doświadczeń - chyba nie bardzo miałem chęć na bieganie alejkami za przewodnikiem, więc ruszyłem dwie godziny wcześniej. Temperatura lekko poniżej zera, piękne słońce, prawie bezwietrznie - pogoda na spacer wymarzona. Dojazd też bez zarzutu, wysiadam z 27 na rogu Okopowej i Powązkowskiej, szybka faja, z czeluści plecaka dobywam kolegę Nikosia i jestem już przy kościele pw. św. Boromeusza.




Znaków na niebie nie zauważyłem, ale te na ziemi mówią, że będzie dobrze :D


Dochodzę do bramy św. Honoraty. I uświadamiam sobie, że przyjście tu bez ułożonego w głowie czy zapisanego na kartce planu i zderzenie z ogromem wszystkiego, co można tu zobaczyć, przeczytać, sfotografować wywoła niezły mętlik w głowie :) W sumie nic dziwnego, skoro nekropolia zajmuje powierzchnię 43 ha (!) i jest tylko o hektar mniejsza od całego Watykanu. I tak sobie stałem dłuższą chwilę zastanawiając się od czego by tu zacząć? No i nic mądrego nie przyszło mi do głowy. Widzę, że jest ciasno. O czyste kadry będzie trudno w ogóle, a z 17 mm na krótkim końcu w szczególe :) Zaczynam od tego, co widzę stojąc w bramie:





A potem? No cóż, postanawiam skupić się na figurach, detalach, ciekawostkach, wycinkach, a gdzie się da - sieknąć coś szerszego. Idę w lewo, w kierunku kościoła i Bramy Pięciu Poległych. Jak sięgnąć okiem - jest hmmm... dekoracyjnie. Wiem, słowo średnio pasuje do opisu tego specyficznego miejsca, ale tak odebrałem normalnie nie spotykany natłok elementów sztuki sepulkralnej. "Przeczytanie" tego cmentarza to pewnie niekiepski temat na doktorat, a sam krajobraz mógłby służyć za tło w niejednym filmie grozy. O ile płaskorzeźby są ok, to już dzieł w (że tak powiem) 3D dziecku bym nie pokazał. Abstrahując od wiernego lub nie oddania fizjonomii zmarłego, to lekko wytrzeszczone "ślepe" oczy nie są "przyjemne w oglądzie". Zresztą, niejako na potwierdzenie, mija mnie rodzina z maluchem, mama rzuca okiem na owe przecudnej urody popiersie i zaraz pokazuje ładnego aniołka po drugiej stronie :)


Ściana kościoła - Sanktuarium "Poległym i pomordowanym na Wschodzie".




Jakże by inaczej - smoleński element zaraz pod katyńskim. Szczęściem piszą o ofiarach katastrofy tylko, nie o bohaterskiej śmierci na polu chwały.


Okrążam kościół i dalej już łażę bez ładu i składu. Zadumę i kontemplację treści nagrobnych przerywają tylko krzykliwe sikorki szukające nasion wśród drzew i... Zenek Martyniuk gromko zawodzący z samochodu panów uprzątających zalegające w alejkach liście.
















Po kilkunastu minutach spaceru las figur anielsko - maryjno - jezusowych wywołuje uczucie monotonii, uwagę zwraca za to każde odstępstwo od reguły. Ot, choćby armata.




  Technologia w służbie boskości. Czemu nie?


Profilaktyka klaustrofobii? A może łyk świeżego powietrza lokatorom się przyda po prostu? W każdym razie - drzwiczki wielu krypt/mauzoleów/kaplic nagrobnych uchylone.



A tu XIX-wieczny przykład oszczędności na matrycach czcionek/cyfr? :) Na pierwszy rzut oka ewidentnie odwrócona dwójka, po chwili patrzenia - a może jednak taka dziwna siódemka? Nie, jednak dwójka :)


Po kolejnych paru minutach dreptania gdzie oczy poniosą, dochodzę do Alei Zasłużonych.






Idę dalej (na łatwiznę czyli przed siebie).








Nie "poluję" na znane nazwiska, wybieram raczej "architektonicznie". Dla tego pana robię wyjątek.




Świadomość faktu, że godzina z okładem minęła, a ja zwiedziłem jakiś procent (jak nie promil) areału nieco studzi zapał do dalszej wędrówki. Zbaczam więc z głównej w podporządkowaną i kieruję się powoli w stronę wyjścia, wyławiając po drodze co ciekawsze (moim zdaniem) - za przeproszeniem - smaczki.







































Pod sam koniec mijam Grób Zakonu Pijarów. Bardzo mnie ucieszył kolor pomnika, bo skądinąd wiadomo, że najgorszy jest czarny pijar ;)


I tą - nie najwyższych lotów - ale zawsze krotochwilą relację "zakańczam".

Gdyby ktoś miał ochotę zgłębić coś więcej na temat Powązek oraz didaskaliów, to baz wahania polecam stronę, którą i u siebie na początku po dwakroć podlinkowałem.
Niejaka Sowa robi tam świetna robotę. Jeżeli najdzie mnie ochota na drugie podejście do nekropolii, to już wiem skąd teorii zaczerpnę :)