czwartek, 14 lipca 2016

Mój pierwszy raz czyli Kaszuby wakacyjnie

W tym roku nietypowo jak na mnie. Nie dojechałem nad morze, choć było blisko. Zachciało się jeziora, ale nie na Mazurach. Wybór był dość oczywisty. Pogooglane, przedpłacone. Nazwa wali na kolana - "Kaszubski Raj". Postanawiam, że będzie pięknie, Nie mówię o pogodzie, bo ta od lat mnie nie rozpieszcza, ale ogólnie. Co do relacji - będzie szczerze. Wiadomo, że subiektywnie, ale bez owijki. Może być nawet srogo, zwłaszcza jak siądę do pisania po szklaneczce irlandzkiego katalizatora nastroju :)

Trasa - tradycyjna: S8 do Strykowa, potem Bursztynową na Gdańsk. I odwieczny dylemat - słuchać Sygica czy jechać na Google? Mijam Warlubie, zjeżdżam na Kopytkowo i jest po wyścigach. Kręte jednopasmówki z zawalidrogami. A jak do tego ma się sklerozę i - po zabawach w pracy - nie skalibruje parametrów trasy w nawigacji, to... Ja nie chcę pisać, Wy nie chcecie czytać którędy jechałem pod koniec i co amortyzatory w Reni na to ;) Najważniejsze, że trafiłem.

Wysiadam z po paru godzinach jazdy w klimatyzowanej puszce. Na zewnątrz trzydzieści i trzy Celsjusze do spółki z milionem hektoPaskali, czuję jak mi się geometria japy zmienia. Powietrze gęste jak grochówka. Coś z tego będzie... Faktycznie - przy wyjmowaniu pierwszego torbiszcza z bagażnika raczyło lunąć, huknąć, a nawet zagradzić :)




Kaszubski Raj. Jeśli ktoś szukał Hiltona czy innego Ritza w tych krzakach, to może dalej nie czytać, bo się rozczaruje. Kategoria "rajskość" nie obejmuje zakwaterowania. Tu raczej czyściec z piekielnymi pierwiastkami. Jednogwiazdkowe opinie rożnych rozpieszczonych księżniczek, hrabiów i paniczów w necie wspominały coś o wystających gwoździach, połamanych deskach, pajęczynach etc. Potwierdzam - wszystko to prawda, znalazłem nawet gniazdo os w kanapie :) No i co z tego, skoro gwóźdź wlazł jak w masło po jednym stuknięciu drzewiennym młotkiem, a po pierwszym skrzypnięciu drewnianej werandy pod naporem bardzogruboponadstukilowego cielska wiedziałem, że TU będzie PIĘKNIE i że, dalibóg, milsze mi to niż wymuskana terakota we władysławowskim penthousie.


Z rozgoszczeniem się trzeba było ogarnąć się względnie sprawnie, gdyż niebawem miał zacząć się mecz ze Szwajcarami. Z oczywistych względów pierwszym sprawdzonym sprzętem był telewizor. Nie LCD i nie plazma. Nie 50 cali i nie 4K. Po prostu telewizor. Philips w rozmiarze ruskiego Rubina :) Po małych perturbacjach z dekoderem odpalamy i cieszymy się baaardzo solidnym obrazem
(z oczywistą poprawką na rocznik sprzętu i troszkę prowizoryczną instalację antenową) oraz kilkunastoma kanałami. Do meczu coraz bliżej i tu jednakowoż pojawił się zonk. Burza w okolicy jest jednoznaczna z brakiem prądu. Noc przy świeczce to pikuś, ale jak 1/8 nie widzieć - no jak?! Zwłaszcza że (alternatywnie) transmisja danych w telefonie oscyluje między GPRSem a EDGEm w porywach, znaczy nie do użytku jest. Lało jeszcze jakiś czas, za to buczeć przestało sporo wcześniej i elektrykę ponownie aktywowano. Co więcej, okoliczności przyrody dubletowy bonus z siebie wydały (jak się później okazało - pierwszy, ale nie ostatni).


Kibicowanie okraszone wiezioną przez pół Polski lubelską Perłą się udało. Naszym też się udało. Ogólnie miły wieczór. Zapadłem w fotel na werandzie, kontemplowałem dzwoniący w blachę deszcz i wdychałem mokrą zieloność. Wypoczywam naprawdę.

Nazajutrz pogoda jak wyżej, a mi to w ogóle nie przeszkadza. Wychodzi człowiek na werandę i nie jest ważne czy ma na sobie smoking czy tylko stringi i to tył na przód. Nikt nie widzi zza tujowego gąszczu. Poranna kawusia z sójką na poręczy. Lekkie śniadanie i w końcu długo wyczekiwana lektura -"Tarkin". Czytam i z każdą stroną nabieram szacunku, a nawet sympatii do Wielkiego Moffa. Dość powiedzieć - niecałe półtora dnia i po książce. I wyraźnie odczuwalny niedosyt. Nie piszę więcej ni słowa. Każdemu fanowi Gwiezdnych Wojen szczerze polecam.

Aktualnie nie pada. Idziemy na mały rekonesans po okolicy. Reklama wieszczyła, że domki w "Kaszubskim Raju" stoją w odległości 10 - 50 metrów od jeziora. Z suwmiarką nie biegałem, ale z grubsza się zgadza. Mała nieścisłość dotyczy faktu, że fejsbukowa zajawka miejsca miała przyklejone zdjęcie kąpieliska, które jest w "Słonecznej Zatoce", przez co realny dystans wzrastał do ok. 250 - 300 metrów (na skróty przez chaszcze), co i tak jest absolutnie do przyjęcia.

Dziksza wersja jeziora Gowidlińskiego (czyt. wersja raczej dla wędkarzy) wygląda tak:









Podczas spaceru na pomoście ni stąd ni zowąd pojawił się tajemniczy Don Pedro. Zlustrował. Odczekał. Zagadnął. Otóż okazało się, że to był jeziorowy dzierżawca himself. Taki tutejszy Wodnik Szuwarek. Niezależny od PZW, handlujący wszelkiej maści zezwoleniami na połów, udzielający wspaniałych rabatów, zarybiający za 70 tysi rocznie, a hospody, a pomyłuj. Wodolejstwo wodolejstwem, ale żałowałem, że wędki nie posiadam. Gromadne żerowanie białej drobnicy i co jakiś czas zacne plaśniecie drapieżnika zwiastowały emocje... A samo jezioro spore, 7 km długości, linia brzegowa - 24 km. Przecudnej urody ostrów na środku. Jest się gdzie na grubą rybę zaczaić.

Pomostowe obsrańce - takie jak wszędzie.


   


Skoro już padła nazwa "Słoneczna Zatoka", to słów kilka i zdjęć tyleż.


Idąc od strony ulicy człowiek czyta reklamy i wierzy we wszystko, co napisali (a zwłaszcza w te apartamenty). Droga wyłożona trylinką, po prawej zaśmiecony las, po lewej posiadłość miejscowego Kurzego Bossa z kurnikiem wielkości Auchana i zapuszczonym do granic absurdu oczkiem wodnym, znad którego kumka i śmierdzi. Dochodzimy do granic ośrodka. Głęboki PRL. Jest kilka dni przed sezonem, ale to nie zatrze wrażenia, że gospodarza tu nie ma. Inwestora zresztą też nie. Wszystko zapuszczone, farba się łuszczy, zamiast szyb w domku - recepcji tkwi pilśnia do spółki z paździerzem, mech na domkach dobitnie pokazuje gdzie tu północ. Boisko niegdyś asfaltowe porosło trawą i perzem w licznych pęknięciach i wyrwach, obręcze do kosza przeżarte korozją wiszą już raczej tylko siłą woli... Smutek.pl po prostu.














A oto plaża, kąpielisko i gowidlińskie molo w wersji pochmurno - przedsezonowej:










Podpowiem, że "w sezonie" i przy słonecznej pogodzie wygląda to mniej ponuro, ale o tym za kilka akapitów ;)

Jak przed każdym wyjazdem i teraz zrobiłem mały internetowy rekonesans po lokalnych atrakcjach. Na wagę trochę tego było, ale jakość? Hmmm...

Na pierwszy rzut wybraliśmy Kaszubski Park Miniatur i bliźniaczy - Gigantów. W kurduplastym za atrakcje robią: park miniatur właściwy, bajkowa kraina, gabinet śmiechu, mini zoo, tudzież zamek strachu. Wejście/wyjście - taka tam przelotowa chatka z badziewiem maści wszelakiej. Najcenniejsze regionalne pamiątki - sztuczna morska muszla i breloczki FC Barcelona :/ Co do samych miniatur. No cóż - jak się nie widziało, to można zobaczyć. Ząb czasu widać, nie tylko wieża w Pizie jest krzywa etc.


Przy wejściu wita Abraham Lincoln w pozie co najmniej dwuznacznej ;) Jak ktoś zgrzeszył myślą, to go zaraz Dżizas z Rio wyegzorcyzmuje.



A dalej to już jak leci: Ajfle, Bakingamy, Notrdamy, Sfinksy olejną restaurowane, Big Beny, Łuki Triumfalne, Brandenburger Tory, a kościoły, a zamki, a dworki, a cholera wie co jeszcze.


























A Partenon to zaiste ruina (pozdro dla kumatych) :DDD



Po wydeptaniu ścieżek wokół dzieł tych wiekopomnych - gofer musiał być ;)


Jako że - maksymalnie spowalniając - obejrzenie makietek zajęło ok. 30 minut, idziemy dla zabicia czasu spojrzeć na tę całą resztę. Straszny zamek był zbyt straszny, żeby go uwiecznić. Vis a vis kotwiczył niewiele mniej straszny statek.


Mini ZOO i Bajkowa Kraina - dwa w jednym. Łosz&Goł. ZOO to kilka koźląt, kogut, kucyk i łokrutnie łobesrane jagniątko o skołtunionej wełnie.


Kraina - plasticzane disneyowskie potworki z niekompletną powłoką lakierniczą. Czy jakoś tak.
Wychodząc haczymy o gabinet luster i oglądamy makietkowe niedobitki.














Czas na Park Gigantów. Po miniaturach - tam też szału nie oczekiwałem. Widoczny z oddali TU-134 dał nadzieję, że może chociaż trochę śmiesznie będzie.


Piaszczysto - kamienista droga wiodła pod górę. Co parę kroków - na brzegu lasu - ktoś poutykał mniej lub bardziej pokraczne repliki bydlątek i ptactwa domowego. Lipa. Chałtura. Tudzież festyn. Choć Młody jako fan Minecrafta skorzystał Pig Raidera udając :)


Doszlim. Tu luźniej, bo szarańcza z dwóch autokarów jeszcze na dole na podwózkę ciuchcią czeka.



Ja w te pędy do Tutka, śladów po pancernej brzozie szukać.





No i trzeba było wejść do lasu, coby zobaczyć resztę tej "atrakcji". Spuchłem na sama myśl o czających się tam komarach, ale co robić. Będę trząsł się w paroksyzmach i szybciej kulasami przebierał. En avant!


















Wychodzimy wreszcie z tych krzaczorów. Na do widzenia moja Dama z Łasiczką, monster truck i mebelki dla tych, co im w przedszkolu sterydy do owsianki sypali...





Droga powrotna i rzut oka na typowe widoczki Szwajcarii Kaszubskiej.





Jako przerywnik - portablowe stanowisko sprzedawcy truskawek i runa leśnego


i Junior ze sztucznym rottweilerem.



My schodzimy - szarańcza zjeżdża.



Powrót do domu. Obiadek. Weranda. Kawa. Książka - tym razem "Zaginione plemię Sithów". Wieczorem mecz. Bardzo przyjemny rytuał. Naprawdę odpoczywam. Pogoda się zmienia parę razy w ciągu dnia. Bezpośrednie sąsiedztwo jeziora jednak swoje robi. Chociaż trafiają się anomalie - z lazurowego nieba potrafi siknąć, a z takiej czarnej masakry nie spadła ani kropla - o grzmocie czy błysku nie wspominając :)


Wybór kolejnej "atrakcji" stanowił nie lada problem. Zamek w Bytowie? Piętować po dziedzińcu, obejrzeć hotel i restaurację? Eeetam... A reszta to same skanseny. Odniosłem wrażenie, że 8-latek średnio będzie zainteresowany odrestaurowanym chlewem z przełomu XVIII i XIX w. Odwróconą chałupę widział na "Farmie Iluzji", więc też żaden szał. Najdłuższa deska świata - no bez przesady, żeby za nią jechać 100 km w dwie strony. Może przyroda? Oooo i tu się zaczyna...

Tuchlino. Zapamiętam tę nazwę na długo :) Mini ZOO - Egzotyczne Kaszuby! Okazja! 90 zyla za pakiet rodzinny. Nieograniczony czasowo pobyt na terenie parku! Seans w kinie 3D do wyboru do koloru! Obiad w restauracji! I w ogóle!

No to może zaczniemy od zjawiskowego budynku - wielkości średniej Biedry. Łuszcząca się farba Jakieś rusztowania, porozrzucane materiały. Odstraszający pierdolnik.




Przed wejściem kolejna superatrakcja. Dwie papugi. Jedna luzem, trudni się żarciem i rozrzucaniem ziaren gdzie popadnie. Druga w klatce - z lubością  obsrywająca znienacka.





Co ja tu jeszcze robię?! Na pewno żal mi tych kilkunastu przejechanych kilometrów i jestem pewien, że w środku będzie lepiej. Taaak, to musiało być to. Wchodzimy. Pusto. Tylko większe papagaje drą ryja. Znaczy dzioba. W końcu pojawia się obsługa (pewnie zdziwiona, że ktoś przyszedł - potrafię ich zrozumieć). Po wysłuchaniu opowieści o fenomenie tegoż miejsca i przebogatej ofercie decydujemy się na zwykłe wejściówki, które i tak kosztują 40 zł (2 x 15 + 10). Egzotyka zaczyna się świnkami morskimi i królikami. Szał, normalnie szał. Dalej jakieś gołębie, ze dwie jaszczurki, pół węża, trzy pająki na krzyż, tudzież ryby. Egzotycznych mniej, bo trza popierać swoje, a więc mamy karpia, karasia, lina, sandacza, wzdręgę, a nawet - uwaga - szczupaka!
Z ekstraordynaryjnych atrakcyj nie praktykowanych w innych "ZOO-ach", można se przy wszystkich wyczochrać warana lub pogłaskać pytona. Ekshibicjonistom różnej maści tłumaczę, że nie jest to czynność tożsama z marszczeniem Freda, chodzi po prostu o bezpośredni kontakt z naturą ;)








W dużym skrócie - chyba najgorzej wydane cztery dychy w życiu. Dokładam dyszkę i mam 0,7 l. Ballantines`a, nad którym z pewnością spędzę więcej niż kwadrans - nawet ze wspólnikiem :) Spuszczam zasłonę milczenia i stanowczo odradzam wizytę w tym miejscu.

Powrót do domu - z przerwą na grillowe zakupy. Obiad. Weranda. Kawa. Książka. "Sithów" skończyłem - dziecko dało przewodnik po Minecrafcie, żeby zgred więcej głupich pytań nie zadawał. Przebrnąłem przez te kilkadziesiąt stron z obrazkami. Dalej zadaję głupie pytania.

Jest meczowy czwartek. Wieczorem oczekujemy gości, ale do wieczora coś trzeba robić. Pogoda relatywnie ładna - czas w końcu wybadać jezioro pod kątem namoczenia grzesznego cielska. "Kąpielisko", które wstępnie obejrzeliśmy w reprezentacyjnym gowidlińskim ośrodku "Słoneczna Zatoka" nie zachęcało do wodowania. Sprawdzamy więc "plażę miejską" - za kościołem. Jest lepiej. Na dnie widać nawet piach, a nie dywan brunatnego zielska. Woda dość ciepła, Kilkucentymetrowe szczupaki dają się łowić rękami w wodzie do kolan. Na brzegu dwie rodziny z rozwrzeszczanymi bachorzętami. Z trudem, ale do zniesienia. Do czasu jak wpadła kolonijna szarańcza.




Dobrze, że się przy okazji zachmurzyło - łatwiej się było zebrać do domu.

Jest wczesne popołudnie. Stryj Rabarbar z familią już w drodze. Powitalne naleśniki się smażą. Co miało być zimne jest zimne. Grill żarzy się zrazu nieśmiało. Są na czas! Kacper ma w końcu kumpla na ostatnie parę dni pobytu, a i starszym ogólnie weselej, nie tylko z powodu podwyższonego zużycia płynów.

Wcześniej wspominałem o wpływie okoliczności przyrody (niepowtarzalnych) na ocenę za "wrażenia artystyczne" dot. "Słonecznej Zatoki". No to proszsz - landryny głównie z Szajsunga S4, w tym konkurs skoków na dynię do wody po kolana O_O























Teraz może parę literek o wyszynku. Domek wyposażony był w 4-palnikową kuchenkę gazową, impoderabilia wszelakie też były, pichcenie we własnym zakresie przećwiczone z sukcesami, jednakowoż czasem by się chciało gdzieś wyjść. A o to przed 1-ym lipca ciężko. Gdzieś tam można podjechać, między godz. 13 a 15 coś ciepłego dadzą, no ale to wyprawa. I bez deseru - znaczy piwa. Z wielkim przeto ukontentowaniem przyjąłem fakt otwarcia Baru/Restauracji "Pod Łosiem" po drugiej stronie ulicy. Zgodnie z reklamą ma być tanio i smacznie. Sprawdzamy.







Ładnie jest. Czysto. Chłodno kiedy trzeba (gdyż sala klimatyzowana) Cenowo przystępnie, a w kontekście zestawu dnia - po prostu tanio. Duże Tyskie z kija - jak mówi ta pani -


raptem za piątaka ;)

Gdyby ktoś przeoczył nazwę lokalu,to przypominajka wisi w kącie.


Spożywaliśmy tam po dwakroć. Zjeść lubię (co niestety widać), a niektórzy uważają, że się nawet trochę znam, no to pozwolę sobie ocenić. Pierwszy zestaw: kapuśniak + smażony dorsz ziemniakami i surówką. Zupa w smaku genialna. Idealnie zbalansowana słodycz, kwaśność i słodycz. Pieprzu na bogato, ale nie do przesady. Może odrobinę za mało wkładu warzywnego, ale to detal. Gdybym jeszcze był "dzień po" - to wielka dolewka i gwiazdka Michelina murowana ;)
Co do ryby... Myślałem, że bliskość np. Łeby (ok. 60 km) sprawi, że dorsz będzie świeży (choć podobno w miesiącach wakacyjnych jakieś zakazy połowów tego gatunku obowiązują?). Niestety, podjechał dostawczak z "Iglootexu" i moje nadzieje prysły. Filet był cienki w każdym tego słowa znaczeniu. Niewiele grubszy od panierki, zawartość ości urągała określeniu "filet". Pytanie czy z takiego materiału można było wystrugać coś więcej. Nie sądzę. Bar sałatkowy z kolei był w wersji open - ile pożresz, tyle se weź. Sałatka z porów przesmaczna.
Dzień drugi to jarzynowa + placek po zbójnicku. Zupa - bez historii. Poprawna i tyle. Za to placek palce lizać. Cienki, chrupiący - prosto z patelni. Sos bardzo smaczny, świnina krucha, rozpadała się pod widelcem. Mój niepokój wzbudziła obecność grzybów mun, ale skoro wrażeń smakowych nie popsuły... Poza tym egzotyczne Kaszuby już przerabiałem w Tuchlinie, więc zero zdziwienia :)
Reasumując - miejsce do konsumpcji miłe. I dla kieszeni i dla podniebienia i dla oka. Można pobiesiadować na ławach pod parasolami, dzieciaki mają huśtawę i mały plac zabaw. Rodzice mają oko na dzieciaki. Obsługa też spoko. Czego chcieć więcej? ;)









Wspomnę również o aprowizacji. Sklepiki na obrzeżach są głownie sezonowe. Może i dobrze, bo po doświadczeniu z jednym z nich słownik bardzo ubożeje. Zajrzeliśmy, bo było blisko, a i reklama nęcąca. Swojskie wędliny, wędzone ryby, domowe ciasta i takie tam. Jako miłośnicy regionaliów, nie tylko w płynie, postanowiliśmy ze Stryjem zwiad kulinarny uczynić. Że niby lody dla chłopaków czy coś. Trafiliśmy na pierwszy dzień, towaru jak na lekarstwo. Wybór żaden. Właścicielka, nazwijmy ja pieszczotliwie Hildegardą von Fakenkreuz, uprawia przeciwną odmianę handlu. Kupuje w innych sklepach, dorzuca kilkadziesiąt procent marży i próbuje wcisnąć letnikom albo sama warzy jakąś strawę, udeptuje w słoikach i siup na wystawę. Ani badań, ani certyfikatów jakichś. Ani etykiet na opakowaniach. Jak to jest? Mam sklep, to se ugotuję gar bigosu, wstawię do lady chłodniczej i będę sprzedawał aż mi się znudzi? Chcieliśmy zaryzykować i zamówić tę swojską kiełbasę. Kaszankę tudzież. No ale luuudzie - swojska kiełbasa okazała się być pospolitą toruńską, produkowaną przez niejakiego Dudę (wszędzie po 16 zł/kg, a u Hildegrady po 24). Kaszanki nie rozpoznałem po wyglądzie, ale swojska zazwyczaj jest pieczona - ta ewidentnie parzona, kiełbaski idealnej długości, klasyczny masowy, maszynowy wyrób.Wobec powyższego handel był trochę jak w "Chłopaki nie płaczą". Może Hildzia nie miała pitbula, który wyglądał jak jamnik, nie gibała się jak p...ny rezus, nie zachwycała się panem Kunta Kinte, nie zmarnowała mojemu kumplowi ścieżki najlepszego towaru i nie puściła na koniec filmu o facecie w łódce, ale:
- Spokojnie! Ubijemy ten interes!
- Po tym, co tu zobaczyłem, nie wiem czy chciałbym z panią ubić muchę w kiblu...
No, to gdybyście ujrzeli sklep w najbliższej okolicy (biorąc za punkt odniesienia poniższe zdjęcie),


w którym iglaków pilnują tandetne kucyki do spółki z kurduplem w czapce


a w ladzie chłodniczej zobaczycie wyroby "Pilosa", produkowane tylko dla Lidla (chyba że coś się zmieniło), to wiedzcie, że coś się dzieje :)


Naturalnie róbta co chceta, ja proponuję unikać - dla dobra kieszeni głównie.
W samym - że tak powiem - centrum Gowidlina jest Market "U Kasi", w którym jest wszystko. Asortyment, z uwagi na kubaturę sklepu, może nie powala, jednakowoż wszystkie podstawowe grupy artykułów są reprezentowane. Mają też coś takiego :)


Sieć "Groszek" skądinąd jest mi znana, zatem wszedłem na szoping. Od progu same funeralia: wieńce, znicze, wkłady, wazoniki etc. Od biedy i węgiel drzewny pod kremację można podciągnąć. No nie pohandlowaliśmy jakoś...
Trochę dalej mamy Sierakowice. Jak na siedzibę gminy przystało handel i usługi bogato reprezentowane - z Biedrą na czele ;) A i Orlen na ul. Lęborskiej się znajdzie.


Jeszcze kilkanaście kilometrów i mamy Kościerzynę, a to już kaszubska metropolia w końcu, więc nie tylko Biedra, ale i Kaufland i Lidl i łohoho!
Między Gowidlinem a Sierakowicami - przy drodze - mamy duuuże truskawkowe poletko. Można zjechać bezpiecznie i zanabyć dowolną ilość owoców prosto z krzaczka. Soczystych, słodkich pachnących, zerwanych godzinę temu. Niebo w gębie za jedyne 6zł/kg (drobniejsze, choć wcale nie gorsze o złotówkę taniej). Nie da się porównać ze zleżałymi u pośredników i o połowę droższymi.

Ostatni weekend (za) szybko upłynął. W Staropramenie topiliśmy smutek po karnych z Portugalią, pogryzając od niechcenia toruńską z grilla. Poleżeliśmy nad wodą kontemplując widoczki i wdychając piersią cherlawą czyste powietrze. Zaprawdę powiadam wam - żal było odjeżdżać. Fotograficznie na urlopie ciągle czuję się nie spełniony. Pogoda pozbawiła mnie skutecznie wschodów i zachodów nad jeziorem. Do lasu na plener i po runo nie łaziłem, bo z buta za daleko, robactwa kupę, a i pogoda chimeryczna okrutnie. Nie żebym od razu walił w spodnie na dźwięk grzmotu, ale burza w lesie do przyjemnych nie należy. W ramach nagrody pocieszenia dostałem ptasiego modela, którego do tej pory nie spotkałem.





Dzięcioł zielony. Wiem, nie ma się czym jarać, ale póki co, to i tak moje najlepsze ptasie zdjęcia.

Jakoś by trzeba to wszystko podsumować w paru zdaniach. Zacznę od tego, że mimo standardowej jak na mnie długości wyjazdu (7-8 dni) odpocząłem jak nigdy dotąd. Bardzo lubię Bałtyk, w planach była wycieczka do Łeby. Nie wyszło i szat z tego powodu nie darłem. Nie było szumu fal, krzyku mew, ale nie było też ciągania się z bambetlami przez las dwa razy dziennie, żeby parawaning uskutecznić, nikt nie sypał leżącemu piaskiem w japę, nie darł ryja, nie gasił petów w piachu, nie chlał wódy pod oknem do bladego świtu, na ulicach nie było straganów z chińszczyzną, kebabów, półmetrowych zapiekanek. Cicho było. Jedyny hałas to krople deszczu odbijające się od dachu i śpiew ptaków przez cały dzień. Odkryciem wyjazdu, ulubionym słowem oraz miejscem została WERANDA. Stara, skrzypiąca, miejscami zmurszała, ale cudowna. Dzięki niej marna pogoda nie była w stanie popsuć humoru.


Zachęcała wręcz do przebywania nań podczas ulewy. Teraz już nie wyobrażam sobie zamknięcia się w 12 metrach nad morzem i nerwowego czekania aż deszcz ustanie. Dużo ciepłych słów należy się też gospodarzom. Trochę już miejsc w tym kraju zwiedziłem, trochę kwater wynajmowałem, ale takiego luzu i zwykłej ludzkiej serdeczności nie pamiętam. Nie wiem czy to ogólnokaszubska natura czy po prostu dobrze trafiłem. Ugodowość, elastyczność, zaufanie na niespotykaną skalę. W przyszłym roku Raj przechodzi podobno w młodsze ręce i szykuje się jakaś renowacja. Nad morzem nie spotkałem jeszcze miejsca, które chciałbym koniecznie powtórzyć. Tu jest inaczej, więc kończę sentencją z "Psów":
- Jeszcze tu k... wrócimy! :)