poniedziałek, 13 marca 2017

Pośród krzaków w Skaryszaku

Kolejny fejsbukowy spacer. Tym razem Park Skaryszewski. Okolica poniekąd sentymentalna. Dwadzieścia lat temu zaczynałem swoją warszawską przygodę na Saskiej Kępie, a - wstyd się przyznać - o park nie zahaczyłem ani razu. Zawsze jest czas, żeby błąd naprawić - tym bardziej, że statystyki powiadają, że to najładniejszy park w stolicy i trzeci pod względem śliczności w Europie.

Spęd ustalony na 14:30 pod pomnikiem Ignacego Paderewskiego - patrona parku. Narodu na starcie dobrze ponad 50 osób, a w trakcie myślę że frekwencja ocierała się prawie o setkę. Zaparłem się tym razem, że jednak trochę posłucham, a foto będzie przy okazji. Zaczęło zresztą kropić, więc obawiałem się, że wyłącznie na słuchaniu się skończy.



Jak w każdej spacerowej zajawce - także i w tej - w ramach przyciągnięcia gawiedzi drepczącej a wiedzy nieprzewodnikowej złaknionej, pojawiło się parę chwytliwych pytań. Dzieląc uwagę między aparat i przewodnika zakonotowałem raczej wyrywki, przez co i odpowiedzi pewnie trochę chaosem trącą.

O historii parku pisał nie będę. O samym Paderewskim też miliony liter w sieci. To może kilka ciekawostek, które mi utkwiły...
  • Według ówczesnych kanonów urody Ignacy przecudnej urody młodzieńcem był. Nie te czasy i nie ten temperament, żeby na/po koncercie damską bielizną w niego rzucać. Mawiało się za to, że działał na kobiety jak marmolada na dzieci z sierocińca. Niezbyt eleganckie, ale tak mawiano. I to właśnie odpowiedź na jedno ze spacerowych pytań.
  • Paderewski związał się na stałe ze Steinwayem i nie dawał się przekonać do zmiany producenta. Konkurencja stosowała brudne sztuczki, przed jednym z koncertów podpiłowano mu pedały, a między klawisze wetknięto szpilki. Mistrz grał i płakał. Koncert dokończył.
  • Jak to się stało, że został premierem? Nie za zasługi, ani tym bardziej zdolności w tej dziedzinie. Politycznie to on był zdecydowanie gorszy sort. Ale dług wdzięczności jaki miał u przyszłego prezydenta USA - Herberta Hoovera swoje zrobił. Otóż Hoover, jeszcze podczas studiów na uniwersytecie Stanforda, groszem specjalnie nie śmierdział. Wykorzystując znajomość z Paderewskim postanowił trochę na nim zarobić i zorganizował koncert licząc na tłumy widzów. No i się przeliczył, frekwencja nie dopisała i nie było z czego Mistrzowi honorarium zapłacić. Paderewski (mając naturę filantropa) nie przejął się tym specjalnie i koncert się odbył. Hoover (trudno się dziwić) dobrze zapamiętał to zdarzenie i kiedy podczas wizyty w Polsce spotkał się z Piłsudskim stanowczo stwierdził, że tylko Paderewski może zostać premierem - inaczej nici z amerykańskiej pomocy Polsce... Naczelnik zniesmaczony, ale uległ. Pisząc to dziś, widzę pewną analogię w działaniu przy wyborze oficjeli na eksponowane stanowiska: "Wy macie zasady - my fundusze strukturalne" :D
  • Słówko o pani premierowej. Halina Paderewska miała słabość do pianistów. Ignacy był drugim z kolei. Oficjalnie mówi się, że wywierała znaczący wpływ na męża polityka. Mniej oficjalnie zasłynęła z noszenia totalnie niemodnych kapeluszy i z tego, że dokumenty wagi państwowej znajdowano w bieliźniarce :)
Tu była mowa o jednej z bardziej kuriozalnych akcji podziemia


Otóż w istniejącej w pobliżu parku (bodajże na Grochowskiej) fabryce (nie dosłyszałem jakiej) "panował" szef - wyjątkowa świnia. Na drugie miał mobbing. Ciężko było zdzierżyć bydlaka przez całą zmianę. I jak to zwykle bywa - ktoś znał kogo trzeba i gdzie trzeba. Pewnego ranka na drodze do pracy, która prowadziła Al. Zieleniecką (i w przypadku szefa i pracowników) "nieznani sprawcy" dorwali menedżera, zdjęli mu rajty na środku ulicy i chłostali gołe dupsko - dając gawiedzi ubaw, a pracownikom małą satysfakcję ze "sprawiedliwości społecznej".
A propos Al. Zielenieckiej - jak cenzura puściła nazwę? Cymbały myślały, że to na cześć ciągnącej się wzdłuż zieleni miejskiej, tymczasem wnioskodawcom chodziło raczej o upamiętnienie słynnej bitwy pod Zieleńcami z 18 czerwca 1792 r., kiedy ks. J. Poniatowski do spółki z Kościuszko wypunktowali Rosjan. Z tą bitwą związane jest również ustanowienie orderu Virtuti Militari.

A skoro już tematyka militarna i Rosjanie, to kawałek dalej na głównej alei mamy Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej.





Pomnik upamiętnia żołnierzy radzieckich poległych w dniach 10 - 15 września 1944 r. w walkach przy Rondzie Waszyngtona. Postawiono go w miejscu pochówku 26 żołnierzy - tam, gdzie teraz stoi popiersie Paderewskiego. Podczas przebudowy ronda w 1968 r. ciała ekshumowano i przeniesiono na Cmentarz Mauzoleum przy ul. Żwirki i Wigury, a sam pomnik przeniesiono w miejsce, gdzie stoi obecnie.

Kontynuując "szlak pomnikowy" dochodzimy do Edwarda Mandella House`a.


Doradca prezydenta USA Woodrowa Wilsona, współtwórca paktu Ligi Narodów i gorący orędownik Polski. Pomnik w 1932 r. ufundował Ignacy Jan Paderewski.

Parę kroków dalej mamy "Kąpiącą się" - rzeźbę autorstwa Olgi Niewskiej. Mierzący 178 cm bez mała półtonowy odlew rezyduje na niewielkim wzniesieniu południowego brzegu Stawu Łabędziego.





Z autorką związana jest odpowiedź na kolejne "spacerowe pytanie", a mianowicie dlaczego trzeba się dwa razy zastanowić zanim się wpuści pod dach zdolną i ładną artystkę? Otóż Niewska, już w wieku lat 25-ciu uznaną marką będąc, miała "na rozkładzie" topowe postaci ówczesnej Polski - z Marszałkiem na czele, który to ujrzawszy swoją podobiznę przesłał dedykację: "Przemiłej pani Oldze - wdzięczny manekin". Uwieczniła również wybitnego aktora Stefana Jaracza. Także Mieczysława Ćwiklińska zapragnęła swojego popiersia. Wielka nasza aktorka miała niefart posiadania męża w osobie Henryka Madera - jednego z najprzystojniejszych i najszykowniejszych mężczyzn w stolicy. Koniec końców - popiersie wyszło znakomite. Z rzeźbiarką wyszedł również mąż Ćwiklińskiej. I już nie wrócił :)

Zostaję jeszcze chwilkę nad stawem - czekam aż fanka zbliżeń smartfonem pójdzie se w cholerę.


Strzelam na szybko po wodzie...



...i galopem poprzez chaszcze za grupą - prosto do rozarium, gdzie tkwi "Tancerka".




Stamtąd idziemy pod Płytę Pamięci Poległych Lotników Brytyjskich 1944. Pomnik ten upamiętnia załogę bobowca B-24 Liberator, która zginęła niosąc pomoc warszawskim powstańcom 14 sierpnia 1944 r. Odsłonięcia pomnika dokonała w 1988 r. ówczesna premier Wielkiej Brytanii - Margaret Thatcher, którą w kuluarach gen. Jaruzelski nazwał paskudną babą, albowiem w trakcie wizyty nagle zmodyfikowała plan i przed odsłonięciem pomnika kazała się zawieźć na grób ks. Jerzego Popiełuszki... A propos brytyjskich oficjeli - Park Skaryszewski odwiedziła również królowa Elżbieta.

W tył zwrot i rzut oka na jeziorko Kamionkowskie, dawne starorzecze Wisły. Bezpośrednie połączenie z rzeką istniało do początków XX w. Zostało ono przerwane przez usypanie grobli (dziś Al. Zieleniecka), którą prowadził ruch z nowo oddanego mostu Mikołajewskiego (dziś Poniatowskiego). Jezioro ma powierzchnię 8 ha, głębokość waha się między 2 a 5 metrów. Są tacy, którzy łowią w nim karpie, płocie, leszcz i liny. Tu widoczek z fabryką Wedla na drugim brzegu.


Skaryszak - w swej bogatej historii - był również przez chwilę terenem polowania. Wszystko przez plagę zajęcy, które znudzone gocławskimi łąkami postanowiły zmienić stołówkę i za żadne skarby nie dawały się z parku wyprosić. Naczelny kierownik plantacji miejskich - niejaki inż. Danielewicz, doprowadzony do ostateczności doszedł do wniosku, że należy przetrzebić populację możliwie jak najskuteczniej. Zatem pewnego grudniowego dnia roku pańskiego 1927 zamknięto park dla zwiedzających i urządzono polowanie. Żeby wszystko było jak należy zorganizowano również nagonkę, ale nie taką jak w "Misiu", wąsato - brodatą, tudzież obwiązaną szmatami :) W roli naganiaczek wystąpiły przecudnej urody miejscowe "cheerleaderki" skutecznie odwracając uwagę myśliwych od zwierzyny. Jeden z uczestników polowania, uwielbiany przez warszawiaków śpiewak operowy - Józef Redo, tak się zapatrzył, że jego grzmiący kij ni stąd ni zowąd wypalił kładąc trupem na miejscu Bogu ducha winną sowę. Prawdziwa beka i polew ze strzelca nastąpiła przy obiedzie, gdzie usiłowano mu wmówić, że starym myśliwskim zwyczajem każdy je to, co upolował :)

Powoli zamykamy pętlę wokół parku - na trasie spaceru mijamy jeszcze "Rytm" - rzeźbę autorstwa Henryka Kuny.


Powstała w 1925 r., odsłonięta 4 lata później rzeźba stoi nad jednym ze sztucznych zbiorników parku. Na granitowych okładzinach cokołu widać ślady po pociskach. Pochodzą prawdopodobnie z pierwszych dni Powstania Warszawskiego.

Parę kroków dalej wizytujemy zabytkową kapliczkę z 1937 r. autorstwa Janusza Alchimowicza.



Kapliczka została uhonorowana nagrodą Instytutu Propagandy Sztuki i trafiła nawet na międzynarodową wystawę Sztuki i Technika w Paryżu. Stoi w bocznej alejce - w pobliżu sztucznego wodospadu.



I to w zasadzie prawie koniec. W drodze powrotnej jeszcze kilka pośpiesznych strzałów...









Przy okazji upewniam się, że wiosna idzie.



A to dobra wiadomość, bo przy tej ilości i zróżnicowaniu roślinności parkowej będę miał motywację, żeby wizytę powtórzyć, bo z pewnością warto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz