środa, 5 lipca 2017

Kaszuby - powrót do Raju :)

Pierwszy raz w życiu - kolejne wakacje w tym samym terminie i miejscu. W końcu się odgrażałem, że "jeszcze tu k... wrócimy!", no to jestem. Siłą rzeczy post nie będzie tak dziewiczy i odkrywczy jak poprzedni - nie da się bowiem uniknąć porównań i odniesień.




No to zaczynamy.

Trasa - zaplanowana jak rok temu. S8 - A2 - A1 aż do Rusocina. Chyba, że RMF Traffic każe się puknąć w łeb, bo milion aut czeka w kolejce do bramek - wtedy zjazd na węźle Kopytkowo i dalej lokalnymi drogami. W eterze cisza - pruję więc na Gdańsk i jest ok. 7 bramek, wszystkie czynne - raptem ze dwie minuty czekania. Potem w skrócie: Kartuzy - Żukowo - Sierakowice - plantacja truskawek połączona z zakupem kobiałki pierwszego sortu owoców po 6 zł/kg - i w końcu Gowidlino. Walę jak do siebie - miłe uczucie. Wjeżdżam na posesję - państwo starsi białym Sparkiem z miasta Gdańska już są. Parkuję przy studni, wysiadam i coś jest nie tak. Pierwsza myśl - "Szyszko, sqrczybyku, już ci Białowieży mało?" W sensie, że przy płocie jakoś tak rzadko - co druga choinka wystąp :/ No cóż - się ma Husqvarnę, to się tnie. Nie popieram, nie lubię, ale to nie moja działka. Mam tylko nadzieję, że "nowa miotła" (a w zasadzie piła) zrezygnuje z pomysłu kastracji drzewostanu przy samej werandzie, bo całą intymność miejsca i ochronę przed słońcem szlag trafi. Sama weranda za to nieskalana ingerencją. Skrzypi znajomo i przyjemnie.





Fotel, w którym z lubością przy lekturze zapadało się moje grube dupsko, dokonał swego meblowego żywota. Zielona kanapa przy drzwiach za to ocalała, choć i w niej zaszła zmiana. Dobra (tfu!) zmiana - osy się wyprowadziły.
W środku też "remontada". Kuchnia jak nowa, bo i w istocie nowa :)


Bambetle wypakowane...


Wypoczynek czas zacząć. Kawusia i faja na świeżym powietrzu...


Dziadek Nikodem na wszelki wypadek czuwa :)


Można podeżreć gowidlińską truskawę i zatonąć w długo wyczekiwanej lekturze.


W kwestii truskawek - zapewne z uwagi na marną pogodę - doznania smakowe gorsze niż rok temu. Dużo wilgoci + mało słońca + relatywnie niska (nawet jak na polskie lato) temperatura = znacznie obniżona zawartość cukru w cukrze :) Ale i tak o niebo lepsze niż te z warszawskich warzywniaków, utrzęsione i sponiewierane podróżami z pola na Bronisze i dalej - do detalistów...

Zanim zacząłem na dobre czytać - z wizytą wpadła nasza zeszłoroczna gospodyni. Baaardzo miło się gawędziło, a w zasadzie słuchało :) Może do rajskiej oferty warto włączyć kaszubskie warsztaty językowe? Będzie pełna egzotyka - człowiek niby w Polsce, a za cholerę nie kuma, co do niego gadają :D

Wracając do książki... Jeśli rok temu czytając "Tarkina" mlaskałem z ukontentowaniem, to teraz przy trylogii Bane`a obśliniłem się jak dziecko :D Niekwestionowany "namber łan" spośród dotychczasowych starwarsowych doświadczeń czytelniczych. I znowu się niedoszacowałem zabierając 4 książki na 7 dni - w połowie turnusu już było "po jabłkach". Z rozpędu wciągnąłem jeszcze "Lordów Sithów" - jak to Ani z Palpim samowtór Wolny Ryloth czy inne jaskiniowe stwory w perzynę obrócili


oraz (z kompletnie innej bajki) "Tomka u źródeł Amazonki" - szkolną nagrodę dziecka. Też ciekawe doświadczenie - powrót do lektury z dziecięcych lat czytanej w wypiekami na twarzy :)

Pozostając jeszcze chwilę w konwencji gwiezdnowojennej - weekend sponsorowała planeta Dagobah - czyli było bagiennie i chłodnawo. Wykorzystując momenty bezdeszczowe schodzę nad jezioro, żeby zobaczyć co się zmieniło. I celowo powtarzam zeszłoroczne kadry :)














Poniedziałek pogodowo niedużo lepszy, ale przynajmniej bez opadów za dnia. Pierwsza z planowanych wycieczek po lokalnych atrakcjach, pominiętych z braku czasu w zeszłym roku - Będomin (Muzeum Hymnu Narodowego) i Kościerzyna (Muzeum Kolejnictwa). Tematycznie od Sasa do lasa, ale decydowała logistyka. Nie chodzi przecież  o to, żeby się kręcić jak klocek w przeręblu :) Zonk nr 1 - w poniedziałki do Będomina nie jeździmy, albowiem muzeum nieczynne jest. Moja wina, nie sprawdziłem, ale też kto by się spodziewał, że tu własnie tak...? No cóż - zmełłem w ustach przekleństwo - wracamy do Kościerzyny. Przezornie zmieniłem navi z Sygica na Googla, bo ten pierwszy to się w mieście nadaje nie powiem na co :| Końcówka dojazdu prowadziła taką drogą, że pomyślałem "Gugiel też zgłupiał", ale zaufałem i z krętej, wąskiej gruntówki wychynąłem na asfalt. Na miejscu czeka potrójny bonus: nie dość, że cywilizowany parking naprzeciw wejścia,


to jeszcze muzeum czynne w poniedziałek - ba! i zwiedzanie za free :)



Wchodzimy zatem. Plan zwiedzania żaden - gdzie nie pójdziesz, tam coś stoi. Chcesz - poczytasz info, wleziesz do środka, szarpniesz wajchą, pokręcisz kółkiem, nie chcesz, to sobie tylko popatrzysz. Możliwość fizycznego kontaktu z eksponatami sprawia, ze dzieciaki (których wśród odwiedzających sporo) nie nudzą się aż tak :) Przy pierwszym z brzegu parowozie spotykam starsze małżeństwo, intryguje mnie szczególnie mężczyzna, który wydaje się być łudząco podobny do aktora Adama Baumanna. Aż teraz żałuję, że nie zagadnąłem :) Dla mniej zorientowanych podpowiadajka - górnik w "Śmierć jak kromka chleba", ojciec Ryśka Riedla w "Skazanym na bluesa", prezes śląskiego banku w "Piłkarskim pokerze" czy w końcu Hanysz ze "Znaku Orła"... Rodem z miasta Grudziądza, więc logistycznie prawdopodobne, ze mógł się na szybką wycieczkę tu wybrać :)
A my tymczasem zwiedzamy...
















Jak się okazuje - nie tylko dziedzic był pruski :D


O eksponaty się dba...


I lecimy dalej.




















Na koniec oczywiście wizyta w wagonie "sklepowym". Najlepszą pamiątką z Kaszub okazał się być fluorescencyjny, żelowy glut. Nie nadążam za dziećmi, zaiste :)


Wracamy do domu w porze obiadowej, a że nic na szybko nie ma w lodówie, odwiedzamy sprawdzone rok temu miejsce o nazwie Bar Restauracyjny "Pod Łosiem" oddalony o 350 metrów od naszego domku.


Wybieramy sugerowany zestaw. 3 x dwudaniowy obiad z open barem surówkowym, fantą dla dzieciaka i butelkowym "Żywcem" dla rodziców kosztuje 58 zł. Można zdzierżyć taki wydatek. Niefajna płatność w gotowiźnie, ale przy - oględnie mówiąc - niedużej frekwencji oraz sezonowości lokalu - mogę zrozumieć wybór preferowanej formy płatności.
Teraz słowo o potrawach. W ubiegłym roku rozpływałem się w zachwytach nad kapuśniakiem i plackiem po cygańsku oraz surówką z porów. Jak coś jest spoko, to po co zmieniać? A zatem pory są i teraz. Tu powinienem recenzję zakończyć stwierdzeniem, że bardzom kontent, że miłość w Gowidlinie kwitnie. "Debil" - pomyśli wielu z Was, drodzy Radiosłuchacze przy Teleodbiornikach :) No nie tak do końca - znane jest wszak powiedzenie, że zakochany umiaru w soli nie zna. A poziom NaCl w drugim daniu - od ziemniaków, przez kotlet z kurzęcego cyca z serem a pieczarką, aż po surówki (wszystkie trzy) był taki, że potencjalny klient z zaawansowaną wieńcówką mógłby spokojnie kucharza/kucharkę oskarżyć o usiłowanie zabójstwa :D Człowiek głodny zeżre jednak i przesolone. Najwyżej popyt na płyny wszelakie wzrośnie wieczorem ;) Nie potępiam zatem w czambuł, traktuję to jako jednorazową wpadkę.

Wieczory zazwyczaj upływały na oglądaniu zmagań piłkarskich w Pucharze Konfederacji lub Euro U-21, czytaniu lub rodzinnym rżnięciu w karty. Nie wiedzieć czemu 9-latek szczególnie upodobał sobie pokera ;) Poza tym urządzaliśmy gromadnie tu występującym ślimakom wyścigi i sesje zdjęciowe ;)





Korzystając z coraz lepszej, ale ciągle nie plażowej pogody, realizujemy wycieczkę numer dwa. Tym razem celem jest najstarsza w Europie działająca elektrownia wodna w miejscowości Struga oraz zamek krzyżacki w Bytowie. Jako "lajkonik" w dziedzinie energetyki oczekiwałbym po nazwie "elektrownia" budynków i infrastruktury towarzyszącej względnie okazałych. Całe szczęście, że widziałem obiekt w necie, bo pewnie jeździłbym dłuuuugo w poszukiwaniu :) Tak czy owak dotarłem. Cicho, pusto, żywego ducha. Zaparkowane samochody sugerują obecność człekokształtnych form życia w okolicy :)


No i był jeszcze kot. Też żywy. Choć ledwo, ale zawsze.



Jest i jakiś dzwonek, którego używamy. Po chwili gdzieś z daleka słychać: "Zaraz tam do was przyjdę!". Głos słychać - osoby nie widać i tak naprawdę to nie wiem czy "przyjdę i kulasy przetrącę" czy "przyjdę i otworzę podwoje" :D
Owoż i nadciąga osobnik typu "rolnik sam w dolinie" - graba, wymiana personaliów itd. W tym miejscu pragnę zadać kłam internetowym informacjom, jakoby zwiedzanie było bezpłatne. Dorosły 6 zł, dzieciaki - połowę.

Wchodzimy do środka.


Przewodnik nasz okazuje się być przedstawicielem trzeciego już pokolenia kaszubskiej rodziny Gliszczyńskich, w której "władaniu" znajduje się elektrownia. Senior rodu - Jan, pamięta wizytę i rozmowę z abp Karolem Wojtyłą, który zajrzał tu w 1964 r. podczas spływu kajakowego rzeką Słupią. Nie będę wypisywał danych technicznych. Pasjonat znajdzie mnóstwo danych w szukajce. Albo i wyczyta z tego:



Atrakcją są najstarsze na świecie działające żarówki z włóknami węglowymi w środku. Wyprodukowane przez germański OSRAM, zasilane prądem 110 V. Sygnalizują awarię, a umiejscowione są na świetnie zachowanej marmurowej tablicy nastawnej z jedenastoma oryginalnymi urządzeniami z lat 20-tych ubiegłego stulecia. Do obejrzenia również działająca turbina wodna Francisa. Czujne oko wyszuka i starą olejarkę z napisem "Kriegsmarine" oraz czarny bez czy grzyby, które pięknie się suszą w ciepełku urządzeń ;) A może i botanik czy inny entomolog znalazłby coś dla siebie, bo wzbudnica bezszczotkowa to dla mnie robal bardziej niż zaawansowana machineria :D
No to nie spać - zwiedzać!



















Po blisko półgodzinnej opowieści o historii i technice wychodzimy na zewnątrz obejrzeć betonowy jaz z tyłu budynku.



Na koniec nasz przewodnik uruchamia jeszcze ustrojstwo zwane czyszczarką, które zastąpiło co najmniej dwóch ludzi z grabiami :)





I w zasadzie na tym wizyta w elektrowni się kończy. Ostatni rzut oka na budynek





i się zawijamy. Kierunek Bytów.

Zamki krzyżackie leżą w jak najbardziej w sferze moich zainteresowań. Po bytowskim nie obiecywałem sobie za wiele, bo z wcześniejszego wywiadu wynikało, że to "wydmuszka" bardziej - obudowa znaczy. Bo środek zagospodarowany przez hotel, restaurację, muzeum czy inny sąd rejonowy. No ale skoro już tu jestem, to zwiedzę co jest. Wjazd jest bardzo znienacka. Skręt z głównej ulicy o 90 stopni w wąską, a la parkową alejkę. W pierwszej chwili zdziwienie - ile wolnych miejsc do parkowania! Pewnie dlatego, że w tygodniu i pogoda taka se. Jasne - podjeżdżam bliżej - tu tylko dla gości hotelowych, tam dla pracowników sądu, a dla petentów czy turystów oszlabanione kilkanaście miejsc po piątaku za godzinę. Wyjazd na podstawie bileciku, więc ile zabawisz - tyle uiścisz. Wchodzimy przez bramę główną. Na ścianie informacja, że zamek w mrocznych latach stanowił obóz przejściowy dla więźniów NKWD z ziemi bytowskiej oraz klasyczna "średniowieczna" zajawka o historii zamku.


Już zęby ostrzyłem na włażenie na jakąś wieżę celem popełnienia panoram kilku, na spacerek murami, a tu doopa. Wieża zamknięta, na mury nie wolno, bo coś tam uszkodzone jest. Do zwiedzania został dziedziniec. Pusta scenka dla Zenka, stragan z tandetą i dwóch połowicznie odzianych w stroje z epoki rycerzy w wieku "gimbazowym". Podobno nawet zrzeszonych w jakimś miejscowym bractwie. "Zastęp Krzyżogryfa" czy jakoś tak? Na zaimprowizowanym stoisku leżał jakiś metalowy sagan na łeb, tarcza i dwa miecze: jedno - i dwuręczny. Według moich wyobrażeń, prawdziwym dwuręcznym to wk...wiony Jurand wyżynał Krzyżaków w Szczytnie, a tutejszym dwuręcznym to ja w domu ziemniaki obieram, a łap przesadnie wielkich nie posiadam :D Odpuściłem usilne nagabywanie na strzelanie z łuku za piątaka, dorzuciłem drugiego - na siano dla konia i szykowałem się do odwrotu.





A oto i śmiertelnie niebezpieczny w bezpośrednim starciu miecz dwuręczny, którego trzymanie w ogóle nie męczy 9-latka ;)


Zrobiłem rundkę wokół zamku i to by było na tyle z bytowskiego średniowiecza.





Po obiedzie i kawusi "nadejszła wiekopomna chwiła", żeby odwiedzić "Słoneczną Zatokę". Podobno podupadła doszczętnie - w dużej części z winy Chickenmena, o którym wspominałem w zeszłorocznej relacji.

Kiedy byłem tu poprzednio, kolorowe reklamy wabiły do apartamentów, a dziś?


Oto i domniemany winowajca:


I faktycznie, po mickiewiczowsku "nurzając się w zieloności"


z prawej strony punktowo wącham jaśmin, a z lewej na całej długości drogi dojeżdżają mnie wyziewy z kurzej dupy. Połączenie obydwu zapachów jest takie, że tylko sobie narzygać w pepegi...
Po ok. 200 metrach na bezdechu docieram do ośrodka...



Recepcja wyglądem swym nęci do wykupienia turnusu :] Woń drobiowych ekskrementów nieznacznie osłabła. A może tylko na chwilę wiatr się odwrócił?
Wokół postępując ruina, aż żal patrzeć. Jako że w roli materiału izolacyjnego oraz szybozastępczego występuje powszechnie spuchnięta od wilgoci płyta pilśniowa - określenie "chujnia z pleśnią oraz grzybnią" jest jak najbardziej na miejscu. A dopóki śmierdziel zza płota nie pójdzie z torbami albo na łono Abrahama, to inwestora tam pewnie nie ujrzysz...






Choć jak się stanie frontem do jeziora, to już tak tragicznie nie jest :)










Psioczyliśmy na pogodę, ale przy doniesieniach o śródmiejsko - parkowo - cmentarnych skutkach burz w Warszawie można rzec, że rezydujemy w oazie spokoju. Owszem wilgoci sporo, ale poza tym żadnych gwałtownych zjawisk. Pogoda na czwartek ma być jak drut - jedziemy więc nad morze. Wybór logistycznie logiczny czyli Łeba. Niby tylko 64 km, a nawigacja pokazuje czas przejazdu bliski 2 godzin! Haczyk był w Lęborku - nie dość, że 3 ronda - to jeszcze drogowcy popsuli wylotówkę i się zeszło. Przy wjeździe od strony Nowęcina wspomnienia z 2012 r. wracają. Przypominają się i pokoje "U Emilii" i sąsiad-chlejus ekspies, który chciał mi odholować samochód za rzekome zastawienie mu wjazdu. "Wyżerka u Hoblaka" z genialną pomidorówką i "Pasja", gdzie ogólnie tanio i smacznie. No i ulica Sosnowa z jej sztandarowym obiektem pt. hotel Neptun, gdzie na obiad trzeba brać pożyczkę od "Providenta" :D


Jesteśmy koło godz. 11-tej. Parking ogólny zapchany. Znajdujemy miejscówkę na prywatnym, w lasku - bezpośrednio przy "Neptunie". Opłata w prywatnym parkomacie - 3 zł/godzinę. Idziemy na plażę. A tu jak to w Łebie - łeb urywa. Słońce się przebija zza chmur, ale upału nie ma. Pewnie dzięki temu woda wydaje się ciepła. Cóż z tego, skoro flaga czerwona powiewa i co chwilę słychać gwizdki ratowników wyganiających wszystkich głuchych na ostrzeżenia o silnych prądach wstecznych z wody. Ja tkwię z młodym po kolana przed cofką nie dygając.









Pochodzili, poleżeli i obiadowo się zrobiło. Idziemy do "Tango" na pizzę. No ale kiedy oni ją przyniosą? Długo jeszcze? O, idzie - może to już nasza? :)


Moja wersja z uwagi na brak składników nieosiągalna, nie biorę zamiennika. Z obiadu robi się przekąska, ale awaryjny kurczak curry czeka w domu :) Po przekąsce Junior domaga się deseru (czyt. lodów). Mijamy chemioterapię (lody włoskie) i - tuż za obwieszoną transparentami pochwalnymi od niejakiej Magdy Rześki Pierd po Ulgixie - Gessler "Łebską Chatą" - wynajduję coś o nazwie "Lody tradycyjne". Mała kanciapka, smaków nie 600 tylko z 10. Łyżka, którą miła pani formowała kulki (2,50 zł/szt.) miała pojemność wazowej. Dwie ledwo właziły w standardowy wafel :) A smak - zaiste jak dawniej. I świeże składniki - prawdziwe listki mięty, kokos, cytryna itd. Absolutnie warte polecenia. Bilet parkingowy wykorzystany co do minuty - wracamy do Gowidlina. Wyjeżdżamy z Łeby - żegna nas ostre słońce. Im bliżej domu, tym bardziej pochmurno, aż w końcu zaczyna padać.I tak będzie gnoić do niedzieli - niestety.
W zeszłym roku pogoda była bardziej mniej stabilna i chyba to wolałem, bo jak grzało, to grzało naprawdę. Za parę godzin popadało chwilę i znów świeciło. I tęcza była i w ogóle. Teraz - lipa. Jak zaczęło, tak skończyć nie chciało.



Domek co prawda przestronny, na werandzie też na głowę nie leci, ale przekisnąć pełne dwa dni bez ruchu, no nie uchodzi. 30 czerwca, piątek, premiera filmu "Gru, Dru i Minionki" - nie widzę przeciwwskazań. Byłem z Juniorem na drugiej części i bawiłem się nie gorzej niż on. Gdzież tu kino? Ano w Lęborku. 35 km - żadna odległość. Namierzamy Lęborskie Centrum Kultury "Fregata" - hyc, hyc i rezerwacja zrobiona. Dwa razy sprawdzałem w mailu czy dobrą ilość biletów zamówiłem, bo kwota jakaś dziwna. Za dwa normalne i ulgowy - 38 zł! Jak Lisowska w "Media - Expert" - włączyli niskie ceny? Nie - tu tak normalnie :) Uchachałem się co prawda, bo normalny był po 13 zł, a ulgowy po 12 :D ale per saldo dobrze to wyglądało.
Dojechali, zaparkowali, bilet odebrali odpowiednio wcześniej. 45 minut do seansu - idziemy do pobliskiego Parku Chrobrego - gdzie czołg stoi, wierzba zapłakała - gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała :DDD






Wracamy do "Fregaty". Coś o samym kinie... Małe, kameralne, ekran spoko, dźwięk ujdzie, fotele wygodne, ale "topografia" dziwna. Chyba we wszystkich kinach jakie zaliczyłem każdy następny rząd był trochę wyżej od poprzedniego. Tu odwrotnie. A może grunt się zapadł? :D Kacprowi musieliśmy na szybko ogarnąć plasticzany poddupnik, bo inaczej miałby słuchowisko zamiast filmu. Widzenie się poprawiło, komfort siedzenia nie bardzo, ale wytrzymał. Inna rzecz, która doprowadzała mnie do furii, to 80% widzów żrąco - szeleszczących. I nie mówię tylko o dzieciakach. Centrum (Wyjątkowej) Kultury - zaiste. No i jeszcze ten zapach... Chrupki serowe made in Żabka... Człowiek się nerwowo rozgląda czy nikt mu na buty pawia nie rzucił - taki sztynks :\
No dobrze - ale sam film fajny, trzyma poziom z poprzednich części. Spokojnie można z potomstwem seans zaliczyć.

Sobota - zgnilizny ciąg dalszy.


Młody z żoną wybierają po obiedzie na basen do hotelu "Kiston" parę kilometrów od Gowidlina. Ja doczytuję resztki lektury, segreguję i obrabiam zdjęcia, no i powoli zabieram się za się za pakowanie, bo jutro wyjazd...

I jak to zwykle u mnie - kiedy trzeba wracać, to robi się pogoda. Ale nie przedłużamy pobytu ponad miarę. Ustaliliśmy, że koło 10-tej zjazd i tego się trzymamy. Ostatnie zmywanie, omiecenie wokół, wyniesienie śmieci, załadunek toreb i ruszamy. Dokładnie tą samą drogą. W Rusocinie spoko - 5 z 7 bramek funkcjonuje, ruch płynny. 5 godzin walki o życie na A1 i A2 i o 15:03 meldujemy się w Warszawie :)

Jakoś trzeba sklecić parę zdań podsumowania...
Zmiana "Zarządu" w Raju niewątpliwie widoczna. Komfort użytkowania domku w tym roku większy. I technicznie i wizualnie. Jak już wspominałem na początku, nie jestem fanem trzebienia drzewostanu. Dzikość, nieład i spontan są tu dla mnie niezaprzeczalnym atutem. Wymuskane parki i ogrody, rośliny sadzone w odstępach mierzonych linijką mam na co dzień i nie tego szukam na urlopie. Takie moje zdanie, no ale nie moja działka, więc pogadać tylko mogę :)
Stosunek do gości - konsekwentnie 10/10, a nawet 11. Chyba nigdzie nie czułem się lepiej "zaopiekowany". Szkoda, że pogoda znów była kiepska. Szkoda, że tym razem nie było tęczy. Dobrze, że sklep ze "swojskimi wędlinami" w tym sezonie nieczynny :D Dobrze, że Wiejski Dom Towarowy zastąpiły porządne delikatesy - realna konkurencja dla Lewiatana (Marketu "U Kasi").
Szkoda, że znów wziąłem za mało książek. Dobrze, że są takie miejsca jak Kaszubski Raj. Szkoda, że tydzień psychofizycznego resetu musi wystarczyć na cały rok.
Jedno jest pewne -  nie mówię Kaszubom "żegnajcie" tylko "do widzenia".