piątek, 24 marca 2017

No wreszcie...

Zima oficjalnie pożegnana. Marzanna zamiast w Wiśle utonęła - dla odmiany - w śmieciach :)


A skoro wiosenne porządki, to blog w nowym szablonie. Czarnościom i innym grafitom dziękujemy. Perspektywa grubszej świeżej treści jawi się mgliście na w okolicach maja pewnikiem. Bo teraz to i bieganina przedkomunijna i Święta za chwilę... A na początku maja - no cóż - Światowy Dzień Star Wars :)

Tymczasem dużo słońca życzę i ogólnie - niech interes kwitnie ;)


poniedziałek, 13 marca 2017

Pośród krzaków w Skaryszaku

Kolejny fejsbukowy spacer. Tym razem Park Skaryszewski. Okolica poniekąd sentymentalna. Dwadzieścia lat temu zaczynałem swoją warszawską przygodę na Saskiej Kępie, a - wstyd się przyznać - o park nie zahaczyłem ani razu. Zawsze jest czas, żeby błąd naprawić - tym bardziej, że statystyki powiadają, że to najładniejszy park w stolicy i trzeci pod względem śliczności w Europie.

Spęd ustalony na 14:30 pod pomnikiem Ignacego Paderewskiego - patrona parku. Narodu na starcie dobrze ponad 50 osób, a w trakcie myślę że frekwencja ocierała się prawie o setkę. Zaparłem się tym razem, że jednak trochę posłucham, a foto będzie przy okazji. Zaczęło zresztą kropić, więc obawiałem się, że wyłącznie na słuchaniu się skończy.



Jak w każdej spacerowej zajawce - także i w tej - w ramach przyciągnięcia gawiedzi drepczącej a wiedzy nieprzewodnikowej złaknionej, pojawiło się parę chwytliwych pytań. Dzieląc uwagę między aparat i przewodnika zakonotowałem raczej wyrywki, przez co i odpowiedzi pewnie trochę chaosem trącą.

O historii parku pisał nie będę. O samym Paderewskim też miliony liter w sieci. To może kilka ciekawostek, które mi utkwiły...
  • Według ówczesnych kanonów urody Ignacy przecudnej urody młodzieńcem był. Nie te czasy i nie ten temperament, żeby na/po koncercie damską bielizną w niego rzucać. Mawiało się za to, że działał na kobiety jak marmolada na dzieci z sierocińca. Niezbyt eleganckie, ale tak mawiano. I to właśnie odpowiedź na jedno ze spacerowych pytań.
  • Paderewski związał się na stałe ze Steinwayem i nie dawał się przekonać do zmiany producenta. Konkurencja stosowała brudne sztuczki, przed jednym z koncertów podpiłowano mu pedały, a między klawisze wetknięto szpilki. Mistrz grał i płakał. Koncert dokończył.
  • Jak to się stało, że został premierem? Nie za zasługi, ani tym bardziej zdolności w tej dziedzinie. Politycznie to on był zdecydowanie gorszy sort. Ale dług wdzięczności jaki miał u przyszłego prezydenta USA - Herberta Hoovera swoje zrobił. Otóż Hoover, jeszcze podczas studiów na uniwersytecie Stanforda, groszem specjalnie nie śmierdział. Wykorzystując znajomość z Paderewskim postanowił trochę na nim zarobić i zorganizował koncert licząc na tłumy widzów. No i się przeliczył, frekwencja nie dopisała i nie było z czego Mistrzowi honorarium zapłacić. Paderewski (mając naturę filantropa) nie przejął się tym specjalnie i koncert się odbył. Hoover (trudno się dziwić) dobrze zapamiętał to zdarzenie i kiedy podczas wizyty w Polsce spotkał się z Piłsudskim stanowczo stwierdził, że tylko Paderewski może zostać premierem - inaczej nici z amerykańskiej pomocy Polsce... Naczelnik zniesmaczony, ale uległ. Pisząc to dziś, widzę pewną analogię w działaniu przy wyborze oficjeli na eksponowane stanowiska: "Wy macie zasady - my fundusze strukturalne" :D
  • Słówko o pani premierowej. Halina Paderewska miała słabość do pianistów. Ignacy był drugim z kolei. Oficjalnie mówi się, że wywierała znaczący wpływ na męża polityka. Mniej oficjalnie zasłynęła z noszenia totalnie niemodnych kapeluszy i z tego, że dokumenty wagi państwowej znajdowano w bieliźniarce :)
Tu była mowa o jednej z bardziej kuriozalnych akcji podziemia


Otóż w istniejącej w pobliżu parku (bodajże na Grochowskiej) fabryce (nie dosłyszałem jakiej) "panował" szef - wyjątkowa świnia. Na drugie miał mobbing. Ciężko było zdzierżyć bydlaka przez całą zmianę. I jak to zwykle bywa - ktoś znał kogo trzeba i gdzie trzeba. Pewnego ranka na drodze do pracy, która prowadziła Al. Zieleniecką (i w przypadku szefa i pracowników) "nieznani sprawcy" dorwali menedżera, zdjęli mu rajty na środku ulicy i chłostali gołe dupsko - dając gawiedzi ubaw, a pracownikom małą satysfakcję ze "sprawiedliwości społecznej".
A propos Al. Zielenieckiej - jak cenzura puściła nazwę? Cymbały myślały, że to na cześć ciągnącej się wzdłuż zieleni miejskiej, tymczasem wnioskodawcom chodziło raczej o upamiętnienie słynnej bitwy pod Zieleńcami z 18 czerwca 1792 r., kiedy ks. J. Poniatowski do spółki z Kościuszko wypunktowali Rosjan. Z tą bitwą związane jest również ustanowienie orderu Virtuti Militari.

A skoro już tematyka militarna i Rosjanie, to kawałek dalej na głównej alei mamy Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej.





Pomnik upamiętnia żołnierzy radzieckich poległych w dniach 10 - 15 września 1944 r. w walkach przy Rondzie Waszyngtona. Postawiono go w miejscu pochówku 26 żołnierzy - tam, gdzie teraz stoi popiersie Paderewskiego. Podczas przebudowy ronda w 1968 r. ciała ekshumowano i przeniesiono na Cmentarz Mauzoleum przy ul. Żwirki i Wigury, a sam pomnik przeniesiono w miejsce, gdzie stoi obecnie.

Kontynuując "szlak pomnikowy" dochodzimy do Edwarda Mandella House`a.


Doradca prezydenta USA Woodrowa Wilsona, współtwórca paktu Ligi Narodów i gorący orędownik Polski. Pomnik w 1932 r. ufundował Ignacy Jan Paderewski.

Parę kroków dalej mamy "Kąpiącą się" - rzeźbę autorstwa Olgi Niewskiej. Mierzący 178 cm bez mała półtonowy odlew rezyduje na niewielkim wzniesieniu południowego brzegu Stawu Łabędziego.





Z autorką związana jest odpowiedź na kolejne "spacerowe pytanie", a mianowicie dlaczego trzeba się dwa razy zastanowić zanim się wpuści pod dach zdolną i ładną artystkę? Otóż Niewska, już w wieku lat 25-ciu uznaną marką będąc, miała "na rozkładzie" topowe postaci ówczesnej Polski - z Marszałkiem na czele, który to ujrzawszy swoją podobiznę przesłał dedykację: "Przemiłej pani Oldze - wdzięczny manekin". Uwieczniła również wybitnego aktora Stefana Jaracza. Także Mieczysława Ćwiklińska zapragnęła swojego popiersia. Wielka nasza aktorka miała niefart posiadania męża w osobie Henryka Madera - jednego z najprzystojniejszych i najszykowniejszych mężczyzn w stolicy. Koniec końców - popiersie wyszło znakomite. Z rzeźbiarką wyszedł również mąż Ćwiklińskiej. I już nie wrócił :)

Zostaję jeszcze chwilkę nad stawem - czekam aż fanka zbliżeń smartfonem pójdzie se w cholerę.


Strzelam na szybko po wodzie...



...i galopem poprzez chaszcze za grupą - prosto do rozarium, gdzie tkwi "Tancerka".




Stamtąd idziemy pod Płytę Pamięci Poległych Lotników Brytyjskich 1944. Pomnik ten upamiętnia załogę bobowca B-24 Liberator, która zginęła niosąc pomoc warszawskim powstańcom 14 sierpnia 1944 r. Odsłonięcia pomnika dokonała w 1988 r. ówczesna premier Wielkiej Brytanii - Margaret Thatcher, którą w kuluarach gen. Jaruzelski nazwał paskudną babą, albowiem w trakcie wizyty nagle zmodyfikowała plan i przed odsłonięciem pomnika kazała się zawieźć na grób ks. Jerzego Popiełuszki... A propos brytyjskich oficjeli - Park Skaryszewski odwiedziła również królowa Elżbieta.

W tył zwrot i rzut oka na jeziorko Kamionkowskie, dawne starorzecze Wisły. Bezpośrednie połączenie z rzeką istniało do początków XX w. Zostało ono przerwane przez usypanie grobli (dziś Al. Zieleniecka), którą prowadził ruch z nowo oddanego mostu Mikołajewskiego (dziś Poniatowskiego). Jezioro ma powierzchnię 8 ha, głębokość waha się między 2 a 5 metrów. Są tacy, którzy łowią w nim karpie, płocie, leszcz i liny. Tu widoczek z fabryką Wedla na drugim brzegu.


Skaryszak - w swej bogatej historii - był również przez chwilę terenem polowania. Wszystko przez plagę zajęcy, które znudzone gocławskimi łąkami postanowiły zmienić stołówkę i za żadne skarby nie dawały się z parku wyprosić. Naczelny kierownik plantacji miejskich - niejaki inż. Danielewicz, doprowadzony do ostateczności doszedł do wniosku, że należy przetrzebić populację możliwie jak najskuteczniej. Zatem pewnego grudniowego dnia roku pańskiego 1927 zamknięto park dla zwiedzających i urządzono polowanie. Żeby wszystko było jak należy zorganizowano również nagonkę, ale nie taką jak w "Misiu", wąsato - brodatą, tudzież obwiązaną szmatami :) W roli naganiaczek wystąpiły przecudnej urody miejscowe "cheerleaderki" skutecznie odwracając uwagę myśliwych od zwierzyny. Jeden z uczestników polowania, uwielbiany przez warszawiaków śpiewak operowy - Józef Redo, tak się zapatrzył, że jego grzmiący kij ni stąd ni zowąd wypalił kładąc trupem na miejscu Bogu ducha winną sowę. Prawdziwa beka i polew ze strzelca nastąpiła przy obiedzie, gdzie usiłowano mu wmówić, że starym myśliwskim zwyczajem każdy je to, co upolował :)

Powoli zamykamy pętlę wokół parku - na trasie spaceru mijamy jeszcze "Rytm" - rzeźbę autorstwa Henryka Kuny.


Powstała w 1925 r., odsłonięta 4 lata później rzeźba stoi nad jednym ze sztucznych zbiorników parku. Na granitowych okładzinach cokołu widać ślady po pociskach. Pochodzą prawdopodobnie z pierwszych dni Powstania Warszawskiego.

Parę kroków dalej wizytujemy zabytkową kapliczkę z 1937 r. autorstwa Janusza Alchimowicza.



Kapliczka została uhonorowana nagrodą Instytutu Propagandy Sztuki i trafiła nawet na międzynarodową wystawę Sztuki i Technika w Paryżu. Stoi w bocznej alejce - w pobliżu sztucznego wodospadu.



I to w zasadzie prawie koniec. W drodze powrotnej jeszcze kilka pośpiesznych strzałów...









Przy okazji upewniam się, że wiosna idzie.



A to dobra wiadomość, bo przy tej ilości i zróżnicowaniu roślinności parkowej będę miał motywację, żeby wizytę powtórzyć, bo z pewnością warto.

czwartek, 2 marca 2017

Z buta po Nekropolis 2

Słów kilka o historii cmentarza...

Jak wiadomo (m.in. z posta o Pradze) Żydzi pojawili się w Warszawie pod koniec XIV w. Mieszkali na Starym Mieście - między Wąskim Dunajem a ul. Piekarską. W latach 1527 - 1795 zakazano im stałego pobytu w mieście i dopiero w połowie XVIII w. zaczęli osiedlać się w podmiejskich jurydykach (Nowa Jerozolima, Nowy Potok). Już od roku 1780 czynny był cmentarz na Pradze. Utworzona pod koniec XVIII w. warszawska Gmina Żydowska założyła w 1806 r. własny cmentarz poza wałami miejskimi - u wylotu ul. Gęsiej (dziś Okopowa 49/51 - przy skrzyżowaniu z Anielewicza). Do 1939 r. pochowano tu ponad 150 000 osób. Powierzchnia cmentarza wynosi dziś 33,4 ha. Jest to już jeden z ostatnich czynnych cmentarzy żydowskich w Polsce.

Cmentarz jest zarówno zabytkiem sztuki sepulkralnej, jak i świadectwem kultury materialnej Żydów polskich. Świadectwem tym cenniejszym, że jednym z nielicznych, które przetrwało zniszczenia wojenne. Są tu tradycyjne pionowe płyty - macewy, zdobione ornamentami o wielkim bogactwie motywów i symbolicznymi płaskorzeźbami, pokryte hebrajskimi epitafiami o pięknym liternictwie. Są tez okazałe i oryginalne grobowce odchodzące od w stylu od żydowskiej tradycji, a jeden z nich - grobowiec Bera Sonnenberga stanowi arcydzieło oparte na dwóch wspaniałych płaskorzeźbach. Wśród twórców pomników wyróżniają się: Abraham Ostrzega, Feliks Rubinlicht, Bolesław Syrewicz, Henryk Stifelman, Mieczysław Lubelski i Mark Antokolski.

Ten "dom wieczności" (tak brzmi jedna z hebrajskich nazw cmentarza), który służył społeczności Żydów warszawskich, świadczy o różnorodności form i trybu ich życia, odzwierciedlonej w stylu nagrobków i treści epitafiów. Spoczywają tu rabini i cadycy - duchowi mistrzowie chasydyzmu; działacze będący zwolennikami różnych prądów świeckich: asymilacji, syjonizmu, liberalizmu czy socjalizmu; krzewiciele języka hebrajskiego, twórcy literatury, prasy i teatru w języku żydowskim; ludzie zasłużeni dla rozwoju polskiej kultury i gospodarki - przemysłowcy, lekarze, działacze społeczni, naukowcy, artyści i wydawcy. W masowych mogiłach z czasów wojny spoczywają prochy tysięcy bezimiennych ofiar getta...

Od początków istnienia cmentarza, będącego własnością Gminy, opiekę nad nim sprawowały bractwa pogrzebowe (Chewra Kadisza). Wznosił się tu dom przedpogrzebowy i synagoga, a teren cmentarza stawał się nie raz sceną uroczystych pogrzebów (np. pochówek pisarza Icchaka Lejba Pereca w 1915 r.).

Obecnie właścicielem jest Gmina Wyznaniowa Żydowska w Warszawie . W 1973 r. cmentarz został wpisany do rejestru zabytków i objęty opieką Urzędu Konserwatorskiego m.st. Warszawy. Od 1979 r. są tu prowadzone prace porządkowe z funduszu Gminy Żydowskiej. Od pracy na tym terenie rozpoczął swoją działalność utworzony w 1981 r. Społeczny Komitet Opieki nad Cmentarzami i Zabytkami Kultury Żydowskiej w Polsce, który - poza prowadzeniem prac konserwatorskich - gromadzi również wiadomości dotyczące historii cmentarza i lokalizacji grobów (księgi cmentarne zostały zniszczone w czasie wojny).

I to z grubsza tyle tytułem teoretycznego wstępu. Treść onego w brzmieniu niemal dosłownym widnieje na tablicy informacyjnej. Materiałów w necie dla chcących pogłębić temat nie zabraknie.

Pomysł na odwiedzenie akurat tej nekropolii nie był nowy. Jak Afroamerykanin na pasach - od paru lat pojawiał się i znikał, aż w końcu termin zorganizowanego spaceru zgrał się z moim relatywnie wolnym czasem - no to jestem. Spacer niby zorganizowany, ale ja - pomny ostatnich doświadczeń postanawiam łazić solo. Zdjęcia kosztem wiedzy i ciekawostek. Nie dowiem się m.in.:

— kiedy do Warszawy przybyli Żydzi?
— kim byli liweranci i który z nich był najsławniejszy?
— dlaczego trzeba było ukryć kobietę i czy możemy ją dzisiaj odszukać?
— którędy przemycano jedzenie do getta?
— gdzie ukrywali się uciekinierzy z dzielnicy zamkniętej?
— jak mierzy się liczbę ofiar złożonych w masowych grobach?
— na którym grobie można zobaczyć barwy Legii?
— kim są chasydzi?
— co miało zintegrować lud Izraela?
— kogo strzegą uskrzydlone lwy?
— kto wydał pierwszą encyklopedię po polsku, a kto umarł z krzyżem w ręku?
— czemu putta trzeba było umieścić wysoko?
— gdzie mówi się do dzisiaj w jidysz?
— komu należy położyć kamień?
— co to jest ohel i który jest najpiękniejszy w Europie a może i na świecie?
— kto powinien odmawiać kadisz?
— kto spoczął w Mauzoleum Trzech Pisarzy?

No cóż - kompromis jak każdy. Jakby mało tego - zaczęło padać i zerwał się wiatr. I nie tam, że zefirek jakiś. Jak dmuchnęło, to mało szluga z japy nie wyrwało. Wymarzone warunki do robienia zdjęć nieuszczelnioną puszką :/ Odwracam się rufą do wiatru (oraz budynku Fundacji Nissenbaumów przy okazji też) i na początek czerwony mur Beit Chaim (Domu Życia).


Furtka za rogiem i jestem na terenie cmentarza. Opis wydarzenia na Pejsbuku (sic!) zalecał męskiej części zwiedzających zabranie nakrycia głowy. W berecie/kaszkiecie mi bardziej do dupy niż do twarzy, sombrero tu ciut za bardzo multi-kulti, a i pradziadkowa rogatywka do dresów niespecjalnie leży w kontekście. Szczęściem zalega jeszcze w plecaku jakaś polarowa szlafmyca z mroźnych dni, którą niechętnie wzuwam na czerep rubaszny. Sklerotycy ponoć mogą na miejscu wypożyczyć kipę, jarmułkę, myckę - czy jak tam ta salaterka na czubku głowy noszona się zwie. Rzut oka na ludność płci męskiej pomykającą po cmentarzu utwierdza mnie w przekonaniu, że kwestia "oczapienia" jest traktowana liberalnie i wybiórczo. Zanabywam więc bilet - cegiełkę za 10 złociszy i rozmyślam nad planem spaceru. Przez chwilkę się jeszcze waham czy nie dołączyć do zorganizowanej grupy, która właśnie rusza, ale docelowo wygrywa spontan.
Nie planowałem inicjacji spaceru z wielką pompą - pompa była raczej mała z tendencją do średniej ;]


Zaraz za budynkiem administracji uwagę zwraca osadzona na ceglanych słupach brama cmentarna. Oryginalna. Przedwojenna. Odrestaurowana w 1998 r. przez Fundację Cmentarza Żydowskiego "Gęsia" przy finansowym wsparciu Aricka i Laury Karwasserów.


Kręcę się trochę jak klocek w przeręblu w okolicach głównej alei. Jak ktoś był, to zauważy. Jak nie był, to już wie :)






Zwracam uwagę na kamyki ułożone na wielu grobach. Po wyjaśnienie ich obecności w tym miejscu oraz zakonotowanie paru innych zwyczajów i ciekawostek odsyłam tutaj.



Jak widać - wlazłem bez impetu wgłąb, żeby za chwilę się rozmyślić i wyjść z powrotem na główną. Celowo nie studiowałem planu, nie zamierzałem się bawić w Indianę Jonesa i odkrywać co ukryte, ani też biegać po wskazanych w przewodnikach "the best of-ach". Bez planu, na czuja i solo. Taki tam "Ląly Łulf" :D








W oddali zamajaczyła na pomniku czarna sylwetka mężczyzny z dzieckiem na ręku.


Nietrudno zgadnąć kto zacz i dlaczego tu jest. A mały, pomarańczowy miś potrafi zacisnąć gardło staremu chłopu...




Idę parę kroków główną aleją i zbaczam w losowo wybraną dróżkę.









W oczy rzuca się wszechobecny chaos. Goje :) przyzwyczajeni do ładniejszych lub brzydszych, większych lub mniejszych - ale uszeregowanych w alejkach - pomników mogą się w pierwszej chwili nie odnaleźć. Mi ten klimat pasuje. Wokoło żywego ducha, nie słychać nic oprócz szumu wiatru i skrzypienia starych drzew. Nawet ptactwo tu nie zagląda przed wiosną. Nie wiem dokąd idę - najpewniej do końca alejki. Po drodze mijam grób Marka Edelmana, jednego z nielicznych "lokatorów", którego kojarzę z nazwiska.



Wchodzę znów w strefę, która wyglądem przypomina ścisły rezerwat. Nikt niczego tu nie tyka, czas i przyroda same regulują rytm...


















I to drzewo zżyte z pomnikiem od dziesięcioleci pewnie, chroniące przed kompletnym upadkiem...



Mistyk wyciągnąłby stąd tony symboli, znaków i wróżb zapewne. Ale ja w mistycznym nastroju nie jestem. Na skutek wariacji ciśnienia rozbolał mnie cymbał, na tyle skutecznie, że intensywnie rozważam zakończenie wędrówki. Kierując się w stronę wyjścia spotykam grupę, z którą miałem spacerować. Idą tam, skąd ja właśnie wróciłem czyli czuj nie był taki zły :) Jestem w części cmentarza niejako dedykowanej walczącym i poległym podczas wojny.






Chłopcom - międlarowcom pewnie się w łysych pałach nie mieści, że i Żyd może być bohaterem i zasłużyć na flagę z kotwicą Polski Walczącej przy grobie...


Im bliżej wyjścia, tym układ cmentarza bardziej "cywilizowany". Normalne pomniki. Niektóre nawet wystawne. Ale wystarczy się się odwrócić na pięcie:


Gdzieś tam jeszcze nagrobek z dziurą po kuli:



o zgrabnym kuferku nie wspomnę ;)


Nie wiem jak, gdzie i na ile ten dizajn jest zakorzeniony w żydowskiej kulturze, ale na mnie wrażenie zrobił - ekskjuzmi - ale krematoryjne :/


Jestem przy wyjściu. Zmoknięty, otępiony końską dawką ibuprofenu, ale mimo wszystko zadowolony. Nie przesądzałbym, że to ostatni raz w tym miejscu. Widziałbym się tu ponownie złotą polską jesienią. Tymczasem zmykam do domu, żeby się rozgrzać - niekoniecznie czymś koszernym ;) Lechaim!