poniedziałek, 12 lutego 2018

Won do piekła - biurwo wściekła!

Tym razem bez zdjęć. Tym razem nie z wyjazdu. Za to "z mięsem", bo emocje jeszcze ciągle buzują...

Wolny poniedziałek. Odpoczynek od pracy, ale i proza życia, czyli nie leżymy do góry wentylem - trza polatać po urzędach i wyprostować parę zaszłości. Kto oglądał "12 prac Asterixa" i pamięta Dom, Który Czyni Szalonym - zrozumie, a może nawet się użali ;D

Osoby dramatu: J - ja, RBzR - Ryża Biurwa z Ratusza, NKwDR - Nieogar Kasjerski w Drugim Ratuszu oraz w epizodzie DMwI - Dziarski Młodzian w Informacji (wszelkie podobieństwo do kogokolwiek oczywiście przypadkowe).

Po pierwsze chciałem wymienić prawo jazdy, bo dane archaiczne - oraz wymienić dowód, bo termin przydatności do spożycia nieubłaganie mija.

Śniadanie dla dziecięcia zrobiłem, herbata w termosie - niech se śpi, a tatko tymczasem śmignie zawalczyć z przyjaznym państwem... So far, so good - nawet na tramwaj nie czekałem, tłoku zero, korków zero, jestem wcześnie - będzie pięknie, myślę...

Przeszło mi już w drzwiach. Chciałem zacząć od dowodu osobistego, ale w poczekalni była chyba jakaś wycieczka z pobliskiego Wietnamu sponsorowana przez miejscowy Klub Seniora, którego członkowie adoptowali uczestników i meldowali ich na potęgę w swoich domach. Jakiś, kuźwa, koszmar! (Jeszcze) niewzruszony zapobieram numerek z ticket-maszyny. Do kasy 11-ty, do dowodu - 8, do prawa jazdy - 2, ale co z tego - "najsamprzód" trza uiścić, co - tfu! - cesarskie...

Po 15 minutach przychodzi komuś do głowy, że jednak 1 okienko kasowe na 3 możliwe, to trochę za mało. Tłum się kłębi, sfoszona blondi zasiada w kokpicie nr 2. Kolejne 15 minut i moja kolej.
Dzień dobry - mówię - chciałem uiścić za wymianę prawa jazdy.
Ojej, a to pan nie ma kwitka z okienka L? - z udawanym zdziwieniem pyta NKwDR...

Już słyszę Obi-Wana Kenobiego: "Luke, search your feelings... Nie jesteś zły, nie możesz zabić za taki drobiazg". A z drugiej strony Darth Vader szepcze: "You have failed me for the last time, kasjerko" ;)

Bo wie pan - NKwDR (za przeproszeniem) ciągnie dalej - ja muszę mieć taki świstek z powodem wymiany, bo tam jest paragrafów kilkanaście i opłaty różne...
Łaskawa pani - cedzę najuprzejmiej jak mogę w tej sytuacji - powodem wymiany jest zmiana danych, niechże pani w swej niewysłowionej dobroci przyjmie te symboliczne 100 zł (!!!!!!!) i sobie pójdę, a kwitek podrzucę za chwilę.
Nie, ja tak nie mogę - oponuje NKwDR.
Ja w twoim wieku mogłem, dziecino - myślę, a mówię zaś: A gdzie jest informacja, że taka kolejność załatwiania sprawy obowiązuje? Robicie ludzi w bambuko i potem zdziwienie, że was lżą mniej lub bardziej skrycie.
Ale to nie moja wina, ani też rola, żeby informować - broni się (poniekąd słusznie) NKwDR.

Koniec końców - efekt jest jak w "Misiu" - Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?

Odchodzę na drugi krąg, spróbuję jeszcze w okienku L, kolejka nikczemna, dam radę. Wiem, że potrzebuję ksero obecnego prawa jazdy, idę więc do informacji, żeby spytać, gdzie tu jest jakiś punkt xero (bo w każdym urzędzie jest - i to, i fotobudka nawet). Na co DMwI rzecze: Nieee, u nas to nie ma, ale oootam - ulicę dalej powinien być czynny...

Dość, qrwa. Tym razem dość naprawdę. Wychodzę mając w głowie: "A ch... ci w d.., stary. Ja tu na deszczu, wilki jakieś..." i wracam do domu...

Godzinka przerwy na ochłonięcie. Dziabnąłbym coś dla spokojności, ale za kólko trza...

Po drugie - chciałem dziecku odnowić paszport. To już prosta robota. Dojazd, parking prawie po drzwiami. Gites - majonez. Zdjęcie zrobione, wniosek gotowy, numerek wzięty - mam C058. W obsłudze C057. Stoję przed drzwiami i gapię się w ekranik. Obsługa skończyła z C057. Na wyświetlaczu miga C059. Co do chooya?! Otwieram z umiarkowanym impetem i uprzejmie pytam, co z nr C058, bo czuję się pominięty. Na co RBzR z rozbrajającym uśmiechem: Widać ten numerek już był.
Po porannych przejściach nawet już nie próbuję hamować. Mówię - skoro panią tu posadzili, to niewidoma pani nie jest, ale bezczelna to już i owszem.
Cisza.
Ryżej suczy gul rośnie - udusi się jak nie zluzuje apaszki. "Die, bitch!" - pomyślałem w duchu przepełniony chrześcijańskim miłosierdziem. Chyba chciała zareagować, ale spojrzała na mnie i już wiedziała, że jak tylko otworzy ryj, to szpikulec od wizytownika wbiję jej w losowo wybrany oczodół. "Dla kogo ten paszport" - warknęła. "Dla dziecka" - odwarknąłem. "To muszą być obydwoje rodzice, stary paszport, legitymacja szkolna..." - wylicza.
Świadectwo chrztu pradziadka niepotrzebne? - szydzę nieśmiało. To obydwoje rodzice urlop muszą brać, żeby wniosek złożyć? Przecież to nie pierwszy paszport, tylko odnowienie! Jeden rodzic nie wystarczy? Nie - rozwinęła wypowiedź RBzR - ale przecież urzędy są tak długo czynne, można wybrać jakiś bliżej pracy żony - wzniosła się na wyżyny intelektu.
Ale wtedy to ja będę miał daleko, a 9-letnie dziecko co? Samo na Mokotów dojedzie?!
No to ja już nie wiem - z ulgą dała za wygraną.
Wiem, że pani nie wie.

Kurtyna.

Złożyłem wniosek o dowód przez internet, dla siebie i dziecka. Jakieś 10 minut roboty. Prawka z własnej woli nie będę wymieniał. Zdrowie ważniejsze.

1 komentarz: