niedziela, 13 listopada 2016

Z buta po Nekropolis

Gdybym jeszcze w sezonie zaliczył żydowski i tatarski, to musiałbym się w tytule Kubrickiem podeprzeć jak nic. Odyseja Cmentarna 2016 :) Ale nie, na tym nekro - spacery (przynajmniej w tym roku) zakończę. Powązki - wszyscy znają, większość była albo będzie. Szczególna popularność, wiadomo, w okresie wczesnolistopadowym. Też kiedyś byłem, ale bez focidła. Poza tym, kto mnie zna - wie, że za tłumem nie przepadam. Impuls - tradycyjnie - fejsbukowy. Zorganizowany spacer "Za bramą wiecznej ciszy". Tylko że - pomny ostatnich doświadczeń - chyba nie bardzo miałem chęć na bieganie alejkami za przewodnikiem, więc ruszyłem dwie godziny wcześniej. Temperatura lekko poniżej zera, piękne słońce, prawie bezwietrznie - pogoda na spacer wymarzona. Dojazd też bez zarzutu, wysiadam z 27 na rogu Okopowej i Powązkowskiej, szybka faja, z czeluści plecaka dobywam kolegę Nikosia i jestem już przy kościele pw. św. Boromeusza.




Znaków na niebie nie zauważyłem, ale te na ziemi mówią, że będzie dobrze :D


Dochodzę do bramy św. Honoraty. I uświadamiam sobie, że przyjście tu bez ułożonego w głowie czy zapisanego na kartce planu i zderzenie z ogromem wszystkiego, co można tu zobaczyć, przeczytać, sfotografować wywoła niezły mętlik w głowie :) W sumie nic dziwnego, skoro nekropolia zajmuje powierzchnię 43 ha (!) i jest tylko o hektar mniejsza od całego Watykanu. I tak sobie stałem dłuższą chwilę zastanawiając się od czego by tu zacząć? No i nic mądrego nie przyszło mi do głowy. Widzę, że jest ciasno. O czyste kadry będzie trudno w ogóle, a z 17 mm na krótkim końcu w szczególe :) Zaczynam od tego, co widzę stojąc w bramie:





A potem? No cóż, postanawiam skupić się na figurach, detalach, ciekawostkach, wycinkach, a gdzie się da - sieknąć coś szerszego. Idę w lewo, w kierunku kościoła i Bramy Pięciu Poległych. Jak sięgnąć okiem - jest hmmm... dekoracyjnie. Wiem, słowo średnio pasuje do opisu tego specyficznego miejsca, ale tak odebrałem normalnie nie spotykany natłok elementów sztuki sepulkralnej. "Przeczytanie" tego cmentarza to pewnie niekiepski temat na doktorat, a sam krajobraz mógłby służyć za tło w niejednym filmie grozy. O ile płaskorzeźby są ok, to już dzieł w (że tak powiem) 3D dziecku bym nie pokazał. Abstrahując od wiernego lub nie oddania fizjonomii zmarłego, to lekko wytrzeszczone "ślepe" oczy nie są "przyjemne w oglądzie". Zresztą, niejako na potwierdzenie, mija mnie rodzina z maluchem, mama rzuca okiem na owe przecudnej urody popiersie i zaraz pokazuje ładnego aniołka po drugiej stronie :)


Ściana kościoła - Sanktuarium "Poległym i pomordowanym na Wschodzie".




Jakże by inaczej - smoleński element zaraz pod katyńskim. Szczęściem piszą o ofiarach katastrofy tylko, nie o bohaterskiej śmierci na polu chwały.


Okrążam kościół i dalej już łażę bez ładu i składu. Zadumę i kontemplację treści nagrobnych przerywają tylko krzykliwe sikorki szukające nasion wśród drzew i... Zenek Martyniuk gromko zawodzący z samochodu panów uprzątających zalegające w alejkach liście.
















Po kilkunastu minutach spaceru las figur anielsko - maryjno - jezusowych wywołuje uczucie monotonii, uwagę zwraca za to każde odstępstwo od reguły. Ot, choćby armata.




  Technologia w służbie boskości. Czemu nie?


Profilaktyka klaustrofobii? A może łyk świeżego powietrza lokatorom się przyda po prostu? W każdym razie - drzwiczki wielu krypt/mauzoleów/kaplic nagrobnych uchylone.



A tu XIX-wieczny przykład oszczędności na matrycach czcionek/cyfr? :) Na pierwszy rzut oka ewidentnie odwrócona dwójka, po chwili patrzenia - a może jednak taka dziwna siódemka? Nie, jednak dwójka :)


Po kolejnych paru minutach dreptania gdzie oczy poniosą, dochodzę do Alei Zasłużonych.






Idę dalej (na łatwiznę czyli przed siebie).








Nie "poluję" na znane nazwiska, wybieram raczej "architektonicznie". Dla tego pana robię wyjątek.




Świadomość faktu, że godzina z okładem minęła, a ja zwiedziłem jakiś procent (jak nie promil) areału nieco studzi zapał do dalszej wędrówki. Zbaczam więc z głównej w podporządkowaną i kieruję się powoli w stronę wyjścia, wyławiając po drodze co ciekawsze (moim zdaniem) - za przeproszeniem - smaczki.







































Pod sam koniec mijam Grób Zakonu Pijarów. Bardzo mnie ucieszył kolor pomnika, bo skądinąd wiadomo, że najgorszy jest czarny pijar ;)


I tą - nie najwyższych lotów - ale zawsze krotochwilą relację "zakańczam".

Gdyby ktoś miał ochotę zgłębić coś więcej na temat Powązek oraz didaskaliów, to baz wahania polecam stronę, którą i u siebie na początku po dwakroć podlinkowałem.
Niejaka Sowa robi tam świetna robotę. Jeżeli najdzie mnie ochota na drugie podejście do nekropolii, to już wiem skąd teorii zaczerpnę :)