sobota, 29 października 2016

Gnoi niemiłosiernie...

...że i nosa nijak wystawić na dwór, przeto korzystam z zeszłoniedzielnego przebłysku. Tradycyjnie, Park Powstańców Warszawy. Spacerowicze i "chryzantemiarze", gdyż czas żniw się zbliża.





















wtorek, 4 października 2016

Proszę państwa do gazu...

..czyli dzień otwarty w PGNiG. W programie m.in.: zwiedzanie Muzeum Gazownictwa, Centralnego Laboratorium Pomiarowo - Badawczego, gra terenowa, stanowisko geologiczne, pokaz doświadczeń fizycznych i chemicznych, prezentacja programu edukacyjnego "Być jak Ignacy".

Wybrałem się w ubiegłym roku, ale że ochrona kategorycznie wykluczyła możliwość fotografowania na terenie kompleksu - niegrzecznie podziękowałem i wróciłem nazad dodom ;) Tym razem upewniłem się, że podobnej żenady nie doświadczę, ale i tak - na wszelki wypadek - aparat wyjąłem dopiero przed muzeum. W wartowni, stróżówce, biurze przepustek - czy jak tam to nazwać - rozdawano godzinowe bileciki na wjazd do samego muzeum i laboratorium. Nie wiem po jaką cholerę, bo i tak nikt tego nie pilnował, chyba że to tak dla orientacji, żeby było wiadomo kiedy za klamkę trzymać. Na dziedzińcu muzeum stał sobie czarny namiot, w którym prezentowano jakieś cuda z hologramami.





Naprzeciwko otwarte stanowisko, w którym dwoje młodych naukowców płci odmiennej mamiło dzieciarnię i dorosłą gawiedź sztuczkami z zakresu fizyki i chemii :)




Było więc nalewanie chmury do dłoni, czapek i plecaków (suchy lód),


jak też - z rozrzewnieniem wspominane przez starszych jako zabawę z dzieciństwa - kontrolowane eksplozje z wykorzystaniem karbidu.








Odbyło się też walenie z grubej rury - i to dosłownie. Armata karbidowa nabita t-shirtem :) Zaiste - zdrowe p...cie, aż uszy zatykało :)



W ramach zwieńczenia tej części pokazu pani stwierdziła, że się podpali. No może nie cała, ale chociaż rękę.






Znaleźli się oczywiście żądni wrażeń ochotnicy.


"Pod koniec może trochę zapiec - nie machamy łapami, żeby nie doprowadzać tlenu, tylko zamykamy dłoń!"


Gotów?


No to podpalam.






Rozejrzałem się jeszcze przez chwilę...




... i wszedłem do budynku muzeum. Na wejściu sam Ignacy Ł. po reinkarnacji zachęcał dzieciaki do przyswojenia wiedzy o ropie naftowej i jej pochodnych.


Wnętrze bardzo przyjemne.



Przy schodach prowadzących na pięterko ktoś nawet powiesił kartkę "Stanowisko fotograficzne" - jak miło :) Wykonuję szybki oblot po antresoli.
















Schodząc zahaczam mimochodem o stanowisko geologiczne.



Wychodzę na powietrze w celu oddania się zgubnemu nałogowi i za chwilę słyszę,


że pora zawiązać komitet kolejowy albowiem formuje się pierwsza grupa do zwiedzania muzeum.
No to wchodzimy.


Za drzwiami od razu czuć co to za muzeum - wali jak Apaczowi z tornistra :) Ale po paru minutach przestaje się to rzucać w nos. Pani przewodnik (czy przewodniczka - jak kto woli) bardzo kompetentna. Opowiada to wszystko po raz tysiąc któryś pewnie, a nie wyczuwam odwalania pańszczyzny. Szacun. Słucham jednym uchem, bo stoję daleko, potem przepuszczam tłumek, żeby mieć cień szansy na czysty strzał. Miejscami jest naprawdę ciemnawo. Mój bidulek męczy się na ISO 800 przy f/3.2, a obok pani nap...la De-trójką w serii. Zaciskam zęby i pośladki...

















































Zwiedzanie skończone. Idę do wyjścia i przed samymi drzwiami mam przymusowy przystanek, bo Kur(w)ska TV postanowiła nagrać krótki reportaż z eventu, a moja postać - okazała, mimo to i tak nikczemna oraz niegodna - mogłaby zniweczyć klarowność przekazu. Shit happens, na szczęście postój nie trwał długo i jestem znów na powietrzu. Jaram kontemplując otoczenie nieco "od zaplecza".






Niespodziewanie wpadam na panią przewodnik (przewodniczkę), zagaduję nieśmiało i od słowa do słowa - dostaję prywatny wykład, z naciskiem na czas okupacji. Otóż gazownia była miejscem schronienia wielu mieszkańców zrujnowanego miasta. Wystawiano tu "lewe" kenkarty - intensywnie do tego stopnia, że zatrudnienie znienacka wzrosło z 200 do 700 osób. Niemcy nie byli w stanie tego udowodnić, ale domyślając się uskuteczniania niecnego procederu, urządzili pokazową egzekucję 57 pracowników gazowni, co upamiętniono na ścianie wieży ciśnień.


Gaz tu produkowany zasilał fabrykę amunicji funkcjonującą na terenie dzisiejszego Ursusa, a na terenie samej gazowni było centrum odwszawiania niemieckich mundurów. Pracownicy z narażeniem życia podejmowali częste próby sabotażu i zamykali zastawki gazociągu, żeby gaz popłynął do mieszkańców miasta. Kiedy w końcu hitlerowcom zaczęło robić się ciepło, postanowili wysadzić cały kompleks. Na terenie zakładu rozmieszczono 18 ładunków wybuchowych o dużej mocy. Na szczęście legendarna niemiecka precyzja tym razem dała dupy. Niedoszacowali tempa przesuwania się frontu i z detonacji wyszły nici. Dzięki temu warszawska gazownia - jako jeden z pierwszych zakładów - wznowiła produkcję już w 1946 roku. Słyszałem też żartobliwe utyskiwania na konserwatora zabytków, który nawet na cal nie pozwala zmienić oryginału przy renowacjach czy remontach - ot, choćby bruku, na którym pracownice permanentnie łamią obcasy w swoich Louboutinach ;) I tak pewnie jeszcze gadalibyśmy długo, ale zbliżał się termin oprowadzania kolejnej grupy, więc podziękowawszy pożegnałem panią.

O gardła i żołądki zwiedzających PGNiG tez zadbał. Przed muzeum stacjonował foodtruck, który serwował darmowe przekąski. Pewnie też bym coś wołowego wciągnął, ale kolejka skutecznie mnie zniechęciła :)



Na koniec pomyślałem, że może zrobię mały rekonesans w kwestii eksploracji wolskiego Koloseum. Szybko okazało się, że za dnia i z terenu gazowni to marny pomysł. Czujny jak ważka ochroniarz - wirażka raczył mi wybić z głowy zwiedzanie jakieś 100 metrów przed celem. Powiedział swoje - ja swoje, ale i tak musiałem zawrócić. Więc chociaż z oddali...





Bardzo przyjemnie spędzone sobotnie przedpołudnie. Powtórki nie zakładam, bo ekspozycja w muzeum jak najbardziej stała, ale przy okazji tej wizyty wrócił pomysł na bliższe zapoznanie się z "koloseum". Może kiedyś?