piątek, 2 września 2016

Widziałem orła cień czyli skoczna Zofija

Wstęp będzie krótki: urodzinowy prezent dla koleżanki - wizyta w "SkyDive" w celu wzniesienia się aeroplanem na 4000 metrów. Punkt kulminacyjny stanowiło nagłe choć spodziewane opuszczenie statku powietrznego z "przyspawanym" do placów instruktorem, który - zgodnie z umową - winien posiadać sprawne urządzenie rozwijające się w czaszę i zmniejszające prędkość ciała w powietrzu, potocznie zwane spadochronem :) Cel podróży: lotnisko Chrcynno k/Nasielska.





Bezwietrznie, bezchmurnie i bardzo ciepło. Pogoda wymarzona - i dla skoczka i dla widzów. Dojazd w sobotnie przedpołudnie nie nastręczał kłopotów. W Legionowie się trochę przytykało, ale w dopuszczalnych granicach. Inna sprawa, że przy takiej aurze "pikniki" ciągnęły na Zegrze od bladego świtu :) Sam wjazd do aeroklubu można łatwo przegapić za pierwszym razem, bo taki trochę "znienacka" jest, jednakowoż dałem radę.

Biorąc pod uwagę koszt takiej przyjemności myślałem, że frekwencja będzie no może nie mizerna, ale dość umiarkowana. I się zdziwiłem. Przemiał, że ho ho! I tysiączek od sztuki wpada... Wiadomo - lotnisko, samolot, hektolitry paliwa, sprzęt,  personel fruwający i przygruntowy - to wszystko kosztuje, ale po zasobach ludzkich nie było widać, że za zasiłek robią. Cacany biznesik - pogratulować :)

Pół godziny przed skokiem każdy przechodzi instruktaż "na sucho". Z daleka wygląda jak mariaż kamasutry z musztrą paradną, ale zapewne jakiś cel ma :) Konkluzja po obejrzeniu przez laika: lądujemy jednak nie twarzą tylko dupą i to najlepiej nie swoją, a instruktora :)








Pani z lustrzanką zintegrowaną na kasku ogarnia bekstejdż, albowiem filmik z przygotowań, lotu oraz lądowania można zamówić poza konkursem. Taki zmontowany, z podkładem muzycznym. Full HD. Niecałe 7 minut. Za jedyne 200 złociszy. Filmować - nie umierać normalnie :)

No dobra. Samolot oporządzony i zatankowany.





Miłośnicy mocnych wrażeń proszeni na pokład.


Pas startowy czysty, żadnych brzóz na horyzoncie - lecimy.




Czasu wznoszenia na pułap 4000 metrów (tylko tyle i aż tyle, bo podobno powyżej bez maski tlenowej nie pooddychasz za długo) nie mierzyłem, ale tak na oko - ze trzy zdrowaśki. Namierzenie strefy zrzutu i sruuuu! Chociaż może lepiej siuuuup! Sruuuu (od kostek po potylicę) jest powszechniejsze wśród skoczków na bungee :D
Kibice wyciągają luszczanki, focisze mniejszego kalibru i insze srajfony czekając na desant :)







Wtem! Lecooooo!!!











                                      





Po szczęśliwym lądowaniu...



... obowiązkowa dupeczka. Wróć - piąteczka :)
I biegusiem do notariusza, żeby odkręcić testament apdejtowany przed skokiem :D



No i do hangaru po dyplom - przy okazji.

Wyszła z tego całkiem fajna sobotnia przygoda, nawet jak się tylko patrzyło. W drodze powrotnej (no bo co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem?) zaczepiłem o plażę miejską w Serocku. Się okazało, że to takie Saint-Tropez dla ubogich :D Metr od brzegu trzeba było wzmóc czujność, żeby ci ktoś po nogach nie przejechał. Kajakarze, rowery wodne, idioci na skuterach, żaglówki, motorówki i mini-jachty. Że na tej wodzie nikt się nie pierdyknął, to chyba cud jakiś :) Po dwugodzinnym polegiwaniu w zacienionym miejscu uznaliśmy sobotę w plenerze za zaliczoną. Potem jeszcze pozostało tylko uniknąć odparzeń w samochodzie, który na cień się nie załapał (termometr wskazywał 43 stopnie) i można wracać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz